Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzieci. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 marca 2014

Uciekinierka 3

Siemka. Oto Uciekinierka 3. Chociaż właściwie to uciekinierka 1/4. Nie jestem z tego dumna. Chociaż chciałam, żebyście trochę poznały Irene. Jest to krótkie i takie... nijakie. I nie ma Michaela. Mam nadzieję, że teraz się coś ruszy, bo już naprawdę przeholowałam z tym czasem oczekiwania na nową notkę. Właśnie dlatego też dodaję dzisiaj to-to. Bo dawno już obiecałam, a sama sobie obiecałam, że we wtorek na pewno coś dodam, więc dodaję to co mam. Mam nadzieję, że nie pośniecie.
Miłego czytania :)

______________________________________________________________________________



- Proszę nam opowiedzieć o pani problemie...


- To... ja może zacznę od początku. Nazywam się Irene. Mam dwadzieścia dwa lata, córkę dwulatkę, psa. Trafiłam tutaj przez problem, którego nie było już prawie trzy lata, jednak wrócił. Jak wszystko...

- Tak...? Opowiadaj dalej...

- Nigdy nie byłam zadowolona z siebie, buntowałam się przeciw wszystkiemu, rodzicom, nauczycielom, sobie. Nie uczyłam się, do tej pory nie wiem jak zdałam maturę i jakim cudem dostałam się na studia. Zaczęłam brać. Twierdziłam, że to dla rozluźnienia. Taka odskocznia od szarej rzeczywistości.

- I co się zmieniło?

- Wpadłam. Właściwie to... zostałam wykorzystana. Później pojawiła się moja córka. I moje życie... ono zmieniło się o trzysta sześćdziesiąt stopni...

~*~
Odkąd skończyłam 5 lat byłam niezależna. Rodzice zabiegani, ona miała nianię, którą bardziej interesował serial w tv niż ona. W wieku 6 lat umiała czytać i znała większość prostych przepisów z książki kucharskiej mamy. Umiała je w większym lub mniejszym stopniu wykonać. Później, gdy była starsza, starała się dobrze uczyć, żeby rodzice byli dumni, ale oni nie mięli czasu na dumę. Kiedy by nie przyszła do nich się pochwalić kolejną dobrą oceną czy wygraną w konkursie, olewali ją. Kazali nie przeszkadzać. Nie zabierać im cennego czasu z kontrahentami, telefonem i papierami. W końcu przestało jej zależeć. Znalazła przyjaciół. Starszych, którzy pokazali jej jak może żyć, dali jej pozorne szczęście i pozornie im na niej zależało. Zaczęła pić. Popalać papierosy. W szkole średniej częściej jej nie było niż była. Nie miał kto jej przypilnować, niania dawno przestała się nią zajmować, a rodzice dalej byli bardziej zajęci pracą niż własnym dzieckiem. Powiadomienia ze szkoły nigdy do nich nie docierały. Na telefony też znalazł się sposób. W końcu dali jej spróbować czegoś nowego. Mocniejszego niż alkohol. Dającego lepsze efekty. A w połączeniu... Idealne oderwanie od nieidealnego życia...
W końcu wszystko wymknęło jej się spod kontroli...
To było nieuniknione...


Była na haju. Nick podał jej coś nowego. Mocniejszego. Nie ogarniała co się wokół niej dzieje. Biegła przed siebie, uciekała i sama nie wiedziała przed czym. Ale wiedziała, że musi biec. Dać z siebie wszystko. Urojenia po narkotykach? Możliwe. Ale nie warto ryzykować. Biegnie. Łapie ją skurcz, ale nie poddaje się, słyszy przyspieszony oddech za plecami. Sapanie. Może tylko jej wyobraźnia? Przyspiesza. Popełnia błąd. Odwraca głowę. Potyka się. Już po niej. To już koniec.

Obudziła się trzy dni później, w szpitalu podłączona do wszystkich możliwych kroplówek. Nie było przy niej nikogo. Była sama - jak zawsze. W końcu kto by się przejmował głupią ćpunką. To jej wina, ona zniszczyła życie sobie i swojej rodzinie. A miała zostać lekarką, tak chciała mama...

Lekarze powiedzieli, że niedługo wyjdzie, że wszystko jest w porządku, że to się zdarza. Że ma się nie załamywać, nie poddawać. To minie.

Ale co?


Później się dowiedziała. Powiedzieli jej wszystko. Było jej obojętne to co jej zrobili. Tak bardzo opanowana? Nie, to nie to. To depresja. Ładowali w nią masę leków. Nie wiedzieli, że ona już dawno jest uodporniona na takie małe dawki? Jeszcze do niedawna brała wszystko, co wpadło jej w ręce. Chciała się uwolnić od tego wszystkiego. Chciała umrzeć. A jak się potem okazało, wciągnęła w to kolejną osobę - swoją córkę. Annie, swojego aniołka. Mówi się, że dzieci z takich przypadków są niechciane. Ale tu było inaczej. Annie była wyczekiwana. A później rozpieszczana. Irene mogła nie zjeść, ale nie mogła pozwolić, żeby jej małej córeczce czegokolwiek zabrakło. Wiedziała, że dla dziecka musi przestać. To był dodatkowy kop. A jednak teraz znów się coś zmieniło. Odkąd Annie zniknęła, pomimo że wszystko skończyło się dobrze, Irene miała wrażenie, że sobie nie radzi, że to za dużo. Zaczęło ją ciągnąć to czegoś mocniejszego niż alkohol i papierosy. Chciała znów udać się do swoich "przyjaciół" z przeszłości. Ale wiedziała, że nie może, dlatego przyszła tu i rozmawia z tymi ludźmi. Nie chce do tego wracać. Nigdy.

~*~

- Coś na to poradzimy, coś wymyślimy – powiedziała terapeutka, ale Irene już sama wiedziała co musi zrobić. Musi wziać się za siebie i nie poddawać. Dla córki. Dla tego promyczka oświetlającego jej marne życie. I da radę. Choćby było cholernie ciężko, nie podda się.



sobota, 1 lutego 2014

Uciekinierka 2.

Siemka. Dzisiejszy rozdział... no nie jestem z niego zadowolona. Coś jest z nim nie tak. Pisałam go, kasowałam, przepisywałam od nowa, poprawiałam, kasowałam. Eh. Ale obiecałam, że będę wstawiać rozdziały w miarę regularnie i chyba będą to soboty więc oto on. Miłego czytania :)

_______________________________________________________________________________

Podczas gdy Wayne odwoził dziewczynkę do domu, Michael snuł się po swojej posiadłości nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Pomimo, że znał tę małą od kilkunastu godzin, teraz gdy jej zabrakło czuł ogromną pustkę. Przez tą chwilkę tyle radości wniosła do jego domu...

Wayne przyjechał po dwóch godzinach, z dobrym humorem i wręczył Michaelowi skrawek papieru z numerem telefonu do matki dziewczynki. Mrugnął przy tym zawadiacko i ze śmiechem dodał, że mamuśka jest całkiem niezła.
Gdyby wzrok mógł zabijać, Michael zostałby właśnie bez szefa ochrony. Nie dość, że denerwowało go takie przedmiotowe traktowanie kobiet, to jeszcze Wayne wspomniał o kobiecie na którą Jackson wciąż był jeszcze wściekły za brak odpowiedzialności.

