Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrzesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wrzesień. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 stycznia 2014

Rozdział trzeci

Siemka.
Znienawidzicie mnie za te długie przemowy. Wiem. Przepraszam za nie.
Wiecie co... jest mi źle z tym wszystkim. Tak naprawdę to wszystko, ten blog to mój powrót. Przez długi czas mnie nie było. Miałam dość siebie samej. Było mi źle, ponieważ... Nie wiem jak to ująć. Przestałam czuć. Przestałam czuć muzykę. Ale najgorsze było to, że przestałam czuć muzykę Michaela. Nic. Żadnych ciarek jak zawsze. Wciąż ryczałam. Tak. Ale tylko dlatego, że czułam się jakbym Go zdradziła. Było mi źle. Trwało to dwa lata. Przez ostatnie dwa lata praktycznie nie słuchałam Michaela. Jedynie jak leciała jakaś piosenka w radiu. Z muzyki nie zrezygnowałam, pomimo że sama nie jestem umuzykalniona w żaden sposób, muzyka to część mojego życia. Ale przy niczym czego słuchałam nie czułam tego, co kiedyś przy Jacksonie. Było mi z tym tak bardzo źle...

I wiecie co? To wróciło. Tak nagle. Samo z siebie. Znów słucham, znów ryczę i znów mam ciarki jakbym wyszła na mróz w samych majtkach. Wróciłam. Nawet pisząc to opowiadanie mam ciarki. Kurcze. To wszystko jest takie... bez ładu i składu. Taka moja spowiedź przed Wami. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. A teraz zapraszam do czytania.
______________________________________________________________________________


Za bramami prowadzącymi na lotnisko panował straszny ruch. Pracownicy sprawdzali wszystkie zabezpieczenia oraz sprzęty, żeby nikomu nic się nie stao, a tym bardziej, żeby nic się nie stało samemu Michaelowi. Stało tam już kilkanaście karetek, barierki oddzielające kolejne sektory lotniska, aby ludzie mięi jendak jakąś przestrzeń. Każdy sektor miał pomieścić około pięciu tysięcy fanów. Bilety na koncert rozeszły się wszystkie, czyli sto dwadzieścia tysięcy sztuk. Koncert miał się rozpocząć o godzinie osiemnastej, ale do sektorów wpuszczali już cztery godziny wcześniej. Na początku grały supporty. Miałam szczęście. Miałam szansę znaleźć się najbliżej sceny, ponieważ bilet który miałam był przydzielony do sektorów I-XVIII. Najlepiej byłoby gdybym miała szansę dostać się do sektoru II. Znajdował się on naprzeciwko środka sceny. Sektor I i III były po bokach. Zbliżała się czternasta, wszyscy nerwowo ustawili się pod bramą dzierżąc w dłoniach bilety. Byłam blisko wejścia. Nie najbliżej, ale jednak znajdowałam się w takim miejscu, że mogłam być pewna dostania się go któregoś z pierwszych trzech sektorów. Szczęście rozsadzało mnie od środka. Pogoda zaczęła się psuć, ale emocje były tak wielkie, że nikt nie zwracał uwagi na chłodny wiatr. Czułam się jakby to był sen. Kręciło mi się w głowie, a nogi miałam jak z waty, przez co glany wydawały się jeszcze cięższe niż normalnie. Bardzo powoli kolejka zaczęła się przsówać do przodu. Zaczęło się wpuszczanie. Nie będę oszukiwać, w tym momencie zaczęła się walka. Ludzie się przepychali. Nie chodziło tutaj o złośliwość. To wszystko, to po prostu emocje, które nami wszystkimi targały. Kilka dziewczyn stało zapłakane, niektóre już nie wytrzymały tych emocji i odpływały w nicość. W końcu dotarłam do wejścia, ochroniarz sprawdził mój biler i naderwał go przepuszczając mnie dalej gdzie czekała na mnie kobieta, która przeszukała moją torbę sprawdzając czy nie mam w niej niebezpiecznych przedmiotów, a także mnie sprawdziła. Nie zwracałam uwagi na to co robi, byłam zbyt przejęta tym co się dzieje. Co się zaczyna. Powiedziała, że wszystko w porządku i uśmiechnęła się do mnie, ja zarzuciłam torbę na ramię i ruszyłam w kierunku sceny. Przy każdym kolejnym sektorze sprawdzali po raz kolejny bilet i kierowali mnie dalej. W sektorze III skierowali mnie do sektora środkowego, byłam tutaj jedną z pierwszych osób, więc doszłam do barierki witając się ze znajomymi, których poznałam wcześniej. Tutaj emocje były już inne niż przy wejściu. Każdy miał swoje miejsce, nie trzeba było się pchać, żeby znaleźć się w najlepszym sektorze, tutaj panowało podniecenie i oczekiwanie na to co ma nastąpić. Znalazłam się tu z Kasią, dziewczyną, która wczoraj marzyła o wyciągnięciu na scenę. Wpadła w straszną histerię. Siedziała pod barierką i płakała. Te emocje towarzyszyły wielu innym ludziom. Po jakimś czasie najbliższe sektory były już zapełnione. Wpół do siódmej na scenę wyszedł facet zapowiadający pierwszy support jakim była Formacja Nieżywych Schabuff. Po nich na scenę wpadł DJ Bobo. Wtedy dopiero uświadomiłam sobie po co przed tak dużymi koncertami grają supporty. Była to dobra metoda na lekkie rozluźnienie się. Jednak na koniec jego występu wszystko wróciło, miałam wrażenie, że nawet ze zdwojoną siłą. Facet zapowiadający kolejne występy najwięcej oklasków od nas dostał gdy zapowiedział tego na którego wszyscy tutaj czekali. Wtedy emocje sięgnęły zenitu. Zaczęło się. Płytę lotniska zalała ciemność. Jedynymi źródłami światła były lampy dalekosiężne, tak zwane lotnicze szperacze. Z wielkich głośników wydobył się głos odliczający:
- … siedem... sześć...
Panie i Panowie... pięć... cztery...

Już za kilkanaście sekund... trzy, dwa...
Wkrótce!...
Jeden...
Staniecie się częścią... zero!
Jego HIStorii!!

W głośnikach coś zaczęło charczeć, wydobył się z nich pisk gitary i na wielkich telebimach rozpoczęła się projekcja filmu. Bohaterem był Michael ubrany w kombinezon wsiadał do jakiegoś statki kosmicznego, po czym wyruszył torami pomiędzy historią. Były fragmenty gdy Jackson był mały, były różne kraje, piramidy... Tak ruszył w naszym kierunku... ruszył w kierunku Warszawy.
W pewnym momencie komputerowy głos oznajmił, że statek zbliża się do Warszawy, emocje były niesamowite, niektórzy krzyczei inni zahipnotyzowani wpatrywai się w telebimy z szeroko otwartymi ustami. Na scenie rozległ się huk i pojawił się dym. Z chmury dymu wyłonił się statek Michaela.
A pod sceną rozległa się cisza, wszyscy w napięciu wpatrywai się w scenę, a dokładniej w pojazd w którym teraz brakowało drzwi ponieważ piosenkarz wyważył je jednym silnym kopnięciem. Wyskoczył ze statki, zdjął hełm i odrzucił do tyłu swoje włosy. Z głośników wydobył się ogłuszający jazgot. Pod stopami czuliśmy jak trzęsie się ziemia. I nagle usłyszęliśmy pierwsze takty piosenki Scream. Emocje wybuchły. Już nikt się nie kontrolował, wszyscy krzyczeli, skakli, śpiewali wraz z Michaelem. Piosenka nie doszła do połowy jak nad naszymi głowami przeniesiono kilkanaście dziewczyn, które nie wytrzymały emocji. Zemdlały. Jak się okazało później nie tylko mdlejące dziewczyny były problemem lekarzy. Jeden z tych starszych ludz, którzy rano nam pomogli także był na koncercie. On także nie wytrzymał emocji i dostał palpitacji serca więc musiał interweniować kardiolog. Na szczęście nic mi się nie stało poważniejszego. To wszystko było magiczne...

W pewnym momencie, gdy zabrzmiała piosenka You are not alone, poczułam jak ludzie z tyłu, a zwłaszcza dziewczyny, odrywają moje ręce od barierek popychając mnie do tyłu. Każda chciała się dostać pod barierkę z nadzieją, że Michael zabierze właśnie je do siebie na scenę. W pewnym momencie upadłam, ale zaraz poczułam jak ktoś bierze mnie na ręce zanim zostałam zdeptana. Ale nie skończyło się na podniesieniu mnie. Chłopak który mnie podniósł wziął mnie na ręce i podał do przodu. Tak przechodziłam z rąk do rąk, w pewnym momencie ku zaskoczeniu wszyskich znalazłam się za barierką. Niewiele myśląc pobiegłam w stronę sceny. Wszyscy byli w takim szoku, że nikt nie zdążył zareagować. Gdy wdrapałam się na scenę nie rzuciłam się na Michaela tylko stanęłam twarzą do niego i uśmiechnęłam się szeroko. Piosenkarz był chyba w nie małym szoku...

~*~


Zacząłem śpiewać You are not alone. Widziałem jak w pierwszych sektorach dziewczyny przepychają się do przodu. W pewnym momencie zauważyłem, że jedna z nich „pędzi” na rękach innych przez środkowy sektor ku scenie. Jak należało się spodziewać w końcu wylądowała za barierkami. Wszyscy byli zszokowani, nawet ochrona. Dziewczyna korzystając z okazji ruszyła w moim kierunku. Nie powiem, nieźle się wystraszyłem. Wiedziałem, że moje fanki często są jak w letargi i pomimo że nie chcą mogą zrobić krzywdę. Liczyłem na to, że ochrona coś zrobi zanim ona rzuci się na mnie... Jednak gdy tylko stanęła na scenie strach odszedł. Staliśmy naprzeciwko siebie i wpatrywaliśmy się w swoje twarze. Dziewczyna nie ruszała się z miejsca tylko uśmiechnęła się zabójczo jak małe dziecko, które coś nabroiło, a jej czerwone włosy potęgowały to, że wyglądała naprawdę uroczo. Podszedłem do niej i nie przerywając śpiewania przytuliłem ją mocno.
-Kocham cię – usłyszałem przy uchu i poczułem zimną dłoń dotykającą mojego policzka. 

To było dziwne uczucie. Takie inne niż do tej pory z fankami, które dostawały szału na scenie i wyczyniały różne rzeczy, od prób pocałowania mnie do wpadania w szał i nieświadomego szaprania mnie. Ona była opanowana. Widać było jak na dłoni targające nią emocje. Podniecenie, radość, wzruszenie, ale potrafiła się opanować. W jej oczach nie było obłędu jak u niektórych. Po chwili poczułem, że ochrona odrywa ją ode mnie. W ostatnim momencie poczułem usta na swoim policzku i znów zobaczyłem uśmiech, który jakby mógł rozświetliłby cały stadion pomimo panujących na nim ciemności. Odwzajemniłem jej go i patrzyłem jak zabierają ją ze sceny. I tutaj pojawiło się kolejne zaskoczenie ponieważ dziewczyna nie wyrywała się, ochroniarz nawet nie musiał brać jej na ręce. Szła kilka kroków przed nim zmierzając w stronę sektoru z którego została wypchnięta. Złapała rękami barierki i przeskoczyła przez nie. Została przyjęta przez fanów, którzy teraz znaleźli się tak strasznie blisko niech chcąc dotknąć osoby, która dotykała mnie... dziwne uczucie.

~*~


To sen. Z całą pewnością to jest tylko piękny sen. Nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje. Byłam na scenie. Przytulił mnie sam Król Popu. Sam Michael Jackson. Piosenkarz. Cudowny i wrażliwy człowiek. Przytulił mnie! A ja mu wyznałam miłość. Ja go pocałowałam w policzek. Teraz stoję i patrzę wciąż na show, a ludzie naokoło dotykają mojej bluzy w miejscu w którym przed chwilą były jego dłonie. Koncert trwał nadal. Teraz przyszła kolej na Will You be There. Na koniec Michael osunął się na kolana płacząc. Na wszystkich telebimach widzięliśmy jego skuloną postać. W tym momencie miałam ochotę jeszcze raz do niego podbiec i go przytulić. Powiedzieć żeby nie płakał. Jedną z ostatnich piosenek było Earth Song. Piękna piosenka. Piękne widowisko. Gdy na scenę wjechał czołg, z którego wyskoczył uzbrojony żołnierz celujący w Jacksona myślałam, że zejdę z tego świata. Serce ze strachu waliło mi jak oszalałe. Wiedziałam, że tak miało być, że to część przdstawienia, a jednak emocje były tak silne, że mimo wszystko odczuwałam strach. I wiem, że nie tylko ja. Nagle żołnierz opuścił katabin i rozpłakał się jak małe dziecko. Koncert zakończył się piosenką HIStory. Z głośników znów było słychać wycie, na niebie pojawiły się sztuczne ognie, a na scenie zasłony dymne. Wielu fanów nie doczekało do końca mdlejąc. Oni kończyli koncert w namiotach opieki medycznej... Nagle wszyscy zaczęli schodzić ze sceny. My staliśmy pod nią, a powietrze wciąż było pełne emocji po dopiero co zakończonym koncercie. Wszyscy skandowali głośno imię Michaela jednak nikt już na scenę nie wyszedł. Po wygaśnięciu świateł i upewnieniu się, że MJ już nie wyjdzie na scenę ludzie zaczęli przepychać się w stronę wyjść. Z każdej strony było słychać podniecone głosy fanów wciąż nie mogących uwierzyć w to czego przed chwilą byli świadkami. Ja stałam w miejscu wpatrując się w punkt, w którym zniknął mój idol. To naprawdę był już koniec.
Nie spieszyło mi się, ponieważ pociąg miałam dopiero jutro bardzo wcześnie rano, a stacja była niedaleko lotniska, więc nie spieszyłam się do wyjścia. W miarę jak wokół mnie pustoszało, robiło się coraz zimniej. Jednak moje emocje całkowicie zagłuszały uczucie chłodu. Usiadłam przy barierkach i wpatrywałam się w ludzi krzątających się po scenie i składających sprzęt. Nawet nie zauważyłam kiedy miejsce koncertu opustoszało, a światła prowadzące do wyjść pogasły. Emocje, które mną zawładnęły były niesamowite. Z jednej strony byłam szczęśliwa, że udało mi się tu dostać, że wszystko było takie wspaniałe, stałam w najlepszym sektorze, w pierwszych rzędach, byłam na scenie, przytuliłam samego Michaela Jacksona, poznałam jego zamach. Ale z drugiej strony miałam ochotę się rozpłakać, że to wszystko już za mną. Że już się nie powtórzy. Po paru godzinach w krzyku i głośnej muzyce, cisza która teraz nastała była nie do zniesienia. Rozsadzała uszy. Żałowałam, że baterie w walkmanie się rozładowały, bo bym sobie włączyła i choć trochę zagłuszyłabym tą ciszę. Nagle moje przemyślenia przrwały czyjeś kroki. Dopiero teraz zorientowałam się, że jestem sama, a wokół mnie jest ciemno. W sumie teraz to już ni byłam sama. Z całą pewnością były to ludzkie kroki. Spróbowałam w ciemności wytężyć wzrok. Serce waliło mi ze strachu, w końcu tutaj nikt mnie nie usłyszy, ekipa ze sprzętem też już się dawno zwinęła. W ciemności wychwyciłam czyjąś sylwetkę. Udało mi się ustalić, ze jest to mężczyzna i nie ma złych zamiarów. Ba! On mnie nie widzi! Myślałam, że to jakiś fan, który tak jak ja czeka na pociąg i został tutaj, żeby zatrzymać troszkę dłużej tą chwilę.
Podniosłam się z trawy chcąc nawiązać z nim jakiś kontakt. Jednak zrobiłam to tak szybko, że nie spodziewający się mnie mężczyzna podskoczył z przerażenia. Grunt to dobre pierwsze wrażenie, no nie?
Przybysz uspokoiwszy się widząc, że nie jestem duchem oraz nie mam złych zamiarów zbliżył się do mnie, a ja mogłam mu się bliżej przyjrzeć. Mężczyzna był dosyć wysoki, tak na oko miał 180cm wzrostu, był szczupły, miał czarne kręcone włosy, czerwoną kurtkię, czarne przykrótkie spodnie, białe skarpetki i czarne mokasyny. W jednej chwilo dotarło do mnie kto przede mną stoi. Z początku myślałam, że to jakiś fan – sobowtór, ale gdy zobaczyłam w ciemności oczy, które tyle razy patrzyły na mnie z plakatów, od razu zrozumiałam, że to on. Widać było, że Michael jest tak samo zdziwiony, że ktoś tu jeszcze jest jak ja. Patrzyliśmy na siebie aż w końcu Michael uśmiechnął się nieśmiało do mnie i najnormalniej w świecie powiedział – cześć.
- Hej – odpowiedziałam i również się do niego lekko uśmiechnęłam. Może to nie za dobre porównanie, ale czułam się jak przy odpowiedzi gdy nauczyciel zadaje pytanie, a cała klasa wlepia we mnie wzrok. Tu było podobnie tylko wzrok całej klasy został zastąpiony tak przeszywającym wzrokiem mojego idola – Jestem Michael Jackson, a ty jak się nazywasz? - przez nerwy nic nie zrozumiałam. Czułam, że te dziesięć lat nauki języka poszły się paść na łąkę. Jednak po większym wytężeniu mózgu zrozumiałam, co przed chwilą usłyszałam i dobiło mnie to, że Michael mi się przedstawił. Tak jakbym go nie znała...
- Nazywam się Wiola... - wydukałam tak cicho, że nawet ja sama ledwo się usłyszałam.
- Przepraszam, możesz powtórzyć głośniej? - spytał Michael śmiejąc się. No zdenerwował mnie gościu. Ja wszystko rozumiem, ale kurcze, mój idol stoi sobie przede mną, oczekuje odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie, to chyba normalne, ze się człowiek denerwuje prawda? A ten stoi i się jeszcze bezczelnie ze mnie śmieje!
- Nazywam się Wiola Brzęczyszczykiewicz – powiedziałam z wrednym uśmieszkiem. Michael popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem, po czym spróbował powtórzyć – Wiola Brzen... Bszen... Brzenszyskiewisz... - podczas gdy mężczyna siłował się z tym trudnym wyrazem ja zapominając na chwilę o zdenerwowaniu wybuchnęłam śmiechem. Michael zarumienił się i uśmiechnął przepraszająco, a mnie uderzyło to jak bardzo jesteśmy podobni. Sama bym była tak speszona w podobnej sytuacji. Może to śmieszne, ale uderzyło mnie to, że tak jak i ja jest po prostu zwykłym człowiekiem, który nie jest idealny.
Przestałam się śmiać i kalecząc język angielski wytłumaczyłam mu, że żartowałam i podałam prawdziwe nazwisko, z którego wymową nie miał większych problemów. Potem usiedliśmy na trawie i zaczęliśmy rozmawiać. Michael wypytywał mnie o wszystko, gdzie mieszkam, co robię, ile mam lat i dlaczego przyjechałam. Odpowiadałam na jego pytania mimo że sama miałam do niego ich tysiące. Wiele razy mnie poprawiał gdy mówiłam źle, a ja starałam się zapamiętywać wszystko, żeby następnym razem nie musiał tego robić. Następnie przyszła kolej na moje pytania i tak się zagadaliśmy, że nie zwróciliśmy uwagi, że właśnie zaczęło switać. Po tych paru godzinach całkiem przestałam się denerwować, a nawet miałam wrażenie jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi, którzy spotkali się po latach. O godzinie piątej rano miałam pociag do domu, czekało mnie prawie dwanaście długich godzin jazdy. Michael zerknął na zegarek. Była czwarta. Powiedziałam mu, że muszę się powoili zbierać na pociąg, a on uśmiechnął się i powiedział, że jego pewnie też już szukają. Było mi strasznie ciężko się z nim rozstawać. Wiedziałam, że to było nasze pierwsze i najprawdopodobniej ostatnie spotkanie. Podnieśliśmy się z mokrej od rosy trawy, uścisnęliśmy sobie ręce i pożegnaliśmy się.
- Nie martw się, jeszcze się spotkamy – powiedział Michael widząc łzy w moich oczach.
- Chciałabym -powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego. MJ przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. Przy nim naprawdę czułam się bezpiecznie jak przy przyjacielu lub starszym bracie. Gdy mnie puścił jeszcze raz podaliśmy sobie dłonie żegnając się po czym Michael odszedł w kierunku swojego hotelu sąsiadującego z lotniskiem. Przy wyjściu odwrócił się do mnie, uśmiechnął szeroko i pomachał po czym zniknął w bramie. Z westchnieniem przeciągnęłam się, przetarłam oczy i ruszyłam do wyjścia z którego miałam najkrótszą drogę na dworzec.
Na stacji zastałam jeszcze wielu ludzi, którzy tak jak ja dopiero teraz mięli pociąg. Niektózy byli wypoczęci po nocy spędzonej w wygodnym, hotelowym łóżku, a inni mięli podkrążone oczy po nie przespanej nocy spędzonej na dworcu. Ja z całą pewnością wyglądem zaliczałam się do grupy drugiej, nawet pomimo tak miło spędzonej nocy. W końcu w ostatnim czasie naprawdę mało spałam. Jednak mimo wszystko ci pierwsi jak i ci drudzy byli szczęśliwi i wciąż jeszcze ogarnięci podnieceniem po wydarzeniach ubiegłej nocy.

Podróż minęła mi na rozpamiętywaniu ostatnich wydarzeń. W końcu to wszystko było jak piękny sen. Zaczęłam rozmyślać o spotkaniu z Jacksonem. To było coś... cudownego. W końcu nie co dzień można spotkać tak wielką gwiazdę, która jest naszym idolem i w dodatku z nią tak swobodnie rozmawiać. A może to tylko sen? Bo czy istniało choćby małe prawdopodobieństwo, że to wszystko działo się naprawdę? Że spotkałam Michaela, że z nim rozmawiałam, śmiałam się? Przecież to nie miało najmniejszego sensu. Nie mogło się wydarzyć. To po prostu nie możliwe...
Gdy z grupy koncertowej zostałam sama i w przedziale zrobiło się cicho, a do końca zostało mi jeszcze parę godzin jazdy zdrzemnęłam się. O szesnastej byłam w domu. Mama wypadła już na korytarz żeby zobaczyć jak wyglądam po koncercie. Ona zawsze miała taki odruch, nawet po przedstawieniach w przedszkolu sprwdzała czy czasem coś mi się nie stało. Uspokoiwszy się, że jestem cała i zdrowa, a dodatkowo jeszcze strasznie szczęśliwa i zmęczona wciągnęła mnie do kuchni i dała coś ciepłego do zjedzenia. Po tych wszystkich emocjach dopiero teraz poczułam jak bardzo jestem zmęczona. Jadłam powoli podpierając jedną ręką głowę, żeby nie wpadła mi do talerza. Po piętnastu minutach walki z jedzeniem stwierdziłam, że nie jestem głodna i idę się położyć spać. Szybko się umyłam, przebrałam w piżamę i położyłam do łóżka. Ledwo moja głowa dotknęła poduszki, odpłynęłam. Następnego dnia obudziłam się bardzo wcześnie, w końcu wyspana. Leżałam jeszcze długo w łóżku rozmyślając o koncercie i moim spotkaniu z Michaelem. Byłam ciekawa czy zapadłam mu jakoś w panięć, a może już zapomniał o dziewczynie spod sceny, ponieważ jest tak zajęty swoimi sprawami. Drzwi z mojego pokoju uchyliły się lekko i do pokoju zajrzała mama sprawdzając czy jeszcze śpię.
- Już nie śpię mamuś – powiedziałam i usiadłam na łóżku.
- To się ogarnij i chodź na śniadanie – powiedziała mama i poszła do kuchni. Przy śniadaniu opowiadałam rodzicom jak było wspaniale, co drugie słowo dziękując im za to, że pomogli mi spełnić moje marzenie. Mama nie mogła uwierzyć, że byłam na scenie z samym Królem Popu, ani w to, że po koncercie też z nim rozmawiałam. Później poszłam do pokoju powtórzyć lekcje na jutro. W końcu już koniec września i nauczyciele zaczynają powoli dawać nam w kość. Tak samo jak i przed koncertem nie mogłam się ani trochę skupić na nauce. Tym razem jednak ciągle wracałam do koncertu, wspominałam jak bezpiecznie czułam się w ramionach Michaela, a także jego zapach i uśmiech. Wyrwałam się z krainy wspomnień, otwarłam okno z nadzieją, że świerze powietrze trochę mnie otrzeźwi i włączyłam cichutko kasetę w radiu. Z muzyką zawsze wszystko łatwiej wchodziło mi do głowy. W tym wypadku jednak to nie podziałało. Głos mojego idola rozpraszał mnie jeszcze bardziej niż ta cała cisza. Włączyłam radio decydując się na słuchanie hitów na czasie czy czegoś podobnego. Jednak tutaj też przeżyłam szok, ponieważ cały czas opowiadali o koncercie, o tym całym show. A potem puszczali jego piosenki. Jezuuu... i znów ten głos... Porzuciłam naukę i poszłam na spacer z nadzieją, że jak wrócę będę bardziej przytomna i się skupię na książkach. Po drodze spotkałam kilku znajomych ze szkoły. O ile można ich tak nazwać. Jakoś nigdy za sobą nie przepadaliśmy. Męczyły ich moje „dziwactwa” jak to nazywali. Jednak dzisiaj nawet raczyli powiedzieć cześć, a jakby tego było mało przystanęli i porozmawialiśmy chwilę. Pytali jak tam koncert i czy dobrze się bawiłam. Z jednej strony było mi miło, ale z drugiej coś mi tu nie pasowało... W końcu od ostatniej trasy ich raczej Michael nie interesował. Woleli unikać jakichkolwiek rozmów o nim. Ale może to ja sama doszukuję się problemów tam gdzie ich nie ma? Może tak naprawdę oni lubią Michaela i tylko mi się wydawało, że mnie nie lubią za to, że go słucham? Może. Chyba za dużo myślę...
Po zamienieniu kilku zdań z nimi ruszyłam dalej. Po parunastu minutach zaczęłam się poważnie zastanawiać nad stanem mojej psychiki. Musi być ze mną źle, ponieważ wszędzie widzę ludzi w fedorach. No może nie wszędzie, ale co chwilę ktoś w fedorze mnie mija. Albo jakimś innym Michael'owym akcentem. Fakt, Jackson jest człowiekiem znanym. Nawet bardzo. Ale w tym mieście ludzie są bardzo łatwowierni. Zwłaszcza bezgranicznie ufają mediom. I w ostatnich czasach raczej byli na nie.
Ciągle slyszałam, ze wzdycham do człowieka, który się wybielał, że przerwał swoją trasę ponieważ został oskarżony o molestowanie dzieci. Jak mogę słuchać pedofila? Później jak Michael zawarł ugodę z ojcem tego chłopca, który go oskarżał były kolejne plotki, że chciał go uciszyć. Wtedy tym bardziej był winny w ich oczach. Dalej na zabawach puszczali czasem jego piosenki, ale o nim samym raczej nie wspominano. A przynajmniej nie dobrze. Jasne, nie byłam jedyną fanką w tym mieście. Było nas sporo, ale raczej nie wielu się z tym afiszowało. Woleli pozostać w cieniu i mieć spokój. To było dla nich męczące, ale tak było bezpieczniej. Dopiero przed koncertem przestali sięukrywać, że słuchają tego wspaniałego człowieka. Właśnie, dlaczego tam mało ludzi pamięta o tym, że wpłaca często spore sumy na chore dzieci? Dlaczego wszyscy pamiętają tylko te chore wymysły prasy?
Tak rozmyślając spacerowałam przez dwie godziny. Wiedziałam, że raczej ten spacer mnie nie oderwał od Michaela, czyli z nauką w dniu dzisiejszym mogłam się pożegnać. Może nikt mnie jutro nie zapyta?
Reszta dnia minęła mi spokojnie na słuchaniu muzyki i czasem na krótkich rozmowach z mamą...

Następnego dnia wróciła szara rzeczywistość. Trzeba było porzucić wspomnienia na osiem godzin. Osiem długich godzin nie myślenia o Michaelu... U mnie to było trudne tak normalnie, a po tym wszystkim co się stało wydawało mi się to wręcz niemożliwe. Wróciła do mnie codzienna rutyna. Znów stałam przy szafkach w kuchni i szykowałam sobie kanapki do szkoły przeglądając się w szybie i ubolewając nad stanem moich włosów. Następnie wyszłam z domu dokładnie zamykając drzwi i włączając sobie walkmana. Gdy weszłam do szkoły poczułam, że ten tydzień będzie ciężki. Wszyscy ludzie patrzyli na mnie i szeptali do siebie. Słyszałam strzępki ich rozmów. 

- Była tam.

- Widziała go.

- To ona podobno wbiegła na scenę, wierzysz w to?

Poszłam pod salę i usiadłam z paroma osobami z klasy, dla których zawsze było najważniejsze, że jestem a nie to, że mam swoje dziwactwa. Zaczęli mi opowiadać, że widzieli kawałki koncertu w telewizji, że w radiu cały czas o tym mówili, że wszyscy mówią o tym, że to ja wpadłam na scenę do Michaela i czy to prawda. Ich pytania mi nie przeszkadzały, ponieważ były przyjazne a nie tak jak innych z nutką ironii. No ale takie są uroki mieszkania w miejscu gdzie praktycznie każdy zna każdego...

Dzień mijał mi strasznie powoli. Na każdej przerwie czułam na sobie wiele spojrzeń co bardzo mi przeszkadzało, ponieważ wolę unikać skupiania na sobie uwagi innych. Tak było przez tydzień, później ludzie znaleźli sobie inne kozły ofiarne.

________________________________________________________________________
Swoją drogą dni pomiędzy dodawaniem kolejnej części się rozmazują. Nie wiem dlaczego, ale te dni kiedy dodaję tu nowy rozdział czuję się jakbym miała urodziny. Głupie, wiem. No cóż. Każdy ma swoje dziwactwa. Wolałabym mieć domek z ogródkiem po którym wesoło hasałby słoń, ale raczej nie jest mi to dane, więc cieszę się z tego dziwactwa, które jest w moim zasięgu.

Prosiłabym Was także o zostawienie mi namiarów na Was w zakładce "spam" jeśli sami prowadzicie blogi :)

Wasza
Irene Invincible

niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział drugi!

Witajcie!
Chciałabym Wam o czymś opowiedzieć. Opowiadania te powstały w roku 2009. Był to dla mnie trudny czas, sama miałam sporą depresję, ponieważ rok wcześniej opuściła mnie bardzo ważna dla mnie osoba. Dlatego też ze śmiercią Michaela nie radziłam sobie najlepiej, a ciągła depresja tylko wszystko pogarszała. Pierwsze dwa opowiadania które tutaj wstawię tak naprawdę były moją odskocznią w tamtym czasie. Pisanie pomogło mi uporać się ze swoimi problemami. Do tej pory gdy coś się dzieje wtedy siadam przed klawiaturą i piszę co mi w duszy gra.

Musicie wiedzieć, że opowiadanie, które już zaczęłam pisać jest dla mnie bardzo ważne. Pomimo, że nie jest arcydziełem, dla mnie jest moją perełką. To właśnie ono zajmowało mój umysł najdłużej. Potrafiłam obudzić się o 3 w nocy i opisać ołówkiem swój pomysł na szafę, ścianę i kawałek parapetu ponieważ nie miałam pod ręką kartki a nie chciałam żeby pomysł uciekł. Pisząc to opowiadanie miałam masę zabawy, przede wszystkim z wyszukiwaniem informacji o okresie w którym Michael był u nas, w Polsce. Jeśli po przeczytaniu przeszukacie internet... tam jest wszystko. Pisząc to chciałam, żeby czytelnik miał wrażenie, że sam tam jest. Ja wtedy miałam pięć lat i nie pamiętam za dużo z tamtego okresu. Moja fascynacja tym chłopcem o karnacji w kolorze czekolady z żółtymi ślepiami dopiero się zaczynała. Jednak pisząc to opowiadanie wykorzystałam stare artykuły z gazety POPCORN, plan koncertu, stare bilety, wywiady z ludźmi którzy tam byli. To co pisze to fikcja, nie opis wydarzeń. Tak. Ale sam opis koncertu oraz szału przed koncertem opisałam zgodnie z faktami. Powiem Wam, ze na tyle się uparłam, że nawet daty zgadzają się idealnie z dniami. Nie jestem perfekcjonistką jak Michael. Ale nie lubię robić niczego po łepkach. Dlatego też gdy straciłam chwilowo serce dla tego opowiadania miałam załamanie. Nie chciałam go zostawiać, ale nie chciałam ciągnąć go na siłę. Miałam początek, miałam mój punkt zaczepienia w postaci koncertu i miałam zakończenie. Ale brakowało porządnego środka, dlatego też zrobiłam to, co wydawało mi się w tamtym momencie najlepsze. Zakończyłam je dosyć szybko. Bez żadnych zwrotów w akcji, trzymających w napięciu momentów. A jednak jest to moja perełka. Oddaję je w Wasze ręce i naprawdę liczę na to, że Wam się spodoba, a nawet jeśli nie, to cieszę się, że poświęciliście czas na przeczytanie moich wypocin i dziękuję za zostawienie po sobie opinii, które są bardzo pomocne w dalszym procesie tworzenia.
Jeszcze nie wiem czy wprowadzę w nim jakieś zmiany, czy zostawię tak jak jest, a zajmę się czymś nowym. Zostawienie tego jest bardzo prawdopodobne. Jeśli osiągnęłam swój cel, myślę że będziecie czuć to samo co ja gdy je kończyłam.
Dobra, już nie zanudzam. Oddaję w Wasze łapki kolejny rozdział z nadzieją, że Wam się spodoba.
I przepraszam za taką długą przedmowę, ale potrzebowałam Wam to wszystko powiedzieć. Być z Wami szczera.
Już koniec. 


ZAPRASZAM.

______________________________________________________________________________

27 marzec, dzień mojego wejścia w dorosłość... Przynajmniej według moich rodziców. Jest słoneczna środa. Zaspana zmierzałam do kuchni. Nie uśmiechało mi się dzisiaj iść do szkoły, po moich wyczynaniach na ostatnim wf-ie miałam tragiczne zakwasy, ledwo zwlekłam się z łóżka. Weszłam do kuchni i zobaczyłam rozmawiających ze sobą cicho rodziców. Przeżyłam nie mały szok, ponieważ zazwyczaj jak wstawałam to ich już nie było w domu. Gdy mnie zauważyli, wstali i z szerokimi uśmiechami podeszli do mnie. Oto czekała mnie najgorsza część tego dnia. Życzenia. Mój koszmar. Nigdy nie wiem co ze sobą zrobić w takich momentach, czy mam płakać, śmiać się, udawać że zeszłam na zawał i czekać aż sobie pójdą? W każdym bądź razie rodzice ucałowali mnie i złożyli życzenia. Zasiedliśmy do śniadania przygotowanego przez mamę. Po pospiesznie zjedzonym posiłku pobiegłam do pokoju się spakować. W pewnym momencie drzwi się uchyliły i weszła mama. Rozejrzała się z dziwnym wzrokiem po obklejonych ścianach, jakby liczyła, że wraz z moim wkroczeniem w dorosłość moje ściany zabłysną jakze poważną bielą i czystością. Jako, że nic się na nich nie zmieniło z westchnieniem usiadła na nie pościelonym łóżku. Zauważyłam, że trzyma coś w ręce.
- Wiesz, nie wiedziliśmy z tatą co Ci kupić na urodziny. W końcu dzisiaj wkraczasz w magiczny wiek, dorosłość. I wczoraj...zadzwoniła babcia. Powiedziała, że jest coś o czym marzysz i postanowiliśmy z tatą dać Ci coś z czego będziesz naprawdę zadowolona... - urwała mama, a moje serce niebezpiecznie przyspieszyło. Byłam niemal pewna, że mama je dobrze słyszyy. Czy ona naprawdę chciała... Nie... Nie wierzę...
- Masz – powiedziała podając mi pieniądze – babcia powiedziała, że też Ci coś dała i że powinno starczyć na podróż... - już nie słuchałam, rzuciłam się mamie na szyję zalana łzami. Potem wstałam i poleciałam do kuchni gdzie tata skończył śniadanie. Przytuliłam go z całej siły, a on popatrzył na mnie jak na wariatkę.
- Umarł ktoś, że tak ryczysz? - spytał poważnym tonem, jednak widziałam, że oczy mu się śmieją i ma ochotę parsknąć śmiechem na widok mojej reakcji.
- Nieee... - wydukałam i jeszcze bardziej się rozkleiłam. W tym momencie byłam najszczęśliwszą osiemnastolatką na świecie. Wtedy do kuchni weszła mama i widząc mój stan zacmokała i stwierdziła, że lepiej, żebym dzisiaj nie szła do szkoły, bo pomyślą, że jakąś histeryczką jestem. Poza tym i tak spóźniłam się już na pierwszą lekcję.
Próbując się jakoś uspokoić poszłam do pokoju, włączyłam głośno kasetę w radiu i zaczęłam się ubierać co chwilę patrząc na Michaela na plakatach. Wiedziałam, że sprzedaż biletów ma ruszyć w lipcu. Już się nie mogłam doczekać. Leżałam na łóżku i wyobrażałam sobie jak to będzie...

Jest lipiec. Ruszam właśnie w kierunku punktu w którym będzie można kupić bilet na HIStory tour. Jest druga w nocy. Niektórzy nie mogą tego zrozumieć. Nie potrafią. O drugiej w nocy iść kupić bilet, pomimo że punkt otwierają dopiero o godzinie dziewiątej? No ale ja poszłam. I dobrze zrobiłam, na miejscu już było około trzydziestu osób. Wszyscy rozmawiali ze sobą na jeden temat. Panowała taka niesamowita atmosfera, naprawdę trudno to opisać. Gdy podeszłam do nich przywitali mnie nie jak kogoś obcego, ale jak kogoś, kogo znają od dawna. Nikogo stąd nie znałam, ale było mi naprawdę dobrze w tym towarzystwie. Tutaj nikt nie czepiał się mojego wyglądu. Tego, że na głowie miałam fedorę, a w słuchawkach słychać było Dirty Dianę. Nagle przyszła jeszcze jedna dziewczyna. Na ramieniu miała plecak, a w ręce trzymała... radio. Wszyscy się ucieszyli, zaczęliśmy witać nowoprzybyłą. Dziewczyna postawiła radio na chodniku i włożyła kasetę Dangerous. Wszyscy zgromadziliśmy się wokół radia, żeby nie trzeba było za głośno puszczać muzyki, bo końcu był środek nocy i tak przesiedzieliśmy do rana kiedy to otworzyli sklep i mogliśmy zakupić bilety. Szczęśliwa wracałam do domu, w kieszenimiałam świstek papieru na który czekałam tyle czasu, oraz kartkę z kilkoma adresami ludzi, których dzisiaj poznałam. Mięliśmy się skontaktować przed koncertem i zorganizować jakąś zbiórkę. Byłam niesamowicie zmęczona, dlatego gdy tylko przyszłam do domu i odłożyłam bilet w bezpieczne miejsce położyłam się spać.

~*~

Wakacje mijały szybko. W telewizji i radiu coraz częściej mówili o koncercie. Kilka razy spotkałam się z ludźmi poznanymi tej nocy gdy kupowałam bilet. Z każdym dniem byliśmy coraz bardziej przejęci. Z jednej strony to napięcie było nie do wytrzymania, ale z drugiej strony... to było cudowne uczucie. Szykowaliśmy wielki transparent. Nie byliśmy pewni czy nas z nim wpuszczą, ale mimo wszystko postanowiliśmy spróbować.
Dni leciały coraz szybciej. Ledwo zaczęły się wakacje, zaczął się lipiec, następnie sierpień, a teraz już jest pierwszy września. Jeszcze dziewiętnaście dni. Czterysta pięćdziesiąt sześć godzin... Emocje coraz bardziej dawały o sobie znać. Potrafiłam chodzić z tak wielkim uśmiechem, że jakby nie uszy to śmiałabym się dookoła głowy, co było powodem częstych żartów taty. Ale powiem szczerze, że coraz bardziej się też bałam. Bałam się, że albo coś nie wyjdzie, albo coś się stanie, albo... albo się zawiodę. Z jednej strony wiedziałam, ze to nie jest możliwe, ale to uczucie było silniejsze ode mnie. Zaczęła się też szkoła. Jak wiadomo trzeci rok technikum. Nauczyciele na każdym kroku straszyli nas już, że w tym roku nie będzie tak miło jak do tej pory. Za rok te wszystkie egzaminy zawodowe i matura. Ale teraz ja do tego nie miałam głowy. Z każdym dniem byłam coraz bliżej mojego szczęścia. Szczęścia, które miało trwać tylko około trzech godzin, a potem miały zostać tylko wspomnienia, ale za to jakie wspomnienia...

Osiemnasty września. Ja nie chcę. Nie jadę. Oddam komuś ten bilet. Nie mogę jechać. Boję się. Mama się ze mnie coraz bardziej śmieje. Mam już kupione bilety na pociąg. Jutro rano wyjeżdżam, a dwidziestego pierwszego wracam. Mama już lata i szykuje co mam wziąć. Dzisiaj telefony do mnie się urywają, wszyscy chcemy być pewni, że odnajdziemy się jutro w tłumie. Strasznie zdenerwowana usiadłam do odrabiania lekcji. Myślałam, że mnie to uspokoi, ale nie pomogło. Włączyłam walkmana i położyłam się na łóżku. Z słuchawek wypłynęło Smooth Criminal. Zamknęłam oczy i starałam się zasnąć. Przewracałam się z boku na bok.
Dwudziesta trzecia...
Dwudziesta czwarta...
Pierwsza...
Druga...
Trzecia...
Zasnęłam...
O godzinie siódmej do pokoju wpadła mama i zaczęła mnie budzić. Jest czwartek dziewiętnasty września. Za godzinę mam pociąg i z każdą minutą coraz bardziej się denerwuję. Za około dziesięć godzin będę w Warszawie. Spotkam ludzi, którzy mnie rozumieją, którzy czują co samo co ja.

I będziemy czekać...
Wstałam, wzięłam luźne ubrania i poszłam do łazienki. Zimny prysznic obudził mnie całkowicie. Mama w tym czasie czykowała mi wodę i kanapki. Dała mi też trochę kasy, żebym kupiła sobie coś na miejscu. Widziałam, że się denerwuje, nigdy wcześniej nie jechałam sama na taki wielki koncert, w dodatku tak daleko. Włączyła radio z któego co chwilę płynęły piosenki Michaela, lub zdenerwowany głos prowadzącego cieszącego się, że także zobaczy całe show na żywo i będzie mógł to skomentować na natenie. O godzinie siódmej trzydzieści byłam gotowa. Pożegnałam się z rodzicami i zadzwoniłam po taksówkę. Osobiście wolałabym autobus, ale nie chciałam ryzykować spóźnieniem. Dojechałam na dworzec w momencie gdy pociąg wjeżdżał na stację. Wsiadłam i zajęłam swoje miejsca. Z każdą kolejną stacją denerwowałam się coraz bardziej. Muzyka w słuchawkach walkmana była ustawiona tak głośno, że krzywdziła moje uszy. Na niektórych stacjach wsiadali ludzie, których poznałam w lipcu. Z nimi podróż minęła szybciej. Oni denerwowali się tak jak i ja. Gdy dojechaliśmy do Warszawy całą grupką ruszyliśmy w kierunku lotniska w Bemowie. Tam spotkaliśmy resztę ekipy, którą poznałam w lipcu. Brakowało tylko Marty, dziweczyny z radiem, jednak okazało się, że coś bardzo ważnego jej wypadło i pomimo że bardzo chciała, to nie będzie jej na koncercie.
-Co ja bym dała, żeby Michael zaprosił mnie na scenę – powiedziała rozmarzonym głosem jedna z dziewczyn stojąca niedaleko. Wszyscy popatrzyli na nią nieprzytomnie. Teraz w głowie każdej dziewczyny powstał obraz, w którym ochroniarze Michaela wyciągają każdą zza barierki i prowadzą w stronę piosenkarza. 

Z marzeń wyrwał nas huk. Popatrzyliśmy za bramy, którymi było otoczone lotnisko, na którym stała już wielka scena, około trzydziestu tirów ze sprzętem oraz pałętało się tam kilkudziesięciu ludzi, którzy pilnowali aby wszystko było dopięte już dzisiaj na ostatni guzik... Powoli zaczynało się robić chłodniej, niektórzy porozchodzili się do hoteli lub domów, jeśli mieszkali w Warszawie, bądź mięli u kogo nocować. Ja i wielu innych zostaliśmy na miejscach. Skupiliśmy się jeden przy drugim i rozmawialiśmy zawzięcie o jutrzejszym wydarzeniu. Zastanawialiśmy się jak to będzie, czy wszystko się uda, co będziemy czuć po koncercie, jak to jest na żywo usłyszeć samego Michaela Jacksona oraz dlaczego wybrał nas. Dlaczego Polska? I ciekawe czy mu się tutaj spodoba. Z tego co słyszeliśmy Michael przyjechał do Polski już dzisiaj. Niektórzy fani byli na lotnisku na którym wylądował jego samolot. Był dzisiaj w domu dziecka, w sklepie z zabawkami, które po zakupie oddał dzieciom ze szpitala, a także był w jakiejś szkole i zwiedził z kimś Warszawę. Po jakimś czasie zmorzył nas sen. Był wrzesień więc noce nie były już tak ciepłe jak w lato, ale nie były też specjalnie mroźne. Mięliśmy też rozpalone małe ognisko. Obudziłam się około godziny piątej rano. Byłam potwornie zmęczona, a także wszystko mnie bolało od nocy spędzonej na trawie w niezbyt wygodnej pozycji. Ale jak tylko uświadomiłam sobie, że to już dzisja, że zobaczę swojego idola, że moje marzenie się spełni to całe zmęczenie odeszło. Poczułam nową energię. Podniosłam się ostrożnie z ziemi, otrzepałam i rozprostowałam kości. Zauważyłam grupkę ludzi, którzy już nie spali, podeszłam do nich i zatopiliśmy się w rozmowie szeptem, zeby nie obudzić reszty. W pewnym momencie podeszła do nas starsza pani z siatkami. Widocznie wracała z zakupów.
- Oj dzieciaczki, tak się poświęcać – powiedziała z troską w oczach – może któreś z was pomogłoby mi zanieść zakupy? Mieszkam niedaleko. A przy okazji widzę jak się męczycie i nie wyglądacie za dobrze tak więc zapraszam do mnie na jakąś ciepłą herbatkę i odświeżyć się będziecie mogli... Chodźcie zanim reszta się obudzi, a potem przyślecie do mnie znów parę innych osób. Podejrzewam, że moi sąsiedzi też chętnie wam użyczą ciepłej herbatki. Nie często odwiedzają nas młodzi ludzie – uśmiechnęła się i wcisnęła każdemu z nas po wielkiej torbie z zakupami.


Poszliśmy za nią. Po paru minutach doszliśmy do wielkiej kamienicy do której nas wprowadziła. Było cieplo i większość starszych ludzi zeszła na dół na ławeczki żeby porozmawiać. W końcu po co siedzieć samemu w domu, skoro można spotkać się z sąsiadami, prawda?

Pani Jadzia, bo tak się nazywała kobieta porozmawiała z sąsiadami o nas i wszyscy chętnie się zgodzili na zaproszenie na herbatkę zmęczonej i zziębniętej młodzieży. Zanieśliśmy zakupy pani Jadzi do jej mieszkania, a ona nam zrobiła gorącą herbatę z cytryną. Byliśmy w pięć osób, każdy z nas wypił gorący napój, poszedł do łazienki trochę się odświeżyć i po podziękowaniu starszej pani poszliśmy do reszty, żeby powiedzieć gdzie mogą iść. Nie było nas znowu aż tak dużo i po pół godzinie wszyscy byliśmy znów razem rozmawiając o staruszkach. Znów zaczęli się zjeżdżać ludzie z poprzedniego dnia, a także nowi. Każdy chciał jak najszybciej znaleźć się blisko tego miejsca. Staruszkowie kilka razy przyszli do nas porozmawiać i od czasu do czasu przynieśli jakieś owoce i herbatę w termosie. Fakt była masa ludzi, ale atmosfera była tak przyjemna, że pomimo dużej liczby ludzi potrafiliśmy się podzielić tak, że każdy coś dostał. Zachowywaliśmy się jak rodzina, a nie ludzie, którzy poznali się wczoraj czy dzisja. Niesamowite jak jeden człowiek połączył nas wszystkich...

_____________________________________________________________________________

Nie wiedziałam jak pociąć rozdział, żeby nie zepsuć później atmosfery dlatego dzisiejszy jest taki jaki jest, a już w następnym zapraszam na koncert, za obecność na którym oddałabym chyba wszystko. Łącznie z duszą diabłu!
3xff#f00000xhx#000000xhx#ffffffxff2xffMichaelxfxxfxJacksonxfxxfxMJxfxxfx♬ xfxxfx❤xfxxfx♥xff15xff100xff90xff5xff15xff50xff0