Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jackson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jackson. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 marca 2014

Uciekinierka 3

Siemka. Oto Uciekinierka 3. Chociaż właściwie to uciekinierka 1/4. Nie jestem z tego dumna. Chociaż chciałam, żebyście trochę poznały Irene. Jest to krótkie i takie... nijakie. I nie ma Michaela. Mam nadzieję, że teraz się coś ruszy, bo już naprawdę przeholowałam z tym czasem oczekiwania na nową notkę. Właśnie dlatego też dodaję dzisiaj to-to. Bo dawno już obiecałam, a sama sobie obiecałam, że we wtorek na pewno coś dodam, więc dodaję to co mam. Mam nadzieję, że nie pośniecie.
Miłego czytania :)

______________________________________________________________________________



- Proszę nam opowiedzieć o pani problemie...


- To... ja może zacznę od początku. Nazywam się Irene. Mam dwadzieścia dwa lata, córkę dwulatkę, psa. Trafiłam tutaj przez problem, którego nie było już prawie trzy lata, jednak wrócił. Jak wszystko...

- Tak...? Opowiadaj dalej...

- Nigdy nie byłam zadowolona z siebie, buntowałam się przeciw wszystkiemu, rodzicom, nauczycielom, sobie. Nie uczyłam się, do tej pory nie wiem jak zdałam maturę i jakim cudem dostałam się na studia. Zaczęłam brać. Twierdziłam, że to dla rozluźnienia. Taka odskocznia od szarej rzeczywistości.

- I co się zmieniło?

- Wpadłam. Właściwie to... zostałam wykorzystana. Później pojawiła się moja córka. I moje życie... ono zmieniło się o trzysta sześćdziesiąt stopni...

~*~
Odkąd skończyłam 5 lat byłam niezależna. Rodzice zabiegani, ona miała nianię, którą bardziej interesował serial w tv niż ona. W wieku 6 lat umiała czytać i znała większość prostych przepisów z książki kucharskiej mamy. Umiała je w większym lub mniejszym stopniu wykonać. Później, gdy była starsza, starała się dobrze uczyć, żeby rodzice byli dumni, ale oni nie mięli czasu na dumę. Kiedy by nie przyszła do nich się pochwalić kolejną dobrą oceną czy wygraną w konkursie, olewali ją. Kazali nie przeszkadzać. Nie zabierać im cennego czasu z kontrahentami, telefonem i papierami. W końcu przestało jej zależeć. Znalazła przyjaciół. Starszych, którzy pokazali jej jak może żyć, dali jej pozorne szczęście i pozornie im na niej zależało. Zaczęła pić. Popalać papierosy. W szkole średniej częściej jej nie było niż była. Nie miał kto jej przypilnować, niania dawno przestała się nią zajmować, a rodzice dalej byli bardziej zajęci pracą niż własnym dzieckiem. Powiadomienia ze szkoły nigdy do nich nie docierały. Na telefony też znalazł się sposób. W końcu dali jej spróbować czegoś nowego. Mocniejszego niż alkohol. Dającego lepsze efekty. A w połączeniu... Idealne oderwanie od nieidealnego życia...
W końcu wszystko wymknęło jej się spod kontroli...
To było nieuniknione...


Była na haju. Nick podał jej coś nowego. Mocniejszego. Nie ogarniała co się wokół niej dzieje. Biegła przed siebie, uciekała i sama nie wiedziała przed czym. Ale wiedziała, że musi biec. Dać z siebie wszystko. Urojenia po narkotykach? Możliwe. Ale nie warto ryzykować. Biegnie. Łapie ją skurcz, ale nie poddaje się, słyszy przyspieszony oddech za plecami. Sapanie. Może tylko jej wyobraźnia? Przyspiesza. Popełnia błąd. Odwraca głowę. Potyka się. Już po niej. To już koniec.

Obudziła się trzy dni później, w szpitalu podłączona do wszystkich możliwych kroplówek. Nie było przy niej nikogo. Była sama - jak zawsze. W końcu kto by się przejmował głupią ćpunką. To jej wina, ona zniszczyła życie sobie i swojej rodzinie. A miała zostać lekarką, tak chciała mama...

Lekarze powiedzieli, że niedługo wyjdzie, że wszystko jest w porządku, że to się zdarza. Że ma się nie załamywać, nie poddawać. To minie.

Ale co?


Później się dowiedziała. Powiedzieli jej wszystko. Było jej obojętne to co jej zrobili. Tak bardzo opanowana? Nie, to nie to. To depresja. Ładowali w nią masę leków. Nie wiedzieli, że ona już dawno jest uodporniona na takie małe dawki? Jeszcze do niedawna brała wszystko, co wpadło jej w ręce. Chciała się uwolnić od tego wszystkiego. Chciała umrzeć. A jak się potem okazało, wciągnęła w to kolejną osobę - swoją córkę. Annie, swojego aniołka. Mówi się, że dzieci z takich przypadków są niechciane. Ale tu było inaczej. Annie była wyczekiwana. A później rozpieszczana. Irene mogła nie zjeść, ale nie mogła pozwolić, żeby jej małej córeczce czegokolwiek zabrakło. Wiedziała, że dla dziecka musi przestać. To był dodatkowy kop. A jednak teraz znów się coś zmieniło. Odkąd Annie zniknęła, pomimo że wszystko skończyło się dobrze, Irene miała wrażenie, że sobie nie radzi, że to za dużo. Zaczęło ją ciągnąć to czegoś mocniejszego niż alkohol i papierosy. Chciała znów udać się do swoich "przyjaciół" z przeszłości. Ale wiedziała, że nie może, dlatego przyszła tu i rozmawia z tymi ludźmi. Nie chce do tego wracać. Nigdy.

~*~

- Coś na to poradzimy, coś wymyślimy – powiedziała terapeutka, ale Irene już sama wiedziała co musi zrobić. Musi wziać się za siebie i nie poddawać. Dla córki. Dla tego promyczka oświetlającego jej marne życie. I da radę. Choćby było cholernie ciężko, nie podda się.



środa, 26 lutego 2014

Miniaturkowa pierdoła #1

Siema!
Dawno mnie nie było i w ogóle, ale już się nie będę więcej tłumaczyć, bo jeszcze się pogrążam. W ramach przeprosin dodaję dzisiaj TO. "Miniaturkową pierdołę" numer jeden. Jest to miniaturka. Taka pierdoła. Mogą się pojawiać często - jak mam głupawkę, albo jest jakaś szczególna okazja, jak dzisiaj.
Chciałabym Wam z całego serca podziękować za te ponad tysiąc wejść. Motywujecie mnie tym strasznie. Wiem, że mam dla kogo pisać. Wiem, że ktoś tu wchodzi. Wiem, że jesteście. Nabitych zostało do dzisiaj też 91 komentarzy. Niektóre są też moje, bo tutaj nie da się niestety wyłączyć liczenia swoich, ale za nie również chciałabym Wam podziękować. Cieszę się, że jesteście, naprawdę!
_____________________________________________________________________________
Siedziałam spokojnie wieczorem na kanapie, popijając gorącą czekoladę i czytając notatki na egzamin, gdy nagle drzwi do pokoju otwarły się i uderzyły rykoszetem w ścianę, a w progu stał ciemnowłosy mężczyzna z taką miną,że od razu do głowy przyszły mi same najgorsze myśli. Wstałam i podeszłam powoli do mężczyzny zaniepokojona jednak on stał dalej, blady na twarzy i wpatrywał się w przestrzeń nie zwracając na mnie zupełnie uwagi. Nie żebym była kimś ważnym, ale cholera to się jeszcze nie zdarzało, żeby mnie tak ignorował!

- Boże, Michael co się stało?! - wrzasnęłam tak, że z pewnością obudziłam całą okolicę.
 Mężczyzna spojrzał w końcu na mnie nieprzytomnym wzrokiem i uśmiechnął się blado.

- Miałem ponad tysiąc wejść... - wyszeptał. Spojrzałam na niego jak na człowieka chorego umysłowo.

- Jakie tysiąc? O czym ty za przeproszeniem pierdzielisz?

- Na bloga, rozumiesz? Ponad tysiąc! - zaczął mówić z każdą chwilą głośniej z rosnącym przejęciem.

- Znowu wciągałeś coś, co ci Slash podsunął pod nos? Tyle razy ci mówiłam żebyś od tego ćpuna nawet cukierka nie brał, bo znając jego to pewnie jakieś tabletki gwałtu czy jeszcze coś innego! - zdenerwowałam się nie na żarty i zaczęłam dokładnie zaglądać w oczy Michaela.
Mężczyzna zaczął cicho chichotać, a po chwili rżał już jak koń z astmą. Dusząc się ze śmiechu opowiedział mi dokładnie o co chodzi.

- Kornelia, Nelly, Nelluś słuchaj, bo ja bloga założyłem. Z opowiadaniami.

- O czym niby? - spytałam, patrząc na niego jak na uciekiniera z wariatkowa. Mike zarumienił się i wymamrotał coś pod nosem. - Co mówisz? Nie zrozumiałam...

- O mnie. I fankach. Wymyślonych oczywiście, ale wiesz... wielka miłość i te sprawy... - powiedział czerwieniąc się jeszcze bardziej, a ja w tym momencie nie wyrobiłam. Parsknęłam śmiechem tak mocno, że straciłam równowagę i po chwili znalazłam się na dywanie.

- I co? Piszesz opowiadanie... - zachichotałam - … o sobie i tych fankach. I co? Podpisujesz się „Wasz kochany Michaelek”? - parsknęłam.

- Nie... Głupia jesteś. Invincible jestem. - powiedział, po czym dodał cicho – Irene Invincible... - w tym momencie nie wyrobiłam już zupełnie.

- Michael, ty stary koniu! Nie masz co robić? To BOOM zrób. Wróć do fanów, bo widzę, że już ci porządnie odwala na tej twojej emeryturce. Zamiast udawać, że nie żyjesz i bawić się w „blogerkę” wziąłbyś się za koncertowanie. Sama chętnie bym to zobaczyła!

- Wiesz, że nie mogę... poza tym... mam już ponad tysiąc wejść rozumiesz? Rozwijam się! Biznesy robię!

- Chyba sam sobie w kółko wchodzić na tego bloga, żeby tyle tego nabić.

- Wiesz co, ty to nic nie rozumiesz! - krzyknął Michael i wyszedł z pokoju. W progu odwrócił się jeszcze na chwilę, żeby pokazać mi język, a następnie podskakując poszedł w nieznanym mi kierunku.

Pisarz od siedmiu boleści...
_____________________________________________________________________________

Powstało to w połowie dzisiaj w autobusie, a w połowie w pracy. Chyba byłam za bardzo przyćpana smrodem z popcornic, albo solą do popcornu, że takie rzeczy mi wpadały do głowy, no ale cóż zrobić. :)

sobota, 1 lutego 2014

Uciekinierka 2.

Siemka. Dzisiejszy rozdział... no nie jestem z niego zadowolona. Coś jest z nim nie tak. Pisałam go, kasowałam, przepisywałam od nowa, poprawiałam, kasowałam. Eh. Ale obiecałam, że będę wstawiać rozdziały w miarę regularnie i chyba będą to soboty więc oto on. Miłego czytania :)

_______________________________________________________________________________

Podczas gdy Wayne odwoził dziewczynkę do domu, Michael snuł się po swojej posiadłości nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Pomimo, że znał tę małą od kilkunastu godzin, teraz gdy jej zabrakło czuł ogromną pustkę. Przez tą chwilkę tyle radości wniosła do jego domu...

Wayne przyjechał po dwóch godzinach, z dobrym humorem i wręczył Michaelowi skrawek papieru z numerem telefonu do matki dziewczynki. Mrugnął przy tym zawadiacko i ze śmiechem dodał, że mamuśka jest całkiem niezła.
Gdyby wzrok mógł zabijać, Michael zostałby właśnie bez szefa ochrony. Nie dość, że denerwowało go takie przedmiotowe traktowanie kobiet, to jeszcze Wayne wspomniał o kobiecie na którą Jackson wciąż był jeszcze wściekły za brak odpowiedzialności.

Jeszcze mu nie przeszło gdy drzwi do jego domu otworzyły się nagle i stanął w nich człowiek bez twarzy. Czy też raczej z twarzą przysłoniętą grzywą czarnych loków. Jego przybycie zaanonsował gęsty dym z papierosów unoszący się wszędzie oraz przekleństwa, które było słychać jeszcze zanim w ogóle dostał się na werandę.

- Slash. Tyle razy cię prosiłem nie krzycz, nie przeklinaj i na litość boską, błagam nie pal w tym domu! - powiedział zdenerwowany Mike patrząc na przyjaciela złowrogo.

- Mike coś ty taki groźny dzisiaj? Laska cię kurwa rzuciła czy ki chuj? - spytał gitarzysta niewiele robiąc sobie z próśb przyjaciela.

Michael zrezygnował z nawracania rockmana po tym gdy ten odpalił kolejnego papierosa, złapał gosposię za tyłek i rzucił kilkoma przekleństwami jakby zastępował nimi znaki interpunkcyjne.
-Kurwa, misiek! Wiem jak poprawić ci twój zjebany humor! - krzyknął uradowany gitarzysta i pociągnął zdezorientowanego Michaela za ramię do samochodu - porywam cię dzisiaj do klubu. Zabawimy się kurwa.
Podczas jazdy Michael nie myślał o tym co go czeka tylko czy z jego małą przyjaciółką wszystko w porządku. Czy ma opiekę? Czy już śpi? Czy przytula ulubionego misia? Czy jest szczęśliwa?
Nim się zorientował dojechali na miejsce. Mike wysiadł z samochodu i ruszył za kudłatym przyjacielem. Pierwszy raz dał się wyciągnąć w takie miejsce rezygnując tym samym z nagrywania nowej piosenki. Weszli do środka w którym panował półmrok. Michael rozglądał się niepewnie w oczekiwaniu na napaść ze strony fanów, jednak Slash uspokoił go, że jest to klub wyłącznie dla vipów i nie musi się niczym martwić tyko czuć się swobodnie i dobrze bawić.

Slash pognał prosto do baru. Czuł się jak u siebie i od razu zapomniał o Michaelu. Pognał przed podest z rurą, łasy na widoki ponętnych kobiet tańczących w skąpych strojach. Michael tymczasem zamówił sok i usiadł przy stoliku przyjaciela spoglądając wszędzie byle tylko nie na dziewczynę tańczącą przed nim. Czuł się zażenowany i chciał iść gdzie indziej, ale czuł, że Saul tak szybko nie zrezygnuje ze swojej rozrywki. W tym momencie dziewczyna zakończyła swój pokaz zostając jedynie w samej bieliźnie. Ruszyła za scenę wśród okrzyków napalonych mężczyzn.


~*~

Irene podczas swojego numeru zauważyła kiwającego w jej stronę szefa. Wiedziała, że po zakończeniu będzie musiała się do niego zgłosić. Oczekiwała nagany za jej ostatnią nieobecność, jednak to co miał jej do powiedzenia zwaliło ją z nóg.

- Irene, czas na twój popisowy numer. Mamy gościa specjalnego, może znasz, Saul Hudson. Zażyczył sobie ciebie. I powiedział, że to ma być coś poza numerem na rurze. Chce mieć widowisko i ty masz mu je dać.

- Spike, ale przecież nic nie jest gotowe, skąd niby mam wziąć układ?! - zapytała zdenerwowana.

- Wymyśl coś, wierzę w ciebie. I pamiętaj, że masz mnie nie zawieźć. Twoja ostatnia nieobecność sporo mnie kosztowała, ten biznesmen był nie zadowolony, że to nie ty występowałaś. - odpowiedział spokojnie Spike i zapalił papierosa.

- Przecież wiesz, że to nie zależało ode mnie! Zaginęła moja córka, a ja miałam spokojnie przyjść do tego burdelu i rozbierać się przed jakimś napalonym fagasem? - warknęła dziewczyna. - Poza tym zabawny jesteś, przecież wynajęty przez ciebie choreograf siedzi już nad numerem specjalnym od tygodnia, a ty mi karzesz wymyślić coś na poczekaniu? W ciągu pięciu minut mam mieć dobry numeR? - zapytała wściekła.

- Tak. Dokładniej to w ciągu dwóch. Zaraz zaczynasz. Czegoś potrzebujesz? - zapytał niewinnym głosem.
Irene zmierzyła wściekłym wzrokiem swojego szefa. Miała dość tej roboty, ale wiedziała, że nie może sobie pozwolić na jej stratę.

- Daj mi krzesło i...

~*~

W klubie nagle przygasły światła. Z głośników wypłynęło Sweet Dreams. Na podwyższeniu rozbłysło światło punktowe, podest spowiła mgła. Światło oświetlało postać w czarnym garniturze i fedorze. Miała ona spuszczoną głowę i lekko dotykała opuszkami palców rondo kapelusza. Osoba stojąca tam podniosła nagle głowę tak, że Michael mógł zobaczyć jej twarz. Była to ta sama kobieta, która przed chwilą wyczyniała cuda ze swoim ciałem na rurze. Miała mocny makijaż, lekko rozchylone usta i wciąż trzymała brzeg kapelusza patrząc przed siebie. Gdy do jego uszy dobiegły pierwsze słowa piosenki dziewczyna powolnym krokiem zaczęła iść w ich stronę, do brzegu wąskiej sceny gdzie stało czarne krzesło. Przy końcu dziewczyna stanęła blisko ich stolika poruszając się zmysłowo w rytm muzyki i rozpinając przy tym marynarkę. Michael wpatrywał się w rozgrywającą się przed nim scenę oniemiały. Dziewczyna w tym czasie zaczęła szybkimi ruchami rozchylać marynarkę ukazując białą koszulę i czerwony krawat spływający wzdłuż jej ciała. Po chwili zaczęła ją ściągać, jednak w pewnym momencie jakby zrezygnowała i zamiast tego zaczęła rozpinać zamek w spodniach. Następnie tę czynność także porzuciła, schyliła się łapiąc je w połowie nogawek i pociągnęła mocno zostając w samych kabaretkach spod których widać było czarną bieliznę. Michael poczuł, że się czerwieni i odwrócił wzrok. Spojrzał na Slash'a, który bez oporów przyglądał się w połowie roznegliżowanej kobiecie uśmiechając się lubieżnie. Jednak zainteresowanie występem było silniejsze i zawstydzony wbrew sobie z powrotem skierował wzrok na podwyższenie na nieznajomą. Dziewczyna w tym czasie zdążyła odwrócić się tyłem i zmierzała powolnym krokiem w kierunku krzesła, które złapała i zaciągnęła za sobą na środek podestu, stanęła obok niego i powolnymi ruchami pozbyła się w końcu marynarki, którą odrzuciła w stronę najbliższych stolików, a następnie w przeciwnym kierunku odrzuciła fedorę zostając jedynie w białej koszuli i krawacie zawiązanym na szyi.
Koszula, którą miała na sobie była za duża i sięgała jej do połowy ud, co na siedzących wokół sceny mężczyzn działało bardziej niż gdyby była całkiem naga. Dziewczyna wykonała obrót po czym kucnęła, a uwolnione spod kapelusza kasztanowe fale zasłoniły jej twarz, jednak po chwili podniosła głowę i spojrzała wprost w oczy zszokowanego Michaela. Dziewczyna po chwili podniosła się tylko po to, aby następnie usiąść na przyciągniętym przez siebie wcześniej krześle. Złożyła ręce na kolanach i zaczęła na przemian rozszerzać i składać nogi przed sobą. W następnym momencie wstała i idąc znów w stronę końca sceny zaczęła gwałtownymi ruchami rozwiązywać krawat, który następnie skręciła w dłoniach i zarzuciła na szyję Slasha przyciągając go do siebie. Michael przez chwilę myślał, że dziewczyna pocałuje gitarzystę, jednak po paru sekundach odepchnęła zadowolonego Slash'a z powrotem na jego miejsce z taką siłą, że przewrócił łokciem szklankę z drinkiem. Dziewczyna zrobiła zmysłowy obrót i ruszyła ponownie w kierunku porzuconego krzesła sunąc na kolanach, przez co dawała tym samym niezły widok mijanym mężczyznom...
Kiedy w końcu dotarła na miejsce znalazła się przy krześle. Podpierając się na nim uniosła się i stanęła za nim okrakiem opierając się brzuchem o brzeg oparcia. Następnie ustawiła krzesło stabilnie na scenie przechylając się do przodu i robiąc w powietrzu szpagat, by po chwili opuścić nogi na siedzenie i odwrócić się ponownie twarzą do widowni. Słysząc krzyki mężczyzn zachęcające do dalszego tańca ruszyła ponownie w kierunku końca podwyższenia rozpinając powoli guziki swojej białej koszuli, która po chwili podzieliła los wcześniejszych części garderoby, lądując gdzieś pośród widowni. Michael odwrócił szybko zawstydzony wzrok gdy dziewczyna została w skąpej bieliźnie. W tym momencie jednej z widzów nie wytrzymał napięcia i wtargnął na scenę łapiąc dziewczynę w pasie, co skończyło się wymierzeniem siarczystego policzka i jej krzykiem.

~*~

- Bez dotykania ty dupku! - krzyknęła Irene trzaskając faceta w policzek po czym ruszyła szybkim krokiem w kierunku garderoby zalewając się łzami. Nienawidziła tej pracy jednak ona dawała jej możliwość dobrego zarobku jednocześnie bez rezygnacji ze studiów i opieki nad córką..

Ochrona zajęła się już facetem. Spike widzący wszystko zza kulis kazał gościa wyrzucić. Jeśli chodziłoby o inną dziewczynę to wiedział, że ta poradziłaby sobie sama, a interwencja ochrony byłaby ostatecznością jeśli facet byłby zbyt natrętny. Jeśli chodziło jednak o Irene... Spike znał jej przeszłość, wiedział, że taka sytuacja z tą dziewczyną może nie tyle skończyć się źle dla niej co dla faceta, który wtargnął na scenę. Dziewczyna w takich sytuacjach była nieprzewidywalna. Chęć ochrony siebie przejmowała nad nią kontrolę i nie zwracała uwagi czy to co robi jest rozsądne czy nie. Spike oczywiście nie martwił się konsekwencjami tylko o to, że pobity przez dziewczynę facet więcej nie wróci do klubu i nie wyda swoich pieniędzy w jego barze. A gdyby zażądał zwolnienia dziewczyny... nie mógł tego zrobić, była najlepsza i to właśnie dla niej przychodziła tu większość tych facetów. Była jego kopalnią pieniędzy.

Nie jest to zwykły klub nocny do którego przychodzi się zaspokoić swoje żądze. W tym klubie chodzi wyłącznie o dobry alkohol, miłe towarzystwo i przyjemne widoki. Nie przychodzi się tu dla dzikich orgii na zapleczu. Tu liczy się taniec za który dziewczyny dostają od podpitych kolesi nie małe pieniądze... Nie należy oddawać kury znoszącej złote jajka, prawda? Na szczęście mógł być pewien, że dziewczyna sama również nie zrezygnuje. Miała małe dziecko i za dużo obowiązków żeby pozwolić sobie na rzucenie jakby nie patrzeć dobrze płatnej pracy...

_____________________________________________________________________________\

Jeszcze raz chciałabym Wam podziękować za to, że jesteście i że jest Was coraz więcej. To jest naprawdę motywujące, jednak z drugiej strony czuję się beznadziejnie dodając takie niedorobione rozdziały.

Nie wiem po co, ale mam stronkę na fejsie, jeśli chcecie to możecie polubić, jak coś się tam ruszy to ułatwi mi to powiadamianie o nowych notkach, a jak nie to nie i tak będę hasać wesoło po Waszych blogach, bo na nich jest tak... MICHAELOWO :) jest to też po to, że jeśli chcielibyście coś wiedzieć, poznać się czy po prostu porozmawiać o czymkolwiek to tam jestem specjalnie dla Was :)


Dzięki Wam jeszcze raz.


LOVE

sobota, 25 stycznia 2014

Uciekinierka 1.

Hejka!
Czas na coś nowego. Nie wiem co to. Powstawało podczas bezsennych nocy. Właściwie podczas jednej takiej bezsennej nocy powstał sam początek. Reszta doszła dzisiaj. Miało być coś innego, ale z tamtym siedzę w martwym punkcie więc daję Wam to. Mam nadzieję, że się spodoba. Nie wiem co z tego wyjdzie, nie wiem jak długie to będzie. Nic nie wiem. Ale wiem, że pokochałam Annie i chciałabym taką swoją już mieć. Serio :D
Jeśli chodzi o Anię to prosiłabym zignorować błędy w jej wypowiedziach, niestety chwilowo ma taki styl. Sama się namęczyłam nad jej wypowiedziami najbardziej bo dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że piszę poprawnie i musiałam wracać, zmieniać. Sprawdzać, znów zmieniać. No masakra. Ale już nie marudzę. Miłego czytania!

________________________________________________________________________________

Mężczyzna otworzył drzwi do swojej posiadłości i spostrzegł na bujanym fotelu na werandzie małą, słodką dziewczynkę w niebieskiej sukieneczce i dwoma kitkami na czubku głowy. Miała nie więcej niż trzy latka. Machała nóżkami i patrzyła ufnym wzrokiem w jego stronę.

- Hej maluszku, a co ty tu robisz? - spytał zaprasząjac ją gestem do swojego domu, na dworze robiło się chłodno i nie chciał, żeby ta mała istotka się przeziębiła.

- Ej, ja nie jeśtem juś mała! Mama mi poźwala siedzieć na fotelu dla duzych.

- Oh. OK. Duża. To skąd się tu wzięłaś, co? Gdzie twoi rodzice?

- Nie wiem. Mamusia posła do pracy i wluci dopjelo jutlo. Ja byłam z babcią ale ona śpi, a mi się nudziło.

- A tatuś?

- Tatuś to osoba któlą kocha mamusia. Oh! Cyli ty jesteś moim tatusiem – krzyknęła dziwczynka z taką radością, jakby właśnie rozgryzła zagadkę, która męczyła ją od dawna.

Michaela zatkało. Ta mała istotka była tak urocza, że żałował, że to co mówi nie jest prawdą. Jednak coś mu w niej nie pasowało. No jak to on jest jej ojcem. Kolejna Billie Jean czy jak?

- Kochanie, ale ja nie mogę być twoim tatusiem, skąd taki pomysł?

- Oj no mówiłam ci jus. Bo mamusia cię kocha. Psecies sama słysałam jak patsyła na twoje zdjęcia i mówiła ze cię kocha i ze skoda ze jesteś jej niejejajnym. Nielelajnym mazeniem. Oj no wies...

- Nierealnym marzeniem?

- Nooo psecies mówię. A co to znacy?

Mike zachichotał. Ta mała była naprawdę rozkoszna. Ale wiedział, że musi z niej wyciągnąć skad tu przyszła i odstawić ją jak najszybciej do domu. W końcu jej bliscy na pewno się niepokoją...

- To oznacza, że jestem jej fantazją. Ale czy ja ci, kurczaku wyglądam na fantazję? Na kogoś kto nie istnieje?

- Niee... - odpowiedziała dziewczyna i w tym momencie w pomieszczeniu rozległ się odgłos burczenia w jej malutkim brzuszku. - tatusiu... jestem głodna.

- Właśnie słyszę, chodź coś trzeba z tym zrobić. - Odpowiedział Michael i zabrał dziewczynkę do kuchni.

Smiley postanowił, że na razie nie będzie próbował nic wyjaśnić bo to i tak nic nie da. Zadzwoni do ochroniarza żeby on zajał się tą sprawą, a on sam zajmie się małą – dużą istotką żeby się nie nudziła. Michael nie sądził, że kiedykolwiek jakieś obce dziecko wkradnie się do jego serca w ciągu zaledwie dziesięciu minut.

~*~

- Mamo, jak to zniknęła?! Jak dwulatka mogła zniknąć będąc pod twoją opieką! No co, ubrała się i wyszła? A ty tego nie zauważyłaś?! Cholera, wezwałaś chociaż policję? Przecież coś jej się mogło stać, ktoś ją mógł porwać. Boże, nawet nie chcę myśleć o tym gdzie ona teraz jest i co się z nią dzieje... - dziewczynie załamał się głos i rozpłakała się na dobre.

- Kochanie, zgłosiłam to już na policję. Wszyscy jej szukają. Przepraszam, naprawdę nie wiem jak to się mogło stać. Nie martw się, na pewno ją znajdziemy. Pewnie schowała się gdzieś koło domu i dobrze się bawi, że wszyscy jej szukają...

- Mamo, ona ma dwa latka, ledwo potrafi wysiedzieć na dziesięciominutowej dobranocce, a tobie się wydaje, że tyle godzin przesiedziała w jednym miejscu mając dobry ubaw z naszego przerażenia?! Czy ty siebie słyszysz?!

- Irene, proszę nie denerwuj się. Zobaczysz wszystko będzie dobrze. Idź odpocznij w końcu niedawno wróciłaś z nocki, jesteś pewnie zmęczona.

- W dupie to mam! Idę jej szukać, przecież nie będę bezczynnie siedzieć podczas gdy moja córka błądzi po mieście! CAŁĄ NOC, CZY WY JESTEŚCIE NIENORMALNI, ŻE JEJ JESZCZE NIE ZNALEŹIŚCIE?! PRZECIEŻ ONA MUSI BYĆ PRZERAŻONA!! - dziewczyna wyszła z domu trzaskając drzwiami. Wyciągnęła telefon i wybrała numer do szefa.

- Halo, Spike. Nie będzie mnie dzisiaj w pracy. Nie, nie dam rady, moja córka zaginęła muszę ją znaleźć. Nie wiem, weź kogoś innego, odpracuję jak tylko ją znajdę obiecuję. W końcu sama też potrzebuję tej kasy. Ok. Na razie. - rozłączyła się i ruszyła wzdłuż ulicy szukając swojego aniołka.

- Annie, mam nadzieję, że nic ci się nie stało skarbie...

~*~

- OH! - coś ciężkiego uwaliło się na brzuch Michaela. Jakby miał psa bądź kota nie byłby zdziwiony, a tutaj przeżył jednak lekki szok. Jednak gdy zobaczył burzę blond loczków szybko uświadomił sobie kto po nim skacze. - Cześć aniołku, jak się spało?

- Dobze. Wies, ze mamusia tes tak do mnie mówi? Tlochę się za nią stęskniłam... - posmutniała dziewczynka.

- Hej, nie bądź smutna, niedługo zobaczysz się z mamusia. Jak tu kruszynko w ogóle masz na imię co?

- Annie.

- Ślicznie. A może powiesz mi czy wiesz jak tu przyszłaś i jak wrócić do domku, co?

- Nie pamiętam. Jechałam autobuseeeeeeeeeeem i tam było dużo ludzi. I mijałam dzewka, domki. I nawet klówki były!

- Oh, no nie martw się, znajdziemy twoją mamusię – Michael przytulił dziewczynkę po czym zabrał ją na dół i nakarmił.

Ochroniarzom nic nie udało się jeszcze ustalić jednak Michael nie tracił nadziei, że w końcu znajdą mamę Annie. Szczerze miał ochotę nawrzeszczeć na tę nieodpowiedzialną kobietę. Jak można tak zostawić małe dziecko? Jak można je zgubić i jeszcze nie próbować go odnaleźć! Nie był w stanie tego zrozumieć. Tym bardziej, że mała Annie wydawała się naprawdę rozkosznym dzieckiem, które jest zadowolone ze swojego życia. Czy to możliwe, żeby ta jej „kochana mamusia” mogła się nie przejąć zniknięciem dziewczynki? Może wróciła z pracy i nawet nie zauważyła braku dziecka? To co z niej za matka...

Przemyślenia Michaela przerwał cichy głosik dziewczynki.

- Tatusiu, mozemy się pobawić w coś? Nuuuudzi mi sięęęę...

- Jasne skarbie, a w co byś chciała się pobawić? - Michael już wczorajszego wieczoru przestał nakłaniać dziewczynkę, żeby przestała się do niego zwracać „tato”, była małym uparciuchem...

- W zgadywanki! - krzyknęła dziewczynka i pobiegła do salonu gdzie rozłożyła się wygodnie w fotelu i czekała na swojego tymczasowego opiekuna.

Tak zleciał im czas aż do południa, kiedy to ochroniarz Michaela przyniósł wiadomość, że policja szuka małej i zdobył informacje gdzie ją zawieźć.
Mężczyzna sam odwiózł dziewczynkę do domu, po długim pożegnaniu z Michaelem i przyrzeczeniu, że jeszcze się spotkają. Smiley nie postanowił nie jechać przede wszystkim ze względów bezpieczeństwa, ale nie był też pewien za siebie, czy nie naubliżałby po raz pierwszy w życiu kobiecie, za to, że jest taką nieodpowiedzialną matką.

Michael trafił kiedyś na pewien cytat polskiego autora.

„Nagle tak cicho zrobiło się w moim życiu bez ciebie...”

Nie rozumiał wtedy dokładnie co mógł czuć wypowiadający je człowiek, ale teraz to zrozumiał. Po zaledwie dniu spędzonym z tą maleńką istotką, teraz gdy wyjechała czuł ogarniającą go pustkę...

~*~

Po całonocnych poszukiwaniach Irene zaczęła tracić już nadzieje. Wiedziała, że nie powinna się poddawać, ale sprawdziła już wszystkie możliwe miejsca gdzie dziewczynka mogła pójść sama. Przecież to dopiero dwuletnie dziecko, nie maratończyk. Nie mogła zajść nawet do połowy tego co sprawdziła,a co dopiero dalej. Zrezygnowana wróciła pod dom, usiadła na krawężniku i zaczęła płakać. Jej córka. Jej kochane maleństwo. Jej malutka Ania...

Nagle przed nią zatrzymał się czarny samochód, dziewczyna szybko głowę gdy usłyszała radosny krzyk swojej pociechy.

- MAMUSIU!

- Boże Annie, gdzieś ty była!

- Mamusiu byłam u tatusia – powiedziała radośnie dziewczynka, a serce Irene stanęło na chwilę po usłyszeniu tych słów. Niepewnie spojrzała w stronę samochodu, jednak odetchnęła kiedy wysiadł z niego kierowca i nie był nim na szczęście ojciec dziewczynki. W końcu skąd on by się tu miał wziąć. Przecież od roku siedział w więzieniu...

- Oh, kochanie. Tak bardzo się martwiłam, nie rób mi tego więcej. Dlaczego wyszłaś sama z domu?

- Bo babcia śpała a ja nie ściałam jej obudzić, a tak baldzo mi się nudziłoooo...


Irene odetchnęła z ulgą podziękowała mężczyźnie który odwiózł jej córkę do domu. Chciała zaprosić go na kawę jednak mężczyzna powiedział, że musi wracać do pracy, wziął jedynie od młodej kobiety numer telefonu, który w niego wmusiła z przyrzeczeniem, że jeśli będzie kiedykolwiek czegoś potrzebował to ma dać znać, a ona stanie na uszach byleby tylko mu pomóc. Weszła do domu i upewniwszy się, że jej córka jest cała i zdrowa położyła młodą spać i sama również zasnęła obok niej... To był naprawdę długi dzień dla Irene jednak zdenerwowanie dało się we znaki. Co chwilę budziła się w nocy i sprawdzała czy jej kruszynka wciąż leży obok. Nad ranem zrezygnowała z dalszego snu i zaczęła rozmyślać o swoim życiu. Była młodą, dwudziestodwuletnią kobietą. Miała dwuletnią córkę, która była całym jej życiem. Studiowała dziennikarstwo a nocami pracowała w klubie żeby niczego jej szkrabowi nie zabrakło. Nie mogła narzekać. Praca nie była tą wymarzoną, ale jakoś sobie trzeba było radzić. W opiece nad córką pomagała jej mama, a babcia Annie. Z ojcem dziewczynki nie utrzymywała kontaktu. Jedyną dobrą rzeczą jaką kiedykolwiek zrobił w swoim żywocie było danie jej córki...

_________________________________________________________________________________

Na koniec. Komentarz mojej siostry jak przeczytałam jej fragment rozmowy Annie i Michaela:
"to nie może być twoje, bo jakieś takie za mądre". OK. WIARA WE MNIE <3

I chciałabym Was prosić z całego serca, jeśli wchodzicie tutaj, a piszecie coś swojego to proszę, a wręcz BŁAGAM zostawcie mi namiary na swoje opowiadania. Jestem jak ten narkoman bez możliwości dania sobie w żyłę, bo jeśli chodzi o to co czytam to muszę męczyć się czekając na nowe notki, a nic nowego nie umiem znaleźć i po prostu rozsadza mnie z braku fanfików!

Chociaż z drugiej strony nic mnie nie odciąga od nauki...
Ale ja chcę żeby mnie coś odciągało!

Dobra.
Nie ględzę już xD

wtorek, 7 stycznia 2014

Rozdział trzeci

Siemka.
Znienawidzicie mnie za te długie przemowy. Wiem. Przepraszam za nie.
Wiecie co... jest mi źle z tym wszystkim. Tak naprawdę to wszystko, ten blog to mój powrót. Przez długi czas mnie nie było. Miałam dość siebie samej. Było mi źle, ponieważ... Nie wiem jak to ująć. Przestałam czuć. Przestałam czuć muzykę. Ale najgorsze było to, że przestałam czuć muzykę Michaela. Nic. Żadnych ciarek jak zawsze. Wciąż ryczałam. Tak. Ale tylko dlatego, że czułam się jakbym Go zdradziła. Było mi źle. Trwało to dwa lata. Przez ostatnie dwa lata praktycznie nie słuchałam Michaela. Jedynie jak leciała jakaś piosenka w radiu. Z muzyki nie zrezygnowałam, pomimo że sama nie jestem umuzykalniona w żaden sposób, muzyka to część mojego życia. Ale przy niczym czego słuchałam nie czułam tego, co kiedyś przy Jacksonie. Było mi z tym tak bardzo źle...

I wiecie co? To wróciło. Tak nagle. Samo z siebie. Znów słucham, znów ryczę i znów mam ciarki jakbym wyszła na mróz w samych majtkach. Wróciłam. Nawet pisząc to opowiadanie mam ciarki. Kurcze. To wszystko jest takie... bez ładu i składu. Taka moja spowiedź przed Wami. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. A teraz zapraszam do czytania.
______________________________________________________________________________


Za bramami prowadzącymi na lotnisko panował straszny ruch. Pracownicy sprawdzali wszystkie zabezpieczenia oraz sprzęty, żeby nikomu nic się nie stao, a tym bardziej, żeby nic się nie stało samemu Michaelowi. Stało tam już kilkanaście karetek, barierki oddzielające kolejne sektory lotniska, aby ludzie mięi jendak jakąś przestrzeń. Każdy sektor miał pomieścić około pięciu tysięcy fanów. Bilety na koncert rozeszły się wszystkie, czyli sto dwadzieścia tysięcy sztuk. Koncert miał się rozpocząć o godzinie osiemnastej, ale do sektorów wpuszczali już cztery godziny wcześniej. Na początku grały supporty. Miałam szczęście. Miałam szansę znaleźć się najbliżej sceny, ponieważ bilet który miałam był przydzielony do sektorów I-XVIII. Najlepiej byłoby gdybym miała szansę dostać się do sektoru II. Znajdował się on naprzeciwko środka sceny. Sektor I i III były po bokach. Zbliżała się czternasta, wszyscy nerwowo ustawili się pod bramą dzierżąc w dłoniach bilety. Byłam blisko wejścia. Nie najbliżej, ale jednak znajdowałam się w takim miejscu, że mogłam być pewna dostania się go któregoś z pierwszych trzech sektorów. Szczęście rozsadzało mnie od środka. Pogoda zaczęła się psuć, ale emocje były tak wielkie, że nikt nie zwracał uwagi na chłodny wiatr. Czułam się jakby to był sen. Kręciło mi się w głowie, a nogi miałam jak z waty, przez co glany wydawały się jeszcze cięższe niż normalnie. Bardzo powoli kolejka zaczęła się przsówać do przodu. Zaczęło się wpuszczanie. Nie będę oszukiwać, w tym momencie zaczęła się walka. Ludzie się przepychali. Nie chodziło tutaj o złośliwość. To wszystko, to po prostu emocje, które nami wszystkimi targały. Kilka dziewczyn stało zapłakane, niektóre już nie wytrzymały tych emocji i odpływały w nicość. W końcu dotarłam do wejścia, ochroniarz sprawdził mój biler i naderwał go przepuszczając mnie dalej gdzie czekała na mnie kobieta, która przeszukała moją torbę sprawdzając czy nie mam w niej niebezpiecznych przedmiotów, a także mnie sprawdziła. Nie zwracałam uwagi na to co robi, byłam zbyt przejęta tym co się dzieje. Co się zaczyna. Powiedziała, że wszystko w porządku i uśmiechnęła się do mnie, ja zarzuciłam torbę na ramię i ruszyłam w kierunku sceny. Przy każdym kolejnym sektorze sprawdzali po raz kolejny bilet i kierowali mnie dalej. W sektorze III skierowali mnie do sektora środkowego, byłam tutaj jedną z pierwszych osób, więc doszłam do barierki witając się ze znajomymi, których poznałam wcześniej. Tutaj emocje były już inne niż przy wejściu. Każdy miał swoje miejsce, nie trzeba było się pchać, żeby znaleźć się w najlepszym sektorze, tutaj panowało podniecenie i oczekiwanie na to co ma nastąpić. Znalazłam się tu z Kasią, dziewczyną, która wczoraj marzyła o wyciągnięciu na scenę. Wpadła w straszną histerię. Siedziała pod barierką i płakała. Te emocje towarzyszyły wielu innym ludziom. Po jakimś czasie najbliższe sektory były już zapełnione. Wpół do siódmej na scenę wyszedł facet zapowiadający pierwszy support jakim była Formacja Nieżywych Schabuff. Po nich na scenę wpadł DJ Bobo. Wtedy dopiero uświadomiłam sobie po co przed tak dużymi koncertami grają supporty. Była to dobra metoda na lekkie rozluźnienie się. Jednak na koniec jego występu wszystko wróciło, miałam wrażenie, że nawet ze zdwojoną siłą. Facet zapowiadający kolejne występy najwięcej oklasków od nas dostał gdy zapowiedział tego na którego wszyscy tutaj czekali. Wtedy emocje sięgnęły zenitu. Zaczęło się. Płytę lotniska zalała ciemność. Jedynymi źródłami światła były lampy dalekosiężne, tak zwane lotnicze szperacze. Z wielkich głośników wydobył się głos odliczający:
- … siedem... sześć...
Panie i Panowie... pięć... cztery...

Już za kilkanaście sekund... trzy, dwa...
Wkrótce!...
Jeden...
Staniecie się częścią... zero!
Jego HIStorii!!

W głośnikach coś zaczęło charczeć, wydobył się z nich pisk gitary i na wielkich telebimach rozpoczęła się projekcja filmu. Bohaterem był Michael ubrany w kombinezon wsiadał do jakiegoś statki kosmicznego, po czym wyruszył torami pomiędzy historią. Były fragmenty gdy Jackson był mały, były różne kraje, piramidy... Tak ruszył w naszym kierunku... ruszył w kierunku Warszawy.
W pewnym momencie komputerowy głos oznajmił, że statek zbliża się do Warszawy, emocje były niesamowite, niektórzy krzyczei inni zahipnotyzowani wpatrywai się w telebimy z szeroko otwartymi ustami. Na scenie rozległ się huk i pojawił się dym. Z chmury dymu wyłonił się statek Michaela.
A pod sceną rozległa się cisza, wszyscy w napięciu wpatrywai się w scenę, a dokładniej w pojazd w którym teraz brakowało drzwi ponieważ piosenkarz wyważył je jednym silnym kopnięciem. Wyskoczył ze statki, zdjął hełm i odrzucił do tyłu swoje włosy. Z głośników wydobył się ogłuszający jazgot. Pod stopami czuliśmy jak trzęsie się ziemia. I nagle usłyszęliśmy pierwsze takty piosenki Scream. Emocje wybuchły. Już nikt się nie kontrolował, wszyscy krzyczeli, skakli, śpiewali wraz z Michaelem. Piosenka nie doszła do połowy jak nad naszymi głowami przeniesiono kilkanaście dziewczyn, które nie wytrzymały emocji. Zemdlały. Jak się okazało później nie tylko mdlejące dziewczyny były problemem lekarzy. Jeden z tych starszych ludz, którzy rano nam pomogli także był na koncercie. On także nie wytrzymał emocji i dostał palpitacji serca więc musiał interweniować kardiolog. Na szczęście nic mi się nie stało poważniejszego. To wszystko było magiczne...

W pewnym momencie, gdy zabrzmiała piosenka You are not alone, poczułam jak ludzie z tyłu, a zwłaszcza dziewczyny, odrywają moje ręce od barierek popychając mnie do tyłu. Każda chciała się dostać pod barierkę z nadzieją, że Michael zabierze właśnie je do siebie na scenę. W pewnym momencie upadłam, ale zaraz poczułam jak ktoś bierze mnie na ręce zanim zostałam zdeptana. Ale nie skończyło się na podniesieniu mnie. Chłopak który mnie podniósł wziął mnie na ręce i podał do przodu. Tak przechodziłam z rąk do rąk, w pewnym momencie ku zaskoczeniu wszyskich znalazłam się za barierką. Niewiele myśląc pobiegłam w stronę sceny. Wszyscy byli w takim szoku, że nikt nie zdążył zareagować. Gdy wdrapałam się na scenę nie rzuciłam się na Michaela tylko stanęłam twarzą do niego i uśmiechnęłam się szeroko. Piosenkarz był chyba w nie małym szoku...

~*~


Zacząłem śpiewać You are not alone. Widziałem jak w pierwszych sektorach dziewczyny przepychają się do przodu. W pewnym momencie zauważyłem, że jedna z nich „pędzi” na rękach innych przez środkowy sektor ku scenie. Jak należało się spodziewać w końcu wylądowała za barierkami. Wszyscy byli zszokowani, nawet ochrona. Dziewczyna korzystając z okazji ruszyła w moim kierunku. Nie powiem, nieźle się wystraszyłem. Wiedziałem, że moje fanki często są jak w letargi i pomimo że nie chcą mogą zrobić krzywdę. Liczyłem na to, że ochrona coś zrobi zanim ona rzuci się na mnie... Jednak gdy tylko stanęła na scenie strach odszedł. Staliśmy naprzeciwko siebie i wpatrywaliśmy się w swoje twarze. Dziewczyna nie ruszała się z miejsca tylko uśmiechnęła się zabójczo jak małe dziecko, które coś nabroiło, a jej czerwone włosy potęgowały to, że wyglądała naprawdę uroczo. Podszedłem do niej i nie przerywając śpiewania przytuliłem ją mocno.
-Kocham cię – usłyszałem przy uchu i poczułem zimną dłoń dotykającą mojego policzka. 

To było dziwne uczucie. Takie inne niż do tej pory z fankami, które dostawały szału na scenie i wyczyniały różne rzeczy, od prób pocałowania mnie do wpadania w szał i nieświadomego szaprania mnie. Ona była opanowana. Widać było jak na dłoni targające nią emocje. Podniecenie, radość, wzruszenie, ale potrafiła się opanować. W jej oczach nie było obłędu jak u niektórych. Po chwili poczułem, że ochrona odrywa ją ode mnie. W ostatnim momencie poczułem usta na swoim policzku i znów zobaczyłem uśmiech, który jakby mógł rozświetliłby cały stadion pomimo panujących na nim ciemności. Odwzajemniłem jej go i patrzyłem jak zabierają ją ze sceny. I tutaj pojawiło się kolejne zaskoczenie ponieważ dziewczyna nie wyrywała się, ochroniarz nawet nie musiał brać jej na ręce. Szła kilka kroków przed nim zmierzając w stronę sektoru z którego została wypchnięta. Złapała rękami barierki i przeskoczyła przez nie. Została przyjęta przez fanów, którzy teraz znaleźli się tak strasznie blisko niech chcąc dotknąć osoby, która dotykała mnie... dziwne uczucie.

~*~


To sen. Z całą pewnością to jest tylko piękny sen. Nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje. Byłam na scenie. Przytulił mnie sam Król Popu. Sam Michael Jackson. Piosenkarz. Cudowny i wrażliwy człowiek. Przytulił mnie! A ja mu wyznałam miłość. Ja go pocałowałam w policzek. Teraz stoję i patrzę wciąż na show, a ludzie naokoło dotykają mojej bluzy w miejscu w którym przed chwilą były jego dłonie. Koncert trwał nadal. Teraz przyszła kolej na Will You be There. Na koniec Michael osunął się na kolana płacząc. Na wszystkich telebimach widzięliśmy jego skuloną postać. W tym momencie miałam ochotę jeszcze raz do niego podbiec i go przytulić. Powiedzieć żeby nie płakał. Jedną z ostatnich piosenek było Earth Song. Piękna piosenka. Piękne widowisko. Gdy na scenę wjechał czołg, z którego wyskoczył uzbrojony żołnierz celujący w Jacksona myślałam, że zejdę z tego świata. Serce ze strachu waliło mi jak oszalałe. Wiedziałam, że tak miało być, że to część przdstawienia, a jednak emocje były tak silne, że mimo wszystko odczuwałam strach. I wiem, że nie tylko ja. Nagle żołnierz opuścił katabin i rozpłakał się jak małe dziecko. Koncert zakończył się piosenką HIStory. Z głośników znów było słychać wycie, na niebie pojawiły się sztuczne ognie, a na scenie zasłony dymne. Wielu fanów nie doczekało do końca mdlejąc. Oni kończyli koncert w namiotach opieki medycznej... Nagle wszyscy zaczęli schodzić ze sceny. My staliśmy pod nią, a powietrze wciąż było pełne emocji po dopiero co zakończonym koncercie. Wszyscy skandowali głośno imię Michaela jednak nikt już na scenę nie wyszedł. Po wygaśnięciu świateł i upewnieniu się, że MJ już nie wyjdzie na scenę ludzie zaczęli przepychać się w stronę wyjść. Z każdej strony było słychać podniecone głosy fanów wciąż nie mogących uwierzyć w to czego przed chwilą byli świadkami. Ja stałam w miejscu wpatrując się w punkt, w którym zniknął mój idol. To naprawdę był już koniec.
Nie spieszyło mi się, ponieważ pociąg miałam dopiero jutro bardzo wcześnie rano, a stacja była niedaleko lotniska, więc nie spieszyłam się do wyjścia. W miarę jak wokół mnie pustoszało, robiło się coraz zimniej. Jednak moje emocje całkowicie zagłuszały uczucie chłodu. Usiadłam przy barierkach i wpatrywałam się w ludzi krzątających się po scenie i składających sprzęt. Nawet nie zauważyłam kiedy miejsce koncertu opustoszało, a światła prowadzące do wyjść pogasły. Emocje, które mną zawładnęły były niesamowite. Z jednej strony byłam szczęśliwa, że udało mi się tu dostać, że wszystko było takie wspaniałe, stałam w najlepszym sektorze, w pierwszych rzędach, byłam na scenie, przytuliłam samego Michaela Jacksona, poznałam jego zamach. Ale z drugiej strony miałam ochotę się rozpłakać, że to wszystko już za mną. Że już się nie powtórzy. Po paru godzinach w krzyku i głośnej muzyce, cisza która teraz nastała była nie do zniesienia. Rozsadzała uszy. Żałowałam, że baterie w walkmanie się rozładowały, bo bym sobie włączyła i choć trochę zagłuszyłabym tą ciszę. Nagle moje przemyślenia przrwały czyjeś kroki. Dopiero teraz zorientowałam się, że jestem sama, a wokół mnie jest ciemno. W sumie teraz to już ni byłam sama. Z całą pewnością były to ludzkie kroki. Spróbowałam w ciemności wytężyć wzrok. Serce waliło mi ze strachu, w końcu tutaj nikt mnie nie usłyszy, ekipa ze sprzętem też już się dawno zwinęła. W ciemności wychwyciłam czyjąś sylwetkę. Udało mi się ustalić, ze jest to mężczyzna i nie ma złych zamiarów. Ba! On mnie nie widzi! Myślałam, że to jakiś fan, który tak jak ja czeka na pociąg i został tutaj, żeby zatrzymać troszkę dłużej tą chwilę.
Podniosłam się z trawy chcąc nawiązać z nim jakiś kontakt. Jednak zrobiłam to tak szybko, że nie spodziewający się mnie mężczyzna podskoczył z przerażenia. Grunt to dobre pierwsze wrażenie, no nie?
Przybysz uspokoiwszy się widząc, że nie jestem duchem oraz nie mam złych zamiarów zbliżył się do mnie, a ja mogłam mu się bliżej przyjrzeć. Mężczyzna był dosyć wysoki, tak na oko miał 180cm wzrostu, był szczupły, miał czarne kręcone włosy, czerwoną kurtkię, czarne przykrótkie spodnie, białe skarpetki i czarne mokasyny. W jednej chwilo dotarło do mnie kto przede mną stoi. Z początku myślałam, że to jakiś fan – sobowtór, ale gdy zobaczyłam w ciemności oczy, które tyle razy patrzyły na mnie z plakatów, od razu zrozumiałam, że to on. Widać było, że Michael jest tak samo zdziwiony, że ktoś tu jeszcze jest jak ja. Patrzyliśmy na siebie aż w końcu Michael uśmiechnął się nieśmiało do mnie i najnormalniej w świecie powiedział – cześć.
- Hej – odpowiedziałam i również się do niego lekko uśmiechnęłam. Może to nie za dobre porównanie, ale czułam się jak przy odpowiedzi gdy nauczyciel zadaje pytanie, a cała klasa wlepia we mnie wzrok. Tu było podobnie tylko wzrok całej klasy został zastąpiony tak przeszywającym wzrokiem mojego idola – Jestem Michael Jackson, a ty jak się nazywasz? - przez nerwy nic nie zrozumiałam. Czułam, że te dziesięć lat nauki języka poszły się paść na łąkę. Jednak po większym wytężeniu mózgu zrozumiałam, co przed chwilą usłyszałam i dobiło mnie to, że Michael mi się przedstawił. Tak jakbym go nie znała...
- Nazywam się Wiola... - wydukałam tak cicho, że nawet ja sama ledwo się usłyszałam.
- Przepraszam, możesz powtórzyć głośniej? - spytał Michael śmiejąc się. No zdenerwował mnie gościu. Ja wszystko rozumiem, ale kurcze, mój idol stoi sobie przede mną, oczekuje odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie, to chyba normalne, ze się człowiek denerwuje prawda? A ten stoi i się jeszcze bezczelnie ze mnie śmieje!
- Nazywam się Wiola Brzęczyszczykiewicz – powiedziałam z wrednym uśmieszkiem. Michael popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem, po czym spróbował powtórzyć – Wiola Brzen... Bszen... Brzenszyskiewisz... - podczas gdy mężczyna siłował się z tym trudnym wyrazem ja zapominając na chwilę o zdenerwowaniu wybuchnęłam śmiechem. Michael zarumienił się i uśmiechnął przepraszająco, a mnie uderzyło to jak bardzo jesteśmy podobni. Sama bym była tak speszona w podobnej sytuacji. Może to śmieszne, ale uderzyło mnie to, że tak jak i ja jest po prostu zwykłym człowiekiem, który nie jest idealny.
Przestałam się śmiać i kalecząc język angielski wytłumaczyłam mu, że żartowałam i podałam prawdziwe nazwisko, z którego wymową nie miał większych problemów. Potem usiedliśmy na trawie i zaczęliśmy rozmawiać. Michael wypytywał mnie o wszystko, gdzie mieszkam, co robię, ile mam lat i dlaczego przyjechałam. Odpowiadałam na jego pytania mimo że sama miałam do niego ich tysiące. Wiele razy mnie poprawiał gdy mówiłam źle, a ja starałam się zapamiętywać wszystko, żeby następnym razem nie musiał tego robić. Następnie przyszła kolej na moje pytania i tak się zagadaliśmy, że nie zwróciliśmy uwagi, że właśnie zaczęło switać. Po tych paru godzinach całkiem przestałam się denerwować, a nawet miałam wrażenie jakbyśmy byli starymi przyjaciółmi, którzy spotkali się po latach. O godzinie piątej rano miałam pociag do domu, czekało mnie prawie dwanaście długich godzin jazdy. Michael zerknął na zegarek. Była czwarta. Powiedziałam mu, że muszę się powoili zbierać na pociąg, a on uśmiechnął się i powiedział, że jego pewnie też już szukają. Było mi strasznie ciężko się z nim rozstawać. Wiedziałam, że to było nasze pierwsze i najprawdopodobniej ostatnie spotkanie. Podnieśliśmy się z mokrej od rosy trawy, uścisnęliśmy sobie ręce i pożegnaliśmy się.
- Nie martw się, jeszcze się spotkamy – powiedział Michael widząc łzy w moich oczach.
- Chciałabym -powiedziałam i uśmiechnęłam się do niego. MJ przyciągnął mnie do siebie i mocno przytulił. Przy nim naprawdę czułam się bezpiecznie jak przy przyjacielu lub starszym bracie. Gdy mnie puścił jeszcze raz podaliśmy sobie dłonie żegnając się po czym Michael odszedł w kierunku swojego hotelu sąsiadującego z lotniskiem. Przy wyjściu odwrócił się do mnie, uśmiechnął szeroko i pomachał po czym zniknął w bramie. Z westchnieniem przeciągnęłam się, przetarłam oczy i ruszyłam do wyjścia z którego miałam najkrótszą drogę na dworzec.
Na stacji zastałam jeszcze wielu ludzi, którzy tak jak ja dopiero teraz mięli pociąg. Niektózy byli wypoczęci po nocy spędzonej w wygodnym, hotelowym łóżku, a inni mięli podkrążone oczy po nie przespanej nocy spędzonej na dworcu. Ja z całą pewnością wyglądem zaliczałam się do grupy drugiej, nawet pomimo tak miło spędzonej nocy. W końcu w ostatnim czasie naprawdę mało spałam. Jednak mimo wszystko ci pierwsi jak i ci drudzy byli szczęśliwi i wciąż jeszcze ogarnięci podnieceniem po wydarzeniach ubiegłej nocy.

Podróż minęła mi na rozpamiętywaniu ostatnich wydarzeń. W końcu to wszystko było jak piękny sen. Zaczęłam rozmyślać o spotkaniu z Jacksonem. To było coś... cudownego. W końcu nie co dzień można spotkać tak wielką gwiazdę, która jest naszym idolem i w dodatku z nią tak swobodnie rozmawiać. A może to tylko sen? Bo czy istniało choćby małe prawdopodobieństwo, że to wszystko działo się naprawdę? Że spotkałam Michaela, że z nim rozmawiałam, śmiałam się? Przecież to nie miało najmniejszego sensu. Nie mogło się wydarzyć. To po prostu nie możliwe...
Gdy z grupy koncertowej zostałam sama i w przedziale zrobiło się cicho, a do końca zostało mi jeszcze parę godzin jazdy zdrzemnęłam się. O szesnastej byłam w domu. Mama wypadła już na korytarz żeby zobaczyć jak wyglądam po koncercie. Ona zawsze miała taki odruch, nawet po przedstawieniach w przedszkolu sprwdzała czy czasem coś mi się nie stało. Uspokoiwszy się, że jestem cała i zdrowa, a dodatkowo jeszcze strasznie szczęśliwa i zmęczona wciągnęła mnie do kuchni i dała coś ciepłego do zjedzenia. Po tych wszystkich emocjach dopiero teraz poczułam jak bardzo jestem zmęczona. Jadłam powoli podpierając jedną ręką głowę, żeby nie wpadła mi do talerza. Po piętnastu minutach walki z jedzeniem stwierdziłam, że nie jestem głodna i idę się położyć spać. Szybko się umyłam, przebrałam w piżamę i położyłam do łóżka. Ledwo moja głowa dotknęła poduszki, odpłynęłam. Następnego dnia obudziłam się bardzo wcześnie, w końcu wyspana. Leżałam jeszcze długo w łóżku rozmyślając o koncercie i moim spotkaniu z Michaelem. Byłam ciekawa czy zapadłam mu jakoś w panięć, a może już zapomniał o dziewczynie spod sceny, ponieważ jest tak zajęty swoimi sprawami. Drzwi z mojego pokoju uchyliły się lekko i do pokoju zajrzała mama sprawdzając czy jeszcze śpię.
- Już nie śpię mamuś – powiedziałam i usiadłam na łóżku.
- To się ogarnij i chodź na śniadanie – powiedziała mama i poszła do kuchni. Przy śniadaniu opowiadałam rodzicom jak było wspaniale, co drugie słowo dziękując im za to, że pomogli mi spełnić moje marzenie. Mama nie mogła uwierzyć, że byłam na scenie z samym Królem Popu, ani w to, że po koncercie też z nim rozmawiałam. Później poszłam do pokoju powtórzyć lekcje na jutro. W końcu już koniec września i nauczyciele zaczynają powoli dawać nam w kość. Tak samo jak i przed koncertem nie mogłam się ani trochę skupić na nauce. Tym razem jednak ciągle wracałam do koncertu, wspominałam jak bezpiecznie czułam się w ramionach Michaela, a także jego zapach i uśmiech. Wyrwałam się z krainy wspomnień, otwarłam okno z nadzieją, że świerze powietrze trochę mnie otrzeźwi i włączyłam cichutko kasetę w radiu. Z muzyką zawsze wszystko łatwiej wchodziło mi do głowy. W tym wypadku jednak to nie podziałało. Głos mojego idola rozpraszał mnie jeszcze bardziej niż ta cała cisza. Włączyłam radio decydując się na słuchanie hitów na czasie czy czegoś podobnego. Jednak tutaj też przeżyłam szok, ponieważ cały czas opowiadali o koncercie, o tym całym show. A potem puszczali jego piosenki. Jezuuu... i znów ten głos... Porzuciłam naukę i poszłam na spacer z nadzieją, że jak wrócę będę bardziej przytomna i się skupię na książkach. Po drodze spotkałam kilku znajomych ze szkoły. O ile można ich tak nazwać. Jakoś nigdy za sobą nie przepadaliśmy. Męczyły ich moje „dziwactwa” jak to nazywali. Jednak dzisiaj nawet raczyli powiedzieć cześć, a jakby tego było mało przystanęli i porozmawialiśmy chwilę. Pytali jak tam koncert i czy dobrze się bawiłam. Z jednej strony było mi miło, ale z drugiej coś mi tu nie pasowało... W końcu od ostatniej trasy ich raczej Michael nie interesował. Woleli unikać jakichkolwiek rozmów o nim. Ale może to ja sama doszukuję się problemów tam gdzie ich nie ma? Może tak naprawdę oni lubią Michaela i tylko mi się wydawało, że mnie nie lubią za to, że go słucham? Może. Chyba za dużo myślę...
Po zamienieniu kilku zdań z nimi ruszyłam dalej. Po parunastu minutach zaczęłam się poważnie zastanawiać nad stanem mojej psychiki. Musi być ze mną źle, ponieważ wszędzie widzę ludzi w fedorach. No może nie wszędzie, ale co chwilę ktoś w fedorze mnie mija. Albo jakimś innym Michael'owym akcentem. Fakt, Jackson jest człowiekiem znanym. Nawet bardzo. Ale w tym mieście ludzie są bardzo łatwowierni. Zwłaszcza bezgranicznie ufają mediom. I w ostatnich czasach raczej byli na nie.
Ciągle slyszałam, ze wzdycham do człowieka, który się wybielał, że przerwał swoją trasę ponieważ został oskarżony o molestowanie dzieci. Jak mogę słuchać pedofila? Później jak Michael zawarł ugodę z ojcem tego chłopca, który go oskarżał były kolejne plotki, że chciał go uciszyć. Wtedy tym bardziej był winny w ich oczach. Dalej na zabawach puszczali czasem jego piosenki, ale o nim samym raczej nie wspominano. A przynajmniej nie dobrze. Jasne, nie byłam jedyną fanką w tym mieście. Było nas sporo, ale raczej nie wielu się z tym afiszowało. Woleli pozostać w cieniu i mieć spokój. To było dla nich męczące, ale tak było bezpieczniej. Dopiero przed koncertem przestali sięukrywać, że słuchają tego wspaniałego człowieka. Właśnie, dlaczego tam mało ludzi pamięta o tym, że wpłaca często spore sumy na chore dzieci? Dlaczego wszyscy pamiętają tylko te chore wymysły prasy?
Tak rozmyślając spacerowałam przez dwie godziny. Wiedziałam, że raczej ten spacer mnie nie oderwał od Michaela, czyli z nauką w dniu dzisiejszym mogłam się pożegnać. Może nikt mnie jutro nie zapyta?
Reszta dnia minęła mi spokojnie na słuchaniu muzyki i czasem na krótkich rozmowach z mamą...

Następnego dnia wróciła szara rzeczywistość. Trzeba było porzucić wspomnienia na osiem godzin. Osiem długich godzin nie myślenia o Michaelu... U mnie to było trudne tak normalnie, a po tym wszystkim co się stało wydawało mi się to wręcz niemożliwe. Wróciła do mnie codzienna rutyna. Znów stałam przy szafkach w kuchni i szykowałam sobie kanapki do szkoły przeglądając się w szybie i ubolewając nad stanem moich włosów. Następnie wyszłam z domu dokładnie zamykając drzwi i włączając sobie walkmana. Gdy weszłam do szkoły poczułam, że ten tydzień będzie ciężki. Wszyscy ludzie patrzyli na mnie i szeptali do siebie. Słyszałam strzępki ich rozmów. 

- Była tam.

- Widziała go.

- To ona podobno wbiegła na scenę, wierzysz w to?

Poszłam pod salę i usiadłam z paroma osobami z klasy, dla których zawsze było najważniejsze, że jestem a nie to, że mam swoje dziwactwa. Zaczęli mi opowiadać, że widzieli kawałki koncertu w telewizji, że w radiu cały czas o tym mówili, że wszyscy mówią o tym, że to ja wpadłam na scenę do Michaela i czy to prawda. Ich pytania mi nie przeszkadzały, ponieważ były przyjazne a nie tak jak innych z nutką ironii. No ale takie są uroki mieszkania w miejscu gdzie praktycznie każdy zna każdego...

Dzień mijał mi strasznie powoli. Na każdej przerwie czułam na sobie wiele spojrzeń co bardzo mi przeszkadzało, ponieważ wolę unikać skupiania na sobie uwagi innych. Tak było przez tydzień, później ludzie znaleźli sobie inne kozły ofiarne.

________________________________________________________________________
Swoją drogą dni pomiędzy dodawaniem kolejnej części się rozmazują. Nie wiem dlaczego, ale te dni kiedy dodaję tu nowy rozdział czuję się jakbym miała urodziny. Głupie, wiem. No cóż. Każdy ma swoje dziwactwa. Wolałabym mieć domek z ogródkiem po którym wesoło hasałby słoń, ale raczej nie jest mi to dane, więc cieszę się z tego dziwactwa, które jest w moim zasięgu.

Prosiłabym Was także o zostawienie mi namiarów na Was w zakładce "spam" jeśli sami prowadzicie blogi :)

Wasza
Irene Invincible

niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział drugi!

Witajcie!
Chciałabym Wam o czymś opowiedzieć. Opowiadania te powstały w roku 2009. Był to dla mnie trudny czas, sama miałam sporą depresję, ponieważ rok wcześniej opuściła mnie bardzo ważna dla mnie osoba. Dlatego też ze śmiercią Michaela nie radziłam sobie najlepiej, a ciągła depresja tylko wszystko pogarszała. Pierwsze dwa opowiadania które tutaj wstawię tak naprawdę były moją odskocznią w tamtym czasie. Pisanie pomogło mi uporać się ze swoimi problemami. Do tej pory gdy coś się dzieje wtedy siadam przed klawiaturą i piszę co mi w duszy gra.

Musicie wiedzieć, że opowiadanie, które już zaczęłam pisać jest dla mnie bardzo ważne. Pomimo, że nie jest arcydziełem, dla mnie jest moją perełką. To właśnie ono zajmowało mój umysł najdłużej. Potrafiłam obudzić się o 3 w nocy i opisać ołówkiem swój pomysł na szafę, ścianę i kawałek parapetu ponieważ nie miałam pod ręką kartki a nie chciałam żeby pomysł uciekł. Pisząc to opowiadanie miałam masę zabawy, przede wszystkim z wyszukiwaniem informacji o okresie w którym Michael był u nas, w Polsce. Jeśli po przeczytaniu przeszukacie internet... tam jest wszystko. Pisząc to chciałam, żeby czytelnik miał wrażenie, że sam tam jest. Ja wtedy miałam pięć lat i nie pamiętam za dużo z tamtego okresu. Moja fascynacja tym chłopcem o karnacji w kolorze czekolady z żółtymi ślepiami dopiero się zaczynała. Jednak pisząc to opowiadanie wykorzystałam stare artykuły z gazety POPCORN, plan koncertu, stare bilety, wywiady z ludźmi którzy tam byli. To co pisze to fikcja, nie opis wydarzeń. Tak. Ale sam opis koncertu oraz szału przed koncertem opisałam zgodnie z faktami. Powiem Wam, ze na tyle się uparłam, że nawet daty zgadzają się idealnie z dniami. Nie jestem perfekcjonistką jak Michael. Ale nie lubię robić niczego po łepkach. Dlatego też gdy straciłam chwilowo serce dla tego opowiadania miałam załamanie. Nie chciałam go zostawiać, ale nie chciałam ciągnąć go na siłę. Miałam początek, miałam mój punkt zaczepienia w postaci koncertu i miałam zakończenie. Ale brakowało porządnego środka, dlatego też zrobiłam to, co wydawało mi się w tamtym momencie najlepsze. Zakończyłam je dosyć szybko. Bez żadnych zwrotów w akcji, trzymających w napięciu momentów. A jednak jest to moja perełka. Oddaję je w Wasze ręce i naprawdę liczę na to, że Wam się spodoba, a nawet jeśli nie, to cieszę się, że poświęciliście czas na przeczytanie moich wypocin i dziękuję za zostawienie po sobie opinii, które są bardzo pomocne w dalszym procesie tworzenia.
Jeszcze nie wiem czy wprowadzę w nim jakieś zmiany, czy zostawię tak jak jest, a zajmę się czymś nowym. Zostawienie tego jest bardzo prawdopodobne. Jeśli osiągnęłam swój cel, myślę że będziecie czuć to samo co ja gdy je kończyłam.
Dobra, już nie zanudzam. Oddaję w Wasze łapki kolejny rozdział z nadzieją, że Wam się spodoba.
I przepraszam za taką długą przedmowę, ale potrzebowałam Wam to wszystko powiedzieć. Być z Wami szczera.
Już koniec. 


ZAPRASZAM.

______________________________________________________________________________

27 marzec, dzień mojego wejścia w dorosłość... Przynajmniej według moich rodziców. Jest słoneczna środa. Zaspana zmierzałam do kuchni. Nie uśmiechało mi się dzisiaj iść do szkoły, po moich wyczynaniach na ostatnim wf-ie miałam tragiczne zakwasy, ledwo zwlekłam się z łóżka. Weszłam do kuchni i zobaczyłam rozmawiających ze sobą cicho rodziców. Przeżyłam nie mały szok, ponieważ zazwyczaj jak wstawałam to ich już nie było w domu. Gdy mnie zauważyli, wstali i z szerokimi uśmiechami podeszli do mnie. Oto czekała mnie najgorsza część tego dnia. Życzenia. Mój koszmar. Nigdy nie wiem co ze sobą zrobić w takich momentach, czy mam płakać, śmiać się, udawać że zeszłam na zawał i czekać aż sobie pójdą? W każdym bądź razie rodzice ucałowali mnie i złożyli życzenia. Zasiedliśmy do śniadania przygotowanego przez mamę. Po pospiesznie zjedzonym posiłku pobiegłam do pokoju się spakować. W pewnym momencie drzwi się uchyliły i weszła mama. Rozejrzała się z dziwnym wzrokiem po obklejonych ścianach, jakby liczyła, że wraz z moim wkroczeniem w dorosłość moje ściany zabłysną jakze poważną bielą i czystością. Jako, że nic się na nich nie zmieniło z westchnieniem usiadła na nie pościelonym łóżku. Zauważyłam, że trzyma coś w ręce.
- Wiesz, nie wiedziliśmy z tatą co Ci kupić na urodziny. W końcu dzisiaj wkraczasz w magiczny wiek, dorosłość. I wczoraj...zadzwoniła babcia. Powiedziała, że jest coś o czym marzysz i postanowiliśmy z tatą dać Ci coś z czego będziesz naprawdę zadowolona... - urwała mama, a moje serce niebezpiecznie przyspieszyło. Byłam niemal pewna, że mama je dobrze słyszyy. Czy ona naprawdę chciała... Nie... Nie wierzę...
- Masz – powiedziała podając mi pieniądze – babcia powiedziała, że też Ci coś dała i że powinno starczyć na podróż... - już nie słuchałam, rzuciłam się mamie na szyję zalana łzami. Potem wstałam i poleciałam do kuchni gdzie tata skończył śniadanie. Przytuliłam go z całej siły, a on popatrzył na mnie jak na wariatkę.
- Umarł ktoś, że tak ryczysz? - spytał poważnym tonem, jednak widziałam, że oczy mu się śmieją i ma ochotę parsknąć śmiechem na widok mojej reakcji.
- Nieee... - wydukałam i jeszcze bardziej się rozkleiłam. W tym momencie byłam najszczęśliwszą osiemnastolatką na świecie. Wtedy do kuchni weszła mama i widząc mój stan zacmokała i stwierdziła, że lepiej, żebym dzisiaj nie szła do szkoły, bo pomyślą, że jakąś histeryczką jestem. Poza tym i tak spóźniłam się już na pierwszą lekcję.
Próbując się jakoś uspokoić poszłam do pokoju, włączyłam głośno kasetę w radiu i zaczęłam się ubierać co chwilę patrząc na Michaela na plakatach. Wiedziałam, że sprzedaż biletów ma ruszyć w lipcu. Już się nie mogłam doczekać. Leżałam na łóżku i wyobrażałam sobie jak to będzie...

Jest lipiec. Ruszam właśnie w kierunku punktu w którym będzie można kupić bilet na HIStory tour. Jest druga w nocy. Niektórzy nie mogą tego zrozumieć. Nie potrafią. O drugiej w nocy iść kupić bilet, pomimo że punkt otwierają dopiero o godzinie dziewiątej? No ale ja poszłam. I dobrze zrobiłam, na miejscu już było około trzydziestu osób. Wszyscy rozmawiali ze sobą na jeden temat. Panowała taka niesamowita atmosfera, naprawdę trudno to opisać. Gdy podeszłam do nich przywitali mnie nie jak kogoś obcego, ale jak kogoś, kogo znają od dawna. Nikogo stąd nie znałam, ale było mi naprawdę dobrze w tym towarzystwie. Tutaj nikt nie czepiał się mojego wyglądu. Tego, że na głowie miałam fedorę, a w słuchawkach słychać było Dirty Dianę. Nagle przyszła jeszcze jedna dziewczyna. Na ramieniu miała plecak, a w ręce trzymała... radio. Wszyscy się ucieszyli, zaczęliśmy witać nowoprzybyłą. Dziewczyna postawiła radio na chodniku i włożyła kasetę Dangerous. Wszyscy zgromadziliśmy się wokół radia, żeby nie trzeba było za głośno puszczać muzyki, bo końcu był środek nocy i tak przesiedzieliśmy do rana kiedy to otworzyli sklep i mogliśmy zakupić bilety. Szczęśliwa wracałam do domu, w kieszenimiałam świstek papieru na który czekałam tyle czasu, oraz kartkę z kilkoma adresami ludzi, których dzisiaj poznałam. Mięliśmy się skontaktować przed koncertem i zorganizować jakąś zbiórkę. Byłam niesamowicie zmęczona, dlatego gdy tylko przyszłam do domu i odłożyłam bilet w bezpieczne miejsce położyłam się spać.

~*~

Wakacje mijały szybko. W telewizji i radiu coraz częściej mówili o koncercie. Kilka razy spotkałam się z ludźmi poznanymi tej nocy gdy kupowałam bilet. Z każdym dniem byliśmy coraz bardziej przejęci. Z jednej strony to napięcie było nie do wytrzymania, ale z drugiej strony... to było cudowne uczucie. Szykowaliśmy wielki transparent. Nie byliśmy pewni czy nas z nim wpuszczą, ale mimo wszystko postanowiliśmy spróbować.
Dni leciały coraz szybciej. Ledwo zaczęły się wakacje, zaczął się lipiec, następnie sierpień, a teraz już jest pierwszy września. Jeszcze dziewiętnaście dni. Czterysta pięćdziesiąt sześć godzin... Emocje coraz bardziej dawały o sobie znać. Potrafiłam chodzić z tak wielkim uśmiechem, że jakby nie uszy to śmiałabym się dookoła głowy, co było powodem częstych żartów taty. Ale powiem szczerze, że coraz bardziej się też bałam. Bałam się, że albo coś nie wyjdzie, albo coś się stanie, albo... albo się zawiodę. Z jednej strony wiedziałam, ze to nie jest możliwe, ale to uczucie było silniejsze ode mnie. Zaczęła się też szkoła. Jak wiadomo trzeci rok technikum. Nauczyciele na każdym kroku straszyli nas już, że w tym roku nie będzie tak miło jak do tej pory. Za rok te wszystkie egzaminy zawodowe i matura. Ale teraz ja do tego nie miałam głowy. Z każdym dniem byłam coraz bliżej mojego szczęścia. Szczęścia, które miało trwać tylko około trzech godzin, a potem miały zostać tylko wspomnienia, ale za to jakie wspomnienia...

Osiemnasty września. Ja nie chcę. Nie jadę. Oddam komuś ten bilet. Nie mogę jechać. Boję się. Mama się ze mnie coraz bardziej śmieje. Mam już kupione bilety na pociąg. Jutro rano wyjeżdżam, a dwidziestego pierwszego wracam. Mama już lata i szykuje co mam wziąć. Dzisiaj telefony do mnie się urywają, wszyscy chcemy być pewni, że odnajdziemy się jutro w tłumie. Strasznie zdenerwowana usiadłam do odrabiania lekcji. Myślałam, że mnie to uspokoi, ale nie pomogło. Włączyłam walkmana i położyłam się na łóżku. Z słuchawek wypłynęło Smooth Criminal. Zamknęłam oczy i starałam się zasnąć. Przewracałam się z boku na bok.
Dwudziesta trzecia...
Dwudziesta czwarta...
Pierwsza...
Druga...
Trzecia...
Zasnęłam...
O godzinie siódmej do pokoju wpadła mama i zaczęła mnie budzić. Jest czwartek dziewiętnasty września. Za godzinę mam pociąg i z każdą minutą coraz bardziej się denerwuję. Za około dziesięć godzin będę w Warszawie. Spotkam ludzi, którzy mnie rozumieją, którzy czują co samo co ja.

I będziemy czekać...
Wstałam, wzięłam luźne ubrania i poszłam do łazienki. Zimny prysznic obudził mnie całkowicie. Mama w tym czasie czykowała mi wodę i kanapki. Dała mi też trochę kasy, żebym kupiła sobie coś na miejscu. Widziałam, że się denerwuje, nigdy wcześniej nie jechałam sama na taki wielki koncert, w dodatku tak daleko. Włączyła radio z któego co chwilę płynęły piosenki Michaela, lub zdenerwowany głos prowadzącego cieszącego się, że także zobaczy całe show na żywo i będzie mógł to skomentować na natenie. O godzinie siódmej trzydzieści byłam gotowa. Pożegnałam się z rodzicami i zadzwoniłam po taksówkę. Osobiście wolałabym autobus, ale nie chciałam ryzykować spóźnieniem. Dojechałam na dworzec w momencie gdy pociąg wjeżdżał na stację. Wsiadłam i zajęłam swoje miejsca. Z każdą kolejną stacją denerwowałam się coraz bardziej. Muzyka w słuchawkach walkmana była ustawiona tak głośno, że krzywdziła moje uszy. Na niektórych stacjach wsiadali ludzie, których poznałam w lipcu. Z nimi podróż minęła szybciej. Oni denerwowali się tak jak i ja. Gdy dojechaliśmy do Warszawy całą grupką ruszyliśmy w kierunku lotniska w Bemowie. Tam spotkaliśmy resztę ekipy, którą poznałam w lipcu. Brakowało tylko Marty, dziweczyny z radiem, jednak okazało się, że coś bardzo ważnego jej wypadło i pomimo że bardzo chciała, to nie będzie jej na koncercie.
-Co ja bym dała, żeby Michael zaprosił mnie na scenę – powiedziała rozmarzonym głosem jedna z dziewczyn stojąca niedaleko. Wszyscy popatrzyli na nią nieprzytomnie. Teraz w głowie każdej dziewczyny powstał obraz, w którym ochroniarze Michaela wyciągają każdą zza barierki i prowadzą w stronę piosenkarza. 

Z marzeń wyrwał nas huk. Popatrzyliśmy za bramy, którymi było otoczone lotnisko, na którym stała już wielka scena, około trzydziestu tirów ze sprzętem oraz pałętało się tam kilkudziesięciu ludzi, którzy pilnowali aby wszystko było dopięte już dzisiaj na ostatni guzik... Powoli zaczynało się robić chłodniej, niektórzy porozchodzili się do hoteli lub domów, jeśli mieszkali w Warszawie, bądź mięli u kogo nocować. Ja i wielu innych zostaliśmy na miejscach. Skupiliśmy się jeden przy drugim i rozmawialiśmy zawzięcie o jutrzejszym wydarzeniu. Zastanawialiśmy się jak to będzie, czy wszystko się uda, co będziemy czuć po koncercie, jak to jest na żywo usłyszeć samego Michaela Jacksona oraz dlaczego wybrał nas. Dlaczego Polska? I ciekawe czy mu się tutaj spodoba. Z tego co słyszeliśmy Michael przyjechał do Polski już dzisiaj. Niektórzy fani byli na lotnisku na którym wylądował jego samolot. Był dzisiaj w domu dziecka, w sklepie z zabawkami, które po zakupie oddał dzieciom ze szpitala, a także był w jakiejś szkole i zwiedził z kimś Warszawę. Po jakimś czasie zmorzył nas sen. Był wrzesień więc noce nie były już tak ciepłe jak w lato, ale nie były też specjalnie mroźne. Mięliśmy też rozpalone małe ognisko. Obudziłam się około godziny piątej rano. Byłam potwornie zmęczona, a także wszystko mnie bolało od nocy spędzonej na trawie w niezbyt wygodnej pozycji. Ale jak tylko uświadomiłam sobie, że to już dzisja, że zobaczę swojego idola, że moje marzenie się spełni to całe zmęczenie odeszło. Poczułam nową energię. Podniosłam się ostrożnie z ziemi, otrzepałam i rozprostowałam kości. Zauważyłam grupkę ludzi, którzy już nie spali, podeszłam do nich i zatopiliśmy się w rozmowie szeptem, zeby nie obudzić reszty. W pewnym momencie podeszła do nas starsza pani z siatkami. Widocznie wracała z zakupów.
- Oj dzieciaczki, tak się poświęcać – powiedziała z troską w oczach – może któreś z was pomogłoby mi zanieść zakupy? Mieszkam niedaleko. A przy okazji widzę jak się męczycie i nie wyglądacie za dobrze tak więc zapraszam do mnie na jakąś ciepłą herbatkę i odświeżyć się będziecie mogli... Chodźcie zanim reszta się obudzi, a potem przyślecie do mnie znów parę innych osób. Podejrzewam, że moi sąsiedzi też chętnie wam użyczą ciepłej herbatki. Nie często odwiedzają nas młodzi ludzie – uśmiechnęła się i wcisnęła każdemu z nas po wielkiej torbie z zakupami.


Poszliśmy za nią. Po paru minutach doszliśmy do wielkiej kamienicy do której nas wprowadziła. Było cieplo i większość starszych ludzi zeszła na dół na ławeczki żeby porozmawiać. W końcu po co siedzieć samemu w domu, skoro można spotkać się z sąsiadami, prawda?

Pani Jadzia, bo tak się nazywała kobieta porozmawiała z sąsiadami o nas i wszyscy chętnie się zgodzili na zaproszenie na herbatkę zmęczonej i zziębniętej młodzieży. Zanieśliśmy zakupy pani Jadzi do jej mieszkania, a ona nam zrobiła gorącą herbatę z cytryną. Byliśmy w pięć osób, każdy z nas wypił gorący napój, poszedł do łazienki trochę się odświeżyć i po podziękowaniu starszej pani poszliśmy do reszty, żeby powiedzieć gdzie mogą iść. Nie było nas znowu aż tak dużo i po pół godzinie wszyscy byliśmy znów razem rozmawiając o staruszkach. Znów zaczęli się zjeżdżać ludzie z poprzedniego dnia, a także nowi. Każdy chciał jak najszybciej znaleźć się blisko tego miejsca. Staruszkowie kilka razy przyszli do nas porozmawiać i od czasu do czasu przynieśli jakieś owoce i herbatę w termosie. Fakt była masa ludzi, ale atmosfera była tak przyjemna, że pomimo dużej liczby ludzi potrafiliśmy się podzielić tak, że każdy coś dostał. Zachowywaliśmy się jak rodzina, a nie ludzie, którzy poznali się wczoraj czy dzisja. Niesamowite jak jeden człowiek połączył nas wszystkich...

_____________________________________________________________________________

Nie wiedziałam jak pociąć rozdział, żeby nie zepsuć później atmosfery dlatego dzisiejszy jest taki jaki jest, a już w następnym zapraszam na koncert, za obecność na którym oddałabym chyba wszystko. Łącznie z duszą diabłu!

sobota, 4 stycznia 2014

Rozdział pierwszy.

Uparte ze mnie stworzenie i z tego powodu oddaję właśnie w Wasze rąsie pierwszą część opowiadania. 
W sumie nie będę nic więcej pisała tylko zapraszam do czytania!
_______________________________________________________________________________



Jest rok 2009. Piękny, słoneczny dzień. Czerwiec. Jak zawsze biegnę z empetrójką na autobus. Znów się spóźniłam! W rękach trzymam książki, które pospiesznie próbuję schować do torby. W pewnym momencie zaczyna mi się wydawać, że coś jest nie tak. Wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Widzę na chodniku kobietę, coś do mnie krzyczy, ale ja nie słyszę co. Następnie czuję, że coś we mnie uderzyło. Nie zdążyłam nawet poczuć bólu. Pochłonęła mnie ciemność...


~*~


Marzec, . Rok 1996. Właśnie robiłam sobie kanapki do szkoły. Starałam się nie patrzeć na swoje odbicie w przeszklonej szybie, jednak nawet kontem oka widziałam swoje czerwone włosy odbijające się w niej. Jak zawsze tę jakże fascynującą czynność jaką jest smarowanie kanapek umilałam sobie myślami błądzącymi po przestworzach mojego umysłu. Obecnie w głowie siedziały mi moje osiemnaste urodziny, które miały się odbyć już za dwa dni. Wszyscy wokół uważają, że jest to czas najwyższy na bycie poważną, ale to nie dla mnie! Ja wciąż czuję się małym dzieckiem. Uwielbiam oglądać bajki, bawić się z małymi dziećmi. To właśnie jest wspaniałe. Dzieci są szczere, ale jednocześnie nie krzywdzą tak jak dorośli...

Mój potok myśli został brutalnie przerwany przez dzwoniący w przedpokoju telefon. Rzuciłam nóż na blat i pobiegłam go odebrać, dzwoni moja kochana kuzynka, każe mi natychmiast i bez zbędnych pytań włączyć radio, ponieważ mówią o czymś co mnie zainteresuje. Posłusznie odłożyłam słuchawkę na aparat i podeszłam do naszego sędziwego radia po czym je włączyłam. Przez jakiś czas musiałam pokręcić gałką, żeby złapać fale. W końcu się udało. Z radia popłynęła muzyka, która podziałała na mnie hipnotyzująco. Ze starego głośnika wypłynęła piosenka BAD. Podśpiewując cicho pod nosem poszłam do kuchni szykować dalej śniadanie. Krojąc pomidora po raz kolejny tego dnia pogrążyłam się w marzeniach. Przed oczami miałam scenę w której spotykam swojego idola. W pewnym momencie piosenka została brutalnie przerwana przez strasznie czymś podekscytowanego spikera. Opowiadał on o dotychczasowych płytach i osiągnięciach Michaela. O jego trasie koncertowej. Zastanawiałam się co się takiego stało, że zaczęli go wspominać. Jeszcze nie nie tak dawno oskarżali go o wybielanie skóry i inne dziwactwa. Skupiłam się na głosie jąkającego się mężczyzny. W pewnym momencie nie wytrzymał i z głośnika dobiegły do mnie słowa, które podziałały na mnie paraliżująco. Nóż wypadł mi z rąk upadając na podłogę z głośnym brzdękiem...

Stałam na środku kuchni. Świat wirował mi przed oczami. Przestałam oddychać, żeby nic nie zagłuszało mi tego co mówił spiker. Jego słowa zapamiętam do końca życia...
-We wrześniu tego roku na lotnisku Bemowo w Warszawie wystąpi sam Król Popu!...

Dalej już go nie słuchałam. W głowie wybuchło mi tysiąc myśli naraz. Człowiek, który tyle dla mnie znaczył przyjeżdżał do Polski. Miał dać tutaj jeden ze swoich koncertów. Nie wiedziałam jeszcze dokładnie jak tego dokonam, nic nie wiedziałam, ale byłam pewna, że jakoś znajdę się na tym koncercie. Że muszę tam być.
Postanowiłam w myślach, że dam się chociażby pokroić na kawałeczki, żeby chociaż zobaczyć go na żywo. Nawet z daleka. Żeby usłyszeć jego cudowny głos, zobaczyć taniec, poczuć tą atmosferę. Byłam już na wielu koncertach jednak jeszcze żaden nie wywołał we mnie takich emocji. Zapominając o kanapkach poszłam do swojego pokoju. Stanęłam na środku pomieszczenia i miałam wrażenie, że oczy Michaela Jacksona ze wszystkich plakatów wpatrują się we mnie intensywnie. Przyjrzała się każdemu plakatowi z osobna. Niektóre naprawdę wiele ze mną przeszły. Zdarzały się potargane, pogniecione. W tamtym okresie nie raz kłóciłam się z rodzicami, którzy nie mogli zrozumieć dlaczego tak bardzo kocham człowieka, którego nie znałam. Mój ojciec był człowiekiem nietolerancyjnym i rasistą. Jednak mimo wszystko wiem, że znał i zna do tej pory niektóre z piosenek Michaela. Nie raz jak uczyłam się grać”Beat it” ojciec przechodząc obok mojego pokoju mruczał po cichu tekst piosenki licząc na to, że tego nie słyszę.
Matka nigdy mnie nie rozumiała. Uważała, że jak zrobi mi na złość to wyjdzie mi to na dobre. Do tej pory jest ślepo zapatrzona w ojca. Dopóki jest w pobliżu, to co on powie jest święte. Zaczyna się buntować dopiero jak zostaje sama lub ze mną. Jednak mimo że mnie nie rozumieli strasznie ich kochałam. To było silniejsze ode mnie. Zamyślona usiadłam na łóżku nad którym wisiał mój ulubiony plakat. Wpatrywałam się w niego układając sobie wszystko w głowie. Wiedziałam, że nie teraz nie mam pieniędzy ani na podróż ani na koncert, ale za dwa dni miałam mieć te nieszczęsne urodziny, z których chyba jednak może wyjść coś dobrego. Musiałam tylko to wszystko zaplanować. Wiedziałam, że nie usiedzę dłużej w jednym miejscu dlatego wstałam z łóżka i zabrałam się za pakowanie książek i zeszytów do plecaka, chociaż najchętniej nie szła bym dzisiaj do szkoły. Zarzuciłam go jednak na ramię i zanim wyszłam, jak co rano, cmoknęłam Michaela z plakatu prosto w czubek nosa, szepcząc:
-Ja znajdę sposób, żeby być na twoim koncercie Aniołku.

W drodze do szkoły słuchałam w walkmanie swojej ulubionej jak do tej pory kasety Michaela „BAD”. Gdy weszłam do szkoły poczułam na sobie miliony spojrzeń. Ludzie zawsze za mną patrzyli, ponieważ się wyróżniałam – miałam własny styl, a do tego te nieszczęsne, krwisto czerwone włosy. Dawniej bardziej mi to przeszkadzało, jednak po jakimś czasie się przyzwyczaiłam. Jednak tego dnia patrzyli na mnie jakoś intensywniej. Niektórzy szeptali między sobą. Naśmiewali się. Wiedzieli, że jestem szczęśliwa. Z całą pewnością wiedzieli, że ja też już wiem. Ten dzień w szkole minął mi całkiem szybko. Pewnie dlatego, że nie bardzo zwracałam uwagę na to co się dzieje i byłam pochłonięta tylko tym co się miało wydarzyć. Kilka razy byłam przy tablicy na matematyce. Nigdy nie byłam z tego przedmiotu orłem, ale dzisiaj jakoś poszło. Zaraz po lekcjach wróciłam do domu. Gdy tylko otworzyłam drzwi, porzuciłam torbę na przedpokoju i pognałam do telewizora. Włączyłam odbiornik i zaczęłam przeglądać programy. Na TVP1 mówili o Michaelu. Na TVP2 również. Skakałam między jednym a drugim programem chcąc wyłapać jak najwięcej. Koncert miał się odbyć dokładnie dwudziestego września. Bilety kosztowały 50 zł. W tych czasach to była masa pieniędzy. Postanowiłam uśmiechnąć się do dziadków. Nie znoszę prosić ich o kasę, ale to jest sytuacja wyjątkowa! Wyłączyłam telewizor, poszłam zjeść przygotowany wcześniej przez mamę obiad i pojechałam na rowerze do dziadków. Babcia jak zwykle musiała ponarzekać, że wyglądam jakbym nic nie jadła. Odburknęłam coś, że babcia powinna się wybrać do okulisty, bo ma coś ze wzrokiem. Nie miałam nadwagi, ale do szczupłych osób też nie należałam. Nie miałam jednak siły kłócić się z babcią i dla świętego spokoju chwyciłam ciasteczko, które tak bardzo we mnie wmuszała i zaczęłam je lekko gryźć. Dzielnie odpowiadałam babci na zadawane przez nią pytania jednak myślami byłam daleko...
-A słyszałaś, zę ten twój Jackson przyjeżdża, kochanie? - zareagowałam tylko na dwa słowa, po których na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech - „Jackson przyjeżdża”.
- Tak babciu – odpowiedziałam.

- Eh. I pewnie chciałabyś pojechać na ten jego koncert, co? - popatrzyła na mnie uważnie – Kiedyś to były koncerty, kupowało się bilet, siadało w krzesełku i delektowało muzyką. A teraz? Teraz to są wybite zęby, połamane nosy, podebrane nogi tymi ciężkimi traperami... - babcia krytycznym wzrokiem popatrzyła na moje stojące na przedpokoju glany. Nie była zadowolona, że je noszę. Jak to babcia narzekała, że na starość będę jeszcze narzekać, oraz że powinnam chodzić jak prawdziwa dziewczyna w szpilkach, a nie jak jakaś chłopczyca. Babcia poczłapała do swojego pokoju i przyniosła mi dwadzieścia złotych.

- Masz tu... tylko tyle mam, ale przecież widzę, że cię aż nosi kochana jak się wspomina o tym Michale, Michalu, Michaelu... czy jak mu tam. Ah i nie przyjmuję zwrotu. To będzie twój prezent na urodziny. Najwyżej dostaniesz jeszcze czekoladę. Ale na więcej nie licz! - zaśmiała się babcia podczas gdy ja rzuciłam jej się na szyję i zaczęłam ją dusić tuląc się do niej. - Ale przyjedź choćby bez jednego zęba, albo z podbitym okiem to cię do domu nie wpuszczę. - powiedziała z uśmiechem, po czym korzystając z tego, że się cieszę jak małe dziecko wepchnęła mi kolejne ciasteczko.
Siedziałyśmy potem i oglądałyśmy zdjęcia z czasów jak byłam mała. Tu wycieczka do zoo, tam jechałam na karuzeli w wesołym miasteczku, tu bawiłam się z psem, a tutaj pierwszy raz dorwałam płytę winylową z Thrillerem i słuchałam jej zafascynowana, tu tuliłam do siebie kartkę papieru na której był czarnoskóry chłopiec uśmiechający się zabójczo. W pewnym momencie przyszedł dziadek i uśmiechając się szeroko podszedł do mnie kładąc mi rękę na głowie i czochrając moje i tak stojące we wszystkich kierunkach kudły. Około dziewiętnastej babcia wyrzuciła mnie z domu twierdząc, że jak teraz nie pójdę to ona mnie nie wypuści w ogóle, bo zaraz się ściemni i będzie się bała. Oraz, że mam zadzwonić jak dojadę bo teraz na każdym kroku ktoś, coś może mi zrobić. Uśmiechnęłam się, ucałowałam ją i dziadka po czym ruszyłam w stronę domu jak zwykle rozkoszując się muzyką słuchawkach płynącą z mojego obklejonego naklejkami walkmana. W domu było pusto, rodzice jeszcze nie wrócili. Mama pracowała do późna, a tata pewnie pojechał nad staw łowić ryby, a potem zgarnie ją po drodze. Poszłam do pokoju i wzięłam się za odrabianie lekcji, co przyszło mi z pewnym trudem, ponieważ ciągle wpatrywałam się w plakat wiszący nad biurkiem i rozmyślałam o dwudziestym września...



________________________________________________________________________________

Dziękuję za uwagę, dobranoc.



Wasza Invincible.
3xff#f00000xhx#000000xhx#ffffffxff2xffMichaelxfxxfxJacksonxfxxfxMJxfxxfx♬ xfxxfx❤xfxxfx♥xff15xff100xff90xff5xff15xff50xff0