Jeszcze mu nie przeszło gdy drzwi do jego domu otworzyły się nagle i stanął w nich człowiek bez twarzy. Czy też raczej z twarzą przysłoniętą grzywą czarnych loków. Jego przybycie zaanonsował gęsty dym z papierosów unoszący się wszędzie oraz przekleństwa, które było słychać jeszcze zanim w ogóle dostał się na werandę.

- Slash. Tyle razy cię prosiłem nie krzycz, nie przeklinaj i na litość boską, błagam nie pal w tym domu! - powiedział zdenerwowany Mike patrząc na przyjaciela złowrogo.

- Mike coś ty taki groźny dzisiaj? Laska cię kurwa rzuciła czy ki chuj? - spytał gitarzysta niewiele robiąc sobie z próśb przyjaciela.

Michael zrezygnował z nawracania rockmana po tym gdy ten odpalił kolejnego papierosa, złapał gosposię za tyłek i rzucił kilkoma przekleństwami jakby zastępował nimi znaki interpunkcyjne.
-Kurwa, misiek! Wiem jak poprawić ci twój zjebany humor! - krzyknął uradowany gitarzysta i pociągnął zdezorientowanego Michaela za ramię do samochodu - porywam cię dzisiaj do klubu. Zabawimy się kurwa.
Podczas jazdy Michael nie myślał o tym co go czeka tylko czy z jego małą przyjaciółką wszystko w porządku. Czy ma opiekę? Czy już śpi? Czy przytula ulubionego misia? Czy jest szczęśliwa?
Nim się zorientował dojechali na miejsce. Mike wysiadł z samochodu i ruszył za kudłatym przyjacielem. Pierwszy raz dał się wyciągnąć w takie miejsce rezygnując tym samym z nagrywania nowej piosenki. Weszli do środka w którym panował półmrok. Michael rozglądał się niepewnie w oczekiwaniu na napaść ze strony fanów, jednak Slash uspokoił go, że jest to klub wyłącznie dla vipów i nie musi się niczym martwić tyko czuć się swobodnie i dobrze bawić.

Slash pognał prosto do baru. Czuł się jak u siebie i od razu zapomniał o Michaelu. Pognał przed podest z rurą, łasy na widoki ponętnych kobiet tańczących w skąpych strojach. Michael tymczasem zamówił sok i usiadł przy stoliku przyjaciela spoglądając wszędzie byle tylko nie na dziewczynę tańczącą przed nim. Czuł się zażenowany i chciał iść gdzie indziej, ale czuł, że Saul tak szybko nie zrezygnuje ze swojej rozrywki. W tym momencie dziewczyna zakończyła swój pokaz zostając jedynie w samej bieliźnie. Ruszyła za scenę wśród okrzyków napalonych mężczyzn.


~*~

Irene podczas swojego numeru zauważyła kiwającego w jej stronę szefa. Wiedziała, że po zakończeniu będzie musiała się do niego zgłosić. Oczekiwała nagany za jej ostatnią nieobecność, jednak to co miał jej do powiedzenia zwaliło ją z nóg.

- Irene, czas na twój popisowy numer. Mamy gościa specjalnego, może znasz, Saul Hudson. Zażyczył sobie ciebie. I powiedział, że to ma być coś poza numerem na rurze. Chce mieć widowisko i ty masz mu je dać.

- Spike, ale przecież nic nie jest gotowe, skąd niby mam wziąć układ?! - zapytała zdenerwowana.

- Wymyśl coś, wierzę w ciebie. I pamiętaj, że masz mnie nie zawieźć. Twoja ostatnia nieobecność sporo mnie kosztowała, ten biznesmen był nie zadowolony, że to nie ty występowałaś. - odpowiedział spokojnie Spike i zapalił papierosa.

- Przecież wiesz, że to nie zależało ode mnie! Zaginęła moja córka, a ja miałam spokojnie przyjść do tego burdelu i rozbierać się przed jakimś napalonym fagasem? - warknęła dziewczyna. - Poza tym zabawny jesteś, przecież wynajęty przez ciebie choreograf siedzi już nad numerem specjalnym od tygodnia, a ty mi karzesz wymyślić coś na poczekaniu? W ciągu pięciu minut mam mieć dobry numeR? - zapytała wściekła.

- Tak. Dokładniej to w ciągu dwóch. Zaraz zaczynasz. Czegoś potrzebujesz? - zapytał niewinnym głosem.
Irene zmierzyła wściekłym wzrokiem swojego szefa. Miała dość tej roboty, ale wiedziała, że nie może sobie pozwolić na jej stratę.

- Daj mi krzesło i...

~*~

W klubie nagle przygasły światła. Z głośników wypłynęło Sweet Dreams. Na podwyższeniu rozbłysło światło punktowe, podest spowiła mgła. Światło oświetlało postać w czarnym garniturze i fedorze. Miała ona spuszczoną głowę i lekko dotykała opuszkami palców rondo kapelusza. Osoba stojąca tam podniosła nagle głowę tak, że Michael mógł zobaczyć jej twarz. Była to ta sama kobieta, która przed chwilą wyczyniała cuda ze swoim ciałem na rurze. Miała mocny makijaż, lekko rozchylone usta i wciąż trzymała brzeg kapelusza patrząc przed siebie. Gdy do jego uszy dobiegły pierwsze słowa piosenki dziewczyna powolnym krokiem zaczęła iść w ich stronę, do brzegu wąskiej sceny gdzie stało czarne krzesło. Przy końcu dziewczyna stanęła blisko ich stolika poruszając się zmysłowo w rytm muzyki i rozpinając przy tym marynarkę. Michael wpatrywał się w rozgrywającą się przed nim scenę oniemiały. Dziewczyna w tym czasie zaczęła szybkimi ruchami rozchylać marynarkę ukazując białą koszulę i czerwony krawat spływający wzdłuż jej ciała. Po chwili zaczęła ją ściągać, jednak w pewnym momencie jakby zrezygnowała i zamiast tego zaczęła rozpinać zamek w spodniach. Następnie tę czynność także porzuciła, schyliła się łapiąc je w połowie nogawek i pociągnęła mocno zostając w samych kabaretkach spod których widać było czarną bieliznę. Michael poczuł, że się czerwieni i odwrócił wzrok. Spojrzał na Slash'a, który bez oporów przyglądał się w połowie roznegliżowanej kobiecie uśmiechając się lubieżnie. Jednak zainteresowanie występem było silniejsze i zawstydzony wbrew sobie z powrotem skierował wzrok na podwyższenie na nieznajomą. Dziewczyna w tym czasie zdążyła odwrócić się tyłem i zmierzała powolnym krokiem w kierunku krzesła, które złapała i zaciągnęła za sobą na środek podestu, stanęła obok niego i powolnymi ruchami pozbyła się w końcu marynarki, którą odrzuciła w stronę najbliższych stolików, a następnie w przeciwnym kierunku odrzuciła fedorę zostając jedynie w białej koszuli i krawacie zawiązanym na szyi.
Koszula, którą miała na sobie była za duża i sięgała jej do połowy ud, co na siedzących wokół sceny mężczyzn działało bardziej niż gdyby była całkiem naga. Dziewczyna wykonała obrót po czym kucnęła, a uwolnione spod kapelusza kasztanowe fale zasłoniły jej twarz, jednak po chwili podniosła głowę i spojrzała wprost w oczy zszokowanego Michaela. Dziewczyna po chwili podniosła się tylko po to, aby następnie usiąść na przyciągniętym przez siebie wcześniej krześle. Złożyła ręce na kolanach i zaczęła na przemian rozszerzać i składać nogi przed sobą. W następnym momencie wstała i idąc znów w stronę końca sceny zaczęła gwałtownymi ruchami rozwiązywać krawat, który następnie skręciła w dłoniach i zarzuciła na szyję Slasha przyciągając go do siebie. Michael przez chwilę myślał, że dziewczyna pocałuje gitarzystę, jednak po paru sekundach odepchnęła zadowolonego Slash'a z powrotem na jego miejsce z taką siłą, że przewrócił łokciem szklankę z drinkiem. Dziewczyna zrobiła zmysłowy obrót i ruszyła ponownie w kierunku porzuconego krzesła sunąc na kolanach, przez co dawała tym samym niezły widok mijanym mężczyznom...
Kiedy w końcu dotarła na miejsce znalazła się przy krześle. Podpierając się na nim uniosła się i stanęła za nim okrakiem opierając się brzuchem o brzeg oparcia. Następnie ustawiła krzesło stabilnie na scenie przechylając się do przodu i robiąc w powietrzu szpagat, by po chwili opuścić nogi na siedzenie i odwrócić się ponownie twarzą do widowni. Słysząc krzyki mężczyzn zachęcające do dalszego tańca ruszyła ponownie w kierunku końca podwyższenia rozpinając powoli guziki swojej białej koszuli, która po chwili podzieliła los wcześniejszych części garderoby, lądując gdzieś pośród widowni. Michael odwrócił szybko zawstydzony wzrok gdy dziewczyna została w skąpej bieliźnie. W tym momencie jednej z widzów nie wytrzymał napięcia i wtargnął na scenę łapiąc dziewczynę w pasie, co skończyło się wymierzeniem siarczystego policzka i jej krzykiem.

~*~

- Bez dotykania ty dupku! - krzyknęła Irene trzaskając faceta w policzek po czym ruszyła szybkim krokiem w kierunku garderoby zalewając się łzami. Nienawidziła tej pracy jednak ona dawała jej możliwość dobrego zarobku jednocześnie bez rezygnacji ze studiów i opieki nad córką..

Ochrona zajęła się już facetem. Spike widzący wszystko zza kulis kazał gościa wyrzucić. Jeśli chodziłoby o inną dziewczynę to wiedział, że ta poradziłaby sobie sama, a interwencja ochrony byłaby ostatecznością jeśli facet byłby zbyt natrętny. Jeśli chodziło jednak o Irene... Spike znał jej przeszłość, wiedział, że taka sytuacja z tą dziewczyną może nie tyle skończyć się źle dla niej co dla faceta, który wtargnął na scenę. Dziewczyna w takich sytuacjach była nieprzewidywalna. Chęć ochrony siebie przejmowała nad nią kontrolę i nie zwracała uwagi czy to co robi jest rozsądne czy nie. Spike oczywiście nie martwił się konsekwencjami tylko o to, że pobity przez dziewczynę facet więcej nie wróci do klubu i nie wyda swoich pieniędzy w jego barze. A gdyby zażądał zwolnienia dziewczyny... nie mógł tego zrobić, była najlepsza i to właśnie dla niej przychodziła tu większość tych facetów. Była jego kopalnią pieniędzy.

Nie jest to zwykły klub nocny do którego przychodzi się zaspokoić swoje żądze. W tym klubie chodzi wyłącznie o dobry alkohol, miłe towarzystwo i przyjemne widoki. Nie przychodzi się tu dla dzikich orgii na zapleczu. Tu liczy się taniec za który dziewczyny dostają od podpitych kolesi nie małe pieniądze... Nie należy oddawać kury znoszącej złote jajka, prawda? Na szczęście mógł być pewien, że dziewczyna sama również nie zrezygnuje. Miała małe dziecko i za dużo obowiązków żeby pozwolić sobie na rzucenie jakby nie patrzeć dobrze płatnej pracy...

_____________________________________________________________________________\

Jeszcze raz chciałabym Wam podziękować za to, że jesteście i że jest Was coraz więcej. To jest naprawdę motywujące, jednak z drugiej strony czuję się beznadziejnie dodając takie niedorobione rozdziały.

Nie wiem po co, ale mam stronkę na fejsie, jeśli chcecie to możecie polubić, jak coś się tam ruszy to ułatwi mi to powiadamianie o nowych notkach, a jak nie to nie i tak będę hasać wesoło po Waszych blogach, bo na nich jest tak... MICHAELOWO :) jest to też po to, że jeśli chcielibyście coś wiedzieć, poznać się czy po prostu porozmawiać o czymkolwiek to tam jestem specjalnie dla Was :)


Dzięki Wam jeszcze raz.


LOVE

sobota, 25 stycznia 2014

Uciekinierka 1.

Hejka!
Czas na coś nowego. Nie wiem co to. Powstawało podczas bezsennych nocy. Właściwie podczas jednej takiej bezsennej nocy powstał sam początek. Reszta doszła dzisiaj. Miało być coś innego, ale z tamtym siedzę w martwym punkcie więc daję Wam to. Mam nadzieję, że się spodoba. Nie wiem co z tego wyjdzie, nie wiem jak długie to będzie. Nic nie wiem. Ale wiem, że pokochałam Annie i chciałabym taką swoją już mieć. Serio :D
Jeśli chodzi o Anię to prosiłabym zignorować błędy w jej wypowiedziach, niestety chwilowo ma taki styl. Sama się namęczyłam nad jej wypowiedziami najbardziej bo dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że piszę poprawnie i musiałam wracać, zmieniać. Sprawdzać, znów zmieniać. No masakra. Ale już nie marudzę. Miłego czytania!

________________________________________________________________________________

Mężczyzna otworzył drzwi do swojej posiadłości i spostrzegł na bujanym fotelu na werandzie małą, słodką dziewczynkę w niebieskiej sukieneczce i dwoma kitkami na czubku głowy. Miała nie więcej niż trzy latka. Machała nóżkami i patrzyła ufnym wzrokiem w jego stronę.

- Hej maluszku, a co ty tu robisz? - spytał zaprasząjac ją gestem do swojego domu, na dworze robiło się chłodno i nie chciał, żeby ta mała istotka się przeziębiła.

- Ej, ja nie jeśtem juś mała! Mama mi poźwala siedzieć na fotelu dla duzych.

- Oh. OK. Duża. To skąd się tu wzięłaś, co? Gdzie twoi rodzice?

- Nie wiem. Mamusia posła do pracy i wluci dopjelo jutlo. Ja byłam z babcią ale ona śpi, a mi się nudziło.

- A tatuś?

- Tatuś to osoba któlą kocha mamusia. Oh! Cyli ty jesteś moim tatusiem – krzyknęła dziwczynka z taką radością, jakby właśnie rozgryzła zagadkę, która męczyła ją od dawna.

Michaela zatkało. Ta mała istotka była tak urocza, że żałował, że to co mówi nie jest prawdą. Jednak coś mu w niej nie pasowało. No jak to on jest jej ojcem. Kolejna Billie Jean czy jak?

- Kochanie, ale ja nie mogę być twoim tatusiem, skąd taki pomysł?

- Oj no mówiłam ci jus. Bo mamusia cię kocha. Psecies sama słysałam jak patsyła na twoje zdjęcia i mówiła ze cię kocha i ze skoda ze jesteś jej niejejajnym. Nielelajnym mazeniem. Oj no wies...

- Nierealnym marzeniem?

- Nooo psecies mówię. A co to znacy?

Mike zachichotał. Ta mała była naprawdę rozkoszna. Ale wiedział, że musi z niej wyciągnąć skad tu przyszła i odstawić ją jak najszybciej do domu. W końcu jej bliscy na pewno się niepokoją...

- To oznacza, że jestem jej fantazją. Ale czy ja ci, kurczaku wyglądam na fantazję? Na kogoś kto nie istnieje?

- Niee... - odpowiedziała dziewczyna i w tym momencie w pomieszczeniu rozległ się odgłos burczenia w jej malutkim brzuszku. - tatusiu... jestem głodna.

- Właśnie słyszę, chodź coś trzeba z tym zrobić. - Odpowiedział Michael i zabrał dziewczynkę do kuchni.

Smiley postanowił, że na razie nie będzie próbował nic wyjaśnić bo to i tak nic nie da. Zadzwoni do ochroniarza żeby on zajał się tą sprawą, a on sam zajmie się małą – dużą istotką żeby się nie nudziła. Michael nie sądził, że kiedykolwiek jakieś obce dziecko wkradnie się do jego serca w ciągu zaledwie dziesięciu minut.

~*~

- Mamo, jak to zniknęła?! Jak dwulatka mogła zniknąć będąc pod twoją opieką! No co, ubrała się i wyszła? A ty tego nie zauważyłaś?! Cholera, wezwałaś chociaż policję? Przecież coś jej się mogło stać, ktoś ją mógł porwać. Boże, nawet nie chcę myśleć o tym gdzie ona teraz jest i co się z nią dzieje... - dziewczynie załamał się głos i rozpłakała się na dobre.

- Kochanie, zgłosiłam to już na policję. Wszyscy jej szukają. Przepraszam, naprawdę nie wiem jak to się mogło stać. Nie martw się, na pewno ją znajdziemy. Pewnie schowała się gdzieś koło domu i dobrze się bawi, że wszyscy jej szukają...

- Mamo, ona ma dwa latka, ledwo potrafi wysiedzieć na dziesięciominutowej dobranocce, a tobie się wydaje, że tyle godzin przesiedziała w jednym miejscu mając dobry ubaw z naszego przerażenia?! Czy ty siebie słyszysz?!

- Irene, proszę nie denerwuj się. Zobaczysz wszystko będzie dobrze. Idź odpocznij w końcu niedawno wróciłaś z nocki, jesteś pewnie zmęczona.

- W dupie to mam! Idę jej szukać, przecież nie będę bezczynnie siedzieć podczas gdy moja córka błądzi po mieście! CAŁĄ NOC, CZY WY JESTEŚCIE NIENORMALNI, ŻE JEJ JESZCZE NIE ZNALEŹIŚCIE?! PRZECIEŻ ONA MUSI BYĆ PRZERAŻONA!! - dziewczyna wyszła z domu trzaskając drzwiami. Wyciągnęła telefon i wybrała numer do szefa.

- Halo, Spike. Nie będzie mnie dzisiaj w pracy. Nie, nie dam rady, moja córka zaginęła muszę ją znaleźć. Nie wiem, weź kogoś innego, odpracuję jak tylko ją znajdę obiecuję. W końcu sama też potrzebuję tej kasy. Ok. Na razie. - rozłączyła się i ruszyła wzdłuż ulicy szukając swojego aniołka.

- Annie, mam nadzieję, że nic ci się nie stało skarbie...

~*~

- OH! - coś ciężkiego uwaliło się na brzuch Michaela. Jakby miał psa bądź kota nie byłby zdziwiony, a tutaj przeżył jednak lekki szok. Jednak gdy zobaczył burzę blond loczków szybko uświadomił sobie kto po nim skacze. - Cześć aniołku, jak się spało?

- Dobze. Wies, ze mamusia tes tak do mnie mówi? Tlochę się za nią stęskniłam... - posmutniała dziewczynka.

- Hej, nie bądź smutna, niedługo zobaczysz się z mamusia. Jak tu kruszynko w ogóle masz na imię co?

- Annie.

- Ślicznie. A może powiesz mi czy wiesz jak tu przyszłaś i jak wrócić do domku, co?

- Nie pamiętam. Jechałam autobuseeeeeeeeeeem i tam było dużo ludzi. I mijałam dzewka, domki. I nawet klówki były!

- Oh, no nie martw się, znajdziemy twoją mamusię – Michael przytulił dziewczynkę po czym zabrał ją na dół i nakarmił.

Ochroniarzom nic nie udało się jeszcze ustalić jednak Michael nie tracił nadziei, że w końcu znajdą mamę Annie. Szczerze miał ochotę nawrzeszczeć na tę nieodpowiedzialną kobietę. Jak można tak zostawić małe dziecko? Jak można je zgubić i jeszcze nie próbować go odnaleźć! Nie był w stanie tego zrozumieć. Tym bardziej, że mała Annie wydawała się naprawdę rozkosznym dzieckiem, które jest zadowolone ze swojego życia. Czy to możliwe, żeby ta jej „kochana mamusia” mogła się nie przejąć zniknięciem dziewczynki? Może wróciła z pracy i nawet nie zauważyła braku dziecka? To co z niej za matka...

Przemyślenia Michaela przerwał cichy głosik dziewczynki.

- Tatusiu, mozemy się pobawić w coś? Nuuuudzi mi sięęęę...

- Jasne skarbie, a w co byś chciała się pobawić? - Michael już wczorajszego wieczoru przestał nakłaniać dziewczynkę, żeby przestała się do niego zwracać „tato”, była małym uparciuchem...

- W zgadywanki! - krzyknęła dziewczynka i pobiegła do salonu gdzie rozłożyła się wygodnie w fotelu i czekała na swojego tymczasowego opiekuna.

Tak zleciał im czas aż do południa, kiedy to ochroniarz Michaela przyniósł wiadomość, że policja szuka małej i zdobył informacje gdzie ją zawieźć.
Mężczyzna sam odwiózł dziewczynkę do domu, po długim pożegnaniu z Michaelem i przyrzeczeniu, że jeszcze się spotkają. Smiley nie postanowił nie jechać przede wszystkim ze względów bezpieczeństwa, ale nie był też pewien za siebie, czy nie naubliżałby po raz pierwszy w życiu kobiecie, za to, że jest taką nieodpowiedzialną matką.

Michael trafił kiedyś na pewien cytat polskiego autora.

„Nagle tak cicho zrobiło się w moim życiu bez ciebie...”

Nie rozumiał wtedy dokładnie co mógł czuć wypowiadający je człowiek, ale teraz to zrozumiał. Po zaledwie dniu spędzonym z tą maleńką istotką, teraz gdy wyjechała czuł ogarniającą go pustkę...

~*~

Po całonocnych poszukiwaniach Irene zaczęła tracić już nadzieje. Wiedziała, że nie powinna się poddawać, ale sprawdziła już wszystkie możliwe miejsca gdzie dziewczynka mogła pójść sama. Przecież to dopiero dwuletnie dziecko, nie maratończyk. Nie mogła zajść nawet do połowy tego co sprawdziła,a co dopiero dalej. Zrezygnowana wróciła pod dom, usiadła na krawężniku i zaczęła płakać. Jej córka. Jej kochane maleństwo. Jej malutka Ania...

Nagle przed nią zatrzymał się czarny samochód, dziewczyna szybko głowę gdy usłyszała radosny krzyk swojej pociechy.

- MAMUSIU!

- Boże Annie, gdzieś ty była!

- Mamusiu byłam u tatusia – powiedziała radośnie dziewczynka, a serce Irene stanęło na chwilę po usłyszeniu tych słów. Niepewnie spojrzała w stronę samochodu, jednak odetchnęła kiedy wysiadł z niego kierowca i nie był nim na szczęście ojciec dziewczynki. W końcu skąd on by się tu miał wziąć. Przecież od roku siedział w więzieniu...

- Oh, kochanie. Tak bardzo się martwiłam, nie rób mi tego więcej. Dlaczego wyszłaś sama z domu?

- Bo babcia śpała a ja nie ściałam jej obudzić, a tak baldzo mi się nudziłoooo...


Irene odetchnęła z ulgą podziękowała mężczyźnie który odwiózł jej córkę do domu. Chciała zaprosić go na kawę jednak mężczyzna powiedział, że musi wracać do pracy, wziął jedynie od młodej kobiety numer telefonu, który w niego wmusiła z przyrzeczeniem, że jeśli będzie kiedykolwiek czegoś potrzebował to ma dać znać, a ona stanie na uszach byleby tylko mu pomóc. Weszła do domu i upewniwszy się, że jej córka jest cała i zdrowa położyła młodą spać i sama również zasnęła obok niej... To był naprawdę długi dzień dla Irene jednak zdenerwowanie dało się we znaki. Co chwilę budziła się w nocy i sprawdzała czy jej kruszynka wciąż leży obok. Nad ranem zrezygnowała z dalszego snu i zaczęła rozmyślać o swoim życiu. Była młodą, dwudziestodwuletnią kobietą. Miała dwuletnią córkę, która była całym jej życiem. Studiowała dziennikarstwo a nocami pracowała w klubie żeby niczego jej szkrabowi nie zabrakło. Nie mogła narzekać. Praca nie była tą wymarzoną, ale jakoś sobie trzeba było radzić. W opiece nad córką pomagała jej mama, a babcia Annie. Z ojcem dziewczynki nie utrzymywała kontaktu. Jedyną dobrą rzeczą jaką kiedykolwiek zrobił w swoim żywocie było danie jej córki...

_________________________________________________________________________________

Na koniec. Komentarz mojej siostry jak przeczytałam jej fragment rozmowy Annie i Michaela:
"to nie może być twoje, bo jakieś takie za mądre". OK. WIARA WE MNIE <3

I chciałabym Was prosić z całego serca, jeśli wchodzicie tutaj, a piszecie coś swojego to proszę, a wręcz BŁAGAM zostawcie mi namiary na swoje opowiadania. Jestem jak ten narkoman bez możliwości dania sobie w żyłę, bo jeśli chodzi o to co czytam to muszę męczyć się czekając na nowe notki, a nic nowego nie umiem znaleźć i po prostu rozsadza mnie z braku fanfików!

Chociaż z drugiej strony nic mnie nie odciąga od nauki...
Ale ja chcę żeby mnie coś odciągało!

Dobra.
Nie ględzę już xD

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Las

Oh, ciężki weekend za mną. W niedzielę miałam dwa egzaminy, na szczęście ogarnęłam je na tyle, że mogę być dumna, chociaż punkt brakujący mi do 4 z angielskiego nieco mi psuje humor :P
Z drugiego na szczęście dwie czwóry, ale dobra koniec chwalenia się ;P
Wiecie co? Chyba za dużo (w ogóle to jest możliwe?!?!) Michaela ostatnio wokół mnie, bo śnił mi się dzisiaj (nie narzekam, oj niee...) nie pamiętam o czym był ten sen, co nie zdarza mi się często. Wiem tylko, że był całkiem milusi i nie specjalnie chciało mi się wstawać rano z nadzieją, że przyśni mi się ciąg dalszy, czy coś.
Swoją drogą, włączyłam sobie BAD25 z canal+ i powiem Wam, że jakby nie huk na budowie za oknem to byście tego dzisiaj nie czytali bo się zagapiłam, za-oglądałam, zasłuchałam i wszystko co tylko mogłam za... razem z zakochałam!
"Ale super, ktoś tu nasikał..."
Oj ludzie...
Powiem Wam, że to wszystko napawa mnie taką energią. Naprawdę. Dostaję wręcz ADHD. Swoją drogą. Kiedyś, dawno temu słuchając ok 2 w nocy Dirty Diany, siedziałam koło biurka na którym stała lampka. Takiego ADHD dostałam, że jak zaczęłam fikać to wyżej wymieniona zleciała mi na tą moją chorą łepetynę. Metalowa lampka średnio miękka na długo wyleczyła mnie z "tańcowania" po nocy.
Za to jak pod koniec zobaczyłam Jarmaine'a powiedziałam tylko "nie mów tego... proszę." Cholera jestem walnięta, ale nie obejrzałam do końca. Nie potrafiłam. Nie wiem czy pamiętacie, że pogrzeb był emitowany w tv? Zaczęłam oglądać i... koniec. Nie potrafiłam. Do tej pory nie obejrzałam tego do końca...
Dobra. Uspokoiłam się i skończyłam oglądać. Dzisiejsza miniaturka stała dzisiaj pod naprawdę dużym znakiem zapytania. Skończyłam oglądać film i postanowiłam w końcu zabrać się za poprawianie tekstu. Po otwarciu pliku poryczałam się i nie byłam w stanie nic napisać. Ta miniaturka była dla mnie trudna. Powstała na drugi dzień po dacie na końcu notki. W tym momencie biorę się za pisanie... i powiem Wam, że robię to dla Was, ale przede wszystkim robię to dzisiaj dla siebie. Chyba tego potrzebuję...

Kocham Was.

________________________________________________________________________________

~*~

Ze wszystkich stron otaczały mnie drzewa. Wszędzie rozbrzmiewał ich szum. Były piękne. Zielone. Wysokie. Pachnące. Obrośnięte miękkim, zielonym mchem. Było słychać szum rzeczki przepływającej gdzieś niedaleko. Stąpałam bosymi stopami po zielonej trawie. Moja suknia ciągnęła się po ziemi za mną. Była śliczna. Wyglądała prawie jak do ślubu. Prawie...

Jedyne co ją różniło to, to że była czarna. Podobnie jak mój nastrój w tym momencie.
Nie, nie należę do subkultury emo. Nie mam depresji. Nie jestem... dziwna.
Po prostu godzinę temu dowiedziałam się najgorszej rzeczy w moim życiu. Jest 4 nad ranem, wszystko budzi się do życia tylko ja myślę o śmierci...

O tej śmierci, która dotknęła nie tylko mnie, ale także miliony ludzi na świecie. Tych starszych i tych młodszych. Kobiety i mężczyzn. Babcie i wnuczki. Ludzi o kolorze skóry ciemnej jak i tej całkiem jasnej. W tym momencie wszyscy byliśmy tacy sami. Wszyscy równie pogrążeni w bólu. Czuliśmy tę samą rozpacz...

Tak naprawdę byliśmy teraz jednym, małym chłopcem o ciemnej skórze z afro na głowie, mężczyzną z karnacją kawy z mlekiem i kręconymi włosami, ubranym w skórzane ubrania ze sprzączkami, Mężczyzną z krótkimi włosami, w potarganych ubraniach trzymającego się dwóch drzew, któremu wiatr, piasek i wszelkiego rodzaju liście leciały na twarz, odbijały się od jego policzków, drażniły oczy i gardło. Byliśmy człowiekiem, który kochał dzieci, który przejmował się losem innych i który kochał nas tak samo jak my jego.

Nie wiedział o naszym istnieniu, nie wiedział kto jak wygląda, ale nas kochał, za to, że zawsze byliśmy z nim. Za to, że będziemy jego muzykę przekazywać dalej oraz za to, że go kochamy. On kochał nawet tych, którzy dopiero teraz go pokochają. Bo wszystki tak naprawdę, mimo tych wszystkich różnic, jesteśmy tacy sami...

Między wysokimi drzewami znalazłam jedno, powalone. Jego kora była sucha. Martwa. To przez ostatnie nawałnice, które przeszły nad Polską. Przetrwały tylko najsilniejsze. Tak...
On też był silny. Przetrwał wiele.
Katowanie przez ojca, oskarżenia o czyn, którego nie popełnił. Ba! Czyn, którego się brzydził! Ptzetrwał oskarżenia o wybielanie skóry, a także nie przejmował się kiedy ludzie mówii mu, że jest dziecinny i dziwny...

Jednak czy na pewno się nie przejmował? Przecież tego nie wiemy. Kiedy przebuwał w domu, sam... może właśnie wtedy przeżywał to bardziej niż jesteśmy to sobie w stanie wyobrazić? Tyle pytań... a odpowiedź zna tylko nieliczna grupa osób. Tych najbliższych.

Usiadłam na powalonym drzewie i wpatrywałam się w wiewiórkę biegającą po polanie.

Tak. Jest 26 czerwca. A ja jestem w lesie koło mojego domu. I tak. Mówię o Michaelu Jacksonie. Człowieku, którego uwielbiam i szanuję już 12 lat.
12 cholernie długich lat, wypełnionych jego wspaniałą muzyką. Mam na imię Wioletta. Właśnie skończyłam pierwszy rok technikum. Mam 17 lat, czerwone włosy, na nogach trampki i tą długą suknię na sobie.
Nienawidzę sukienek. Nie mam pojęcia dlaczego ją ubrałam.
Nagle poczułam, że nie jestem sama. Usłyszałam kliknięcie aparatu. Odwróciłam szybko głowę i ujrzałam Martę. Moją przyjaciółkę z dzieciństwa.
Nasze drogi się rozeszły dawno temu. Nie utrzymywałyśmy kontaktu od paru lat przez sytuację, którą znałam ja, ona i jej rodzice. Nie ważne. To za bardzo boli, żeby o tym opowiadać. Strasznie się zmieniła, nie rpzypominała mi siebie sprzed lat zanim wyjechały ze swoją mamą daleko po tym wszystkim. Jednak z jakiegoś powodu wiedziałam, że to ona. Może to jej oczy? Czarne, kręcone włosy? Nie wiem.

Podeszła do mnie z uśmiechem i zrobiła mi kolejne zdjęcie. Nie odzywałyśmy się do siebie. Ona chodziła naokoło mnie i robiła mi zdjęcia, a ja siedziałam i starałam się nie zwracać na nią większej uwagi. Czułam się jak małpa w zoo, ale w obecnum stanie było mi naprawdę wszystko jedno co się dzieje wokół mnie. Nie obchodziło mnie nic oprócz bólu, który rozrywał mnie od środka.

Zerwał się wiatr. Liście drzew szumiały popychane przez lekki podmuch. Szuk układał się w muzykę. Skupiłam się na nim. Nic się nie liczyło tylko ten dźwięk. Doszedł do tego plusk wody w rzece. Nagle po raz kolejny dzisiaj poczułam, że ktoś mi się przygląda. I nie była to Marta. Ona dalej chodziła naokoło mnie i robiła te przeklęte zdjęcia. To był ktoś inny. Ktoś, kto spowodował, ze w moim brzuchu zaczęły się kotłować motyle. Siedziałam tyłem do niego, ale czując jego wzrok na karku przechodziły mnie ciarki. Chciałam się odwrócić jednak coś mi nie pozwalało. Jakaś siła mnie blokowała. Tak, to chyba był strach. Usłyszałam szum liści, kiedy przybysz zrobił parę kroków do przodu. Jestem pewna, że podszedł już na tyle blisko, że było gowidać. Nastała cisza. Miałam wrażenie, że nawet liście przestały się poruszać, a rzeka płynąć. Marta przestała mi robić zdjęcia, schowała się po drugiej stronie polanki między drzewami. Czy ten człowiek jest aż tak niebezpieczny?

Wiewiórka, która wcześniej bawiła się na polance biegła teraz w moją stonę. Ominęła mnie i popędziła ptosto na przybysza.
To właśnie ta sytuacja mnie ośmieliła. Powoli odwróciłam głowę czując coraz większe podniecenie. Odwróciłam się całkiem w jego stronę. Wytężyłam wzrok próbując dostrzec coś między gałęziami, aż zobaczyłam...

Ujrzałam człowieka, który był tak piękny, że nie potrafię tego opisać. Jego brązowe oczy miały w sobie radosne iskierki, hipnotyzowały. Te oczy przypominały oczy dziecka. Jego karnacja była koloru mlecznej czekolady, czarne loki opaday na ramiona, a na ustach miał szczery uśmiech. Wokół niego rozciągała się jakaś dziwna auta, która dochodząc do mnie wykrzywiła moje usta w równie szeroki jak u niego.

Podeszłam powoli do Michaela i pogładziłam go po policzki. Był taki ciepły... Jakby miał gorączkę. A może to nie on? Może to moje ręce były po prostu takie zimne?

-Witaj. - powiedział patrząc w moje oczy. Ja zamiast odpowiedzieć przylgnęłam całą sobą do jego ciała. Przez chwilę miałam wrażenie, że on się przewróci, ale nie. Trzymał mnie mocno, gładząc moje włosy.
-Czy ty... - wyszeptałam w jego ramię. Byłam pewna, że nie dosłyszał mojego pytania, jednak on po chwili na nie odpowiedział.
-Tak.
Jego delikatny głos rozniósł się echem po lesie wracając do mnie kilkakrotnie. Uderzając w moje uszy, a następnie serce. Osunęłam się na trawę i zaczęłam płąkać, a on kucnął obok mnie.

Przyłożył palec do mojej brody i lekko ją podniósł tak, że moje oczy spojrzały znów prosto w niego.
-Jesteś chociaż szczęśliwy? - spytałam czując jak gorące łzy spływają mi po policzkach.
-Tak. - po raz kolejny usłyszałam z jego ust potwierdzenie. Jego ciepły oddech owionął moją twarz. Przytulił mnie, a ja w miejscu gdzie wcześniej czułam w sercu ból poczułam ciepło.
Michael wstał i pociągnął mnie za sobą. To było pożegnanie. Czyżby żegnał się tak ze swoimi fanami? Przytulił mnie jeszcze raz z całej siły i odszedł między drzewa. Liście go przysłoniły, a ja zaczęłam biec za nim by móc jak najdłużej przebywać w jego towarzystwie. Biegłam przed siebie, lecz drzewa za którymi zniknął zamiast się przybliżać, oddalały się. Zaczęłam krzyczeć jego imię i płakać. Potknęłam się o korzeń i wywróciłam raniąc sobie boleśnie kolana. Ktoś mną zaczął potrząsać. Otworzyłam szeroko oczy. Wokół mnie panowała ciemność. Twarz miałam mokrą od łez, leżałam na czymś twardym, a nade mną widziałam oczy mojej siostry. I wciąz krzyczałam jego imię.
Tak.
To był sen.

Piękny.

Po tym wiedziałam już, że Michael jest szęśliwy gdziekolwiek jest.
Jest już 27 czerwca.


~*~

________________________________________________________________________________

Przepraszam Was bardzo za to wszystko. 
To naprawdę był mój sen, dlatego niektóre fragmenty mogą być dla Was niezrozumiałe, jednak dla mnie mają sens większy niż mogłoby się wydawać. Jednak nie mogę Wam wszystkiego powiedzieć, to jest bardzo trudne i bolesne. Powiem tylko tyle, że postać mojej przyjaciółki na pewno symbolizuje pewną plotkę...
Trudne to wszystko jest dla mnie...

Kocham Was. Naprawdę kocham Was bardzo mocno...

czwartek, 9 stycznia 2014

Rozdział czwarty.

Siemka, oddaję dzisiaj w Wasze ręce czwarty i ostatni rozdział tego opowiadania. Wcześniej pisałam Wam w jakich okolicznościach, te dwa opowiadania powstały więc zakończenie wygląda... no jak wygląda. Ale patrząc od początku... chyba takie właśnie było założenie "Koncertu" od samego początku. Rozdział dodaję po wielu bojach z komputerem, który uznał, że wszystko ma w... dysku twardym i jego nie obchodzi, że ja mam dodać, że chcę. Że MOŻE ktoś na to czeka. Nie. Po prostu ma focha z przytupem, melodyjką i odrzuceniem włosów do tyłu i NIE. Jednak walczyłam z nim od wczoraj i gra. Mam nadzieję, że pozwoli mi chociaż to skończyć, dodać i odebrać maila na którego czekam już kilka dni.
Jeśli chodzi o kolejne opowiadanie, a właściwie miniaturkę, to z nim trochę się wyłamię z tego schematu "co drugi dzień", ponieważ w niedzielę mam dwa egzaminy do których musiałabym się jednak pouczyć, plus dodatkowo ostatnio przechodzę raczej trudny okres z którym muszę się uporać. Myślę, że spokojnie w poniedziałek lub w najgorszym przypadku we wtorek opowiadanie się pojawi. Jest to miniaturka wiec załatwię je jednym szybkim rozdziałem, jednak jako, że pisane to było dosyć dawno temu, kiedy przechodziłam dziwny bunt i ogólnie sama wszystko też miałam w dysku twardym, muszę poprawić błędy ortograficzne, językowe i wszystkie inne jakie się tam zadomowiły całkiem przytulnie i nie chcą odejść. Ale dobra. Tyle przynudzania ode mnie, a teraz zapraszam na ostatnią część tego koncertu...
_______________________________________________________________________________

Dni mijały, Michael kontynuował swoją trasę, a ja powoli wracałam do szarej rzeczywistości. Dalej jednak śledziłam wszystkie wieści na jego temat. Po pewnym czasie, jak to zazwyczaj bywa prasa przestała przeżywać koncert w Polsce. Przestali publikować wywiady z Kwiatkowskim, wypowiedzi Michaela i opis jego wizyty. Wróciły za to plotki o wybielaniu i oczernianie przez wymyślanie coraz to nowych dziwactw na jego temat.
Tak minęło kilka miesięcy...

Dobra właściwie minęło już półtora roku od ostatniego koncertu. Jest kwiecień 1997 roku, ja chodzę już do czwartej klasy technikum i w zeszłym miesiącu obchodziłam swoje dziewiętnaste urodziny. Niewiele się zmieniło przez ten czas. Moja miłość do Michaela Jacksona była równie silna. Ludzie dalej ślepo wierzyli plotkom, ale wyczułam różnicę w traktowaniu przez nich mojej osoby. Przełomowym momentem był wygrany przeze mnie konkurs taneczny w szkole, w którym zaprezentowałam układ do Smooth Criminal. W momencie wykonywania przeze mnie moonwalku na sali było zupełnie cicho, następnie zaś znalazłam się w centrum zainteresowania. Ludzie chcieli nauczyć się tego magicznego kroku, przez co spędzałam z nimi więcej czasu, dzięki czemu mnie lepiej poznali i zaakceptowali. Teraz stoję w kuchni i przygotowuję sobie śniadanie. Jak co rano słucham radia.
I po raz drugi podczas wykonywania tej czynności nóż wypadł mi z ręki gdy spiker powiedział, że najprawdopodobniej w przyszłym miesiącu do Polski po raz drugi zawita... Michael Jackson.

~*~

Maj. Ludzie szaleją. Michael przyjechał. A ja? Ja siedzę w domu. Nie mogłam się wyrwać. Co prawda rok szkolny dla maturzystów już się skończył, ale... czy ja właściwie chciałabym tam być? Chyba nie. Tłum rozwrzeszczanych ludzi. Michael gdzieś daleko ode mnie. Tak bardzo chciałabym znów go dotknąć, po raz kolejny przytulić, ułożyć głowę na jego ramieniu i wdychać ten słodki zapach jego perfum. Poczuć dotyk na włosach i usłyszeć jego kojący głos w uchu.
Marzenia. Sam Michael mnie już pewnie nie pamięta. Przecież miał na całym świecie miliony fanek. BA! On miał miliony fanów! Gdzie pamiętałby taką szarą mysz, która wtargnęła na scenę podczas koncertu...
A jednak żyła we mnie jakaś iskierka nadziei. A może jednak pamięta? Może jakby mnie zobaczył, uśmiechnąłby się do mnie i kazał swojemu ochroniarzowi przyprowadzić mnie do siebie? No w każdym bądź razie się tego nie dowiem, ponieważ ja siedzę u siebie w domu, na Śląsku, a on właśnie ląduje na lotnisku w Warszawie. Wszystko obserwuję w telewizji. Tak. Wysiada. Tłum zaczyna szaleć, dziewczyny mdleją. Michael podchodzi do barierek, głaszcze małą dziewczynkę po włosach, podpisuje zdjęcia, zeszyty, koszulki. Rozgląda się jakby kogoś szukał. Serce przestaje mi na chwilę bić. Umysł mówi: PAMIĘTA! A po chwili przychodzi wyjaśnienie. Szukał wzrokiem faceta, który miał go wyprowadzić z lotniska. Według dziennikarzy udał się do prezydenta omawiać ważną sprawę. Podejrzewają, że chce kupić tutaj dom oraz otworzyć wesołe miasteczko. Byłoby fajnie. Może częściej by nas odwiedzał? Eh... marzenia. Teraz tylko trzeba siedzieć i modlić się do wszystkich możliwych bóstw o to, żeby nasi kochani politycy nie spaprali...
Buddo...
Allahu...
Szatanie...
A jednak! Oni to potrafią człowiekowi poprawić humor, nie ma co. Nie wyrażono zgody. Dlaczego? Bo starsi ludzie tam spacerują z pieskami. Wściekła wyłączam telewizor, ostatnie słowa jakie słyszę to:
-Jackson wsiada do swojej limuzyny i udaje się w nieznanym kierunku...
-Ta. Jasne! - prychnęłam - pewnie poszedł się uchlać w najgorszej spelunie w tym kraju. Ja bym tak zrobiła w tym momencie pomimo mojej całkowitej abstynencji. Dobra. Michael nie pije. Ale to przecież dobry moment, żeby wpaść w nałóg, prawda? O tym jeszcze w telewizji nie było... A idę przygotować obiad bo rodzice zaraz wrócą... - mruczałam sama do siebie jak opętana.
Rodzice wrócili z pracy zdziwieni, że ja siedzę spokojna w domu podczas gdy mój idol fika sobie po Polsce. Ja się tylko uśmiechnęłam i wróciłam do pokoju. Puściłam sobie w radiu moją ulubioną kasetę i całkiem zatraciłam się w muzyce. Podczas Smooth Criminal wpadła do pokoju moja mama niezdrowo pobudzona. Właściwie to wpadła i wypadła, po czym zaczęła kogoś przepuszczać w drzwiach. Świetnie, jeszcze mi tylko gości dzisiaj brakowało...
Podniosłam się na łóżku i gdy zobaczyłam kto stoi w progu – zaniemówiłam. Stał tam, patrzył i uśmiechał się do mnie... Michael. Nie. Chyba coś przyćpałam, bo to nie możliwe... Muszę się dowiedzieć co to było, bo podobają mi się takie zwidy. Jedynie te zawroty głowy mogłyby odpuścić, w końcu to nie prawdziwy Jackson, no nie?
Musiałam mieć wyjątkowo głupią minę, bo Michael zachichotał.
-Hej. - Powiedział wciąż śmiejąc się na mój widok.
-T...to sen? Przyćpałam coś i mam majaki? Słuchałam muzyki i umarłam. Prawda? - spytałam w jego języku. Od naszego ostatniego spotkania sporo trenowałam. Tak... na wszelki wypadek.
-Jeśli tak, to śnimy ten sam sen – odpowiedział i uszczypnął mnie w rękę.
-Ałć! - syknęłam i mu oddałam. A on?! Zaczął się śmiać. - przepraszam... chciałam mocniej! - uśmiechnęłam się do niego złośliwie – Usiądź, proszę – powiedziałam, a on skorzystał z zaproszenia i nieśmiało usiadł na moim łóżku – co tutaj robisz? - spytałam.
-Szukałem cię – zaczerwienił się lekko, a ja zrobiłam wielkie oczy. Szukał mnie? MNIE?! A po jaką cholerę? Za chwilę dotarło do mnie coś innego. On mnie pamięta! Uśmiechnęłam się szeroko.
-Ej, nie śmiej się ze mnie! - oburzył się.
-Słodko wyglądasz jak się tak oburzasz – zaśmiałam się – poza tym ja się z ciebie nie śmieję, ja się uśmiecham. Co, mam chodzić smutna, że mój ukochany... - teraz to ja zaczęłam przypominać kolorem buraka - ...idol mnie odwiedził? - dokończyłam szybko z nadzieją, że nie zorientuje się co chciałam powiedzieć.
Popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem i też zaczął się czerwienić. Chyba mi nie wyszło.
-Strasznie tu... ciepło – powiedział ściągając kurtkę.
-Dlaczego mnie szukałeś? - spytałam patrząc na niego z ciekawością.
-Ponieważ mnie zaintrygowałaś wtedy, na koncercie. Nie dość, że wykorzystałaś sytuację wbiegając na scenę to potem stanęłaś i zachowywałaś się... tak zupełnie inaczej niż reszta dziewczyn, które zabieram na scenę. No wiesz, nie rzuciłaś mi się na szyję, nie zemdlałaś, tylko stałaś tam i patrzyłaś jakbyś była tak samo w szoku, że znalazłaś się na scenie jak ja – uśmiechnął się. On się ze mnie śmiał. No śmiał się ze mnie. Nie daruję!
-Nie śmiej się ze mnie! Byłam w szoku, że udało mi się tam dostać i nikt mnie nie spałował, co się dziwisz?! Jak chcesz to możemy zacząć nadrabiać to rzucanie się na szyję, robienie ci krzywdy i te inne. Tylko z mdleniem może być problem... ale jakoś to pokonamy, na przykład tak – w tym momencie zamachnęłam się na niego z poduchą i oberwał w głowę.
  • JEZU CHRYSTE! Uderzyłam Michaela Jacksona! No zamkną mn... - nie dokończyłam mojej jakże ujmującej wypowiedzi, ponieważ w tym momencie sama oberwałam poduszką! No szczyt, naprawdę! Będą mnie lać poduszkami w moim własnym domu!
  • -Ale masz śmieszną minę ha, ha, ha! - Michael siedział i dosłownie płakał ze śmiechu na widok mojej miny. Zauważyłam swoje odbicie w lustrze i... faktycznie wyglądałam zabawnie. Sama zaczęłam się dusić ze śmiechu.
Nagle szanowny pan idol przestał się śmiać i popatrzył na mnie poważnie.
-Pojedziesz ze mną do Neverland? - spytał.
-Ja? Jak? Gdzie? Kiedy? Po co? Dlaczego? Z kim? Po...
-Tak ty! Na razie samochodem na lotnisko, potem samolotem. Do Neverland, mojej posiadłości. Choćby zaraz. Chciałbym nagrać z tobą piosenkę. Ponieważ masz ładny głos i chciałbym go wykorzystać. Ze mną... - odpowiedział jednym tchem przerywając tym samym mój potok pytań. Patrzyłam na niego jak na kretyna. No jak. Ja? Śpiewać? Fakt. Kiedyś należałam do chóru, ale to było z dwadzieścia lat temu! No dobra dziesięć... ale mimo wszystko no. Nie, ja się nie zgadzam. Nie zgodzę się...
-To ja się może spakuję? - idiotka. No kretynka do kwadratu. Miałaś się nie zgadzać! Eh...Jak tylko zobaczyłam uśmiech na twarzy Michaela, złość na samą siebie jakoś mi przeszła i poczułam, że chyba jednak dobrze robię. MATKO. Dobrze. Robię ŚWIETNIE. Mój idol proponuje mi wyjazd z nim do niego, a ja się jeszcze zastanawiam. Zaczęłam się śmiać jak wariatka ze swojego szczęścia a MJ przyglądał mi się jakbym była lekko stuknięta, ale po chwili dołączył do mnie. W pewnym momencie dotarło do mnie, że będę musiała jeszcze poinformować rodziców. Fakt miałam już dziewiętnaście lat, ale mimo wszystko za miesiąc czekały mnie egzaminy zawodowe...
-Z twoją mamą już rozmawiałem. Zgodziła się. - no cholera w myślach mi czyta, czy jak?
-Kiedy?!
-No... jak słuchałaś piosenek tego całego... Jacksona... - uśmiechnął się, za co znów oberwał tylko tym razem bluzą, którą właśnie pakowałam.
-Ja tam go bardzo lubię – udałam oburzenie, ale jak zwykle moje zdolności aktorskie okazały się raczej marne i po chwili chichotałam na całego. Po paru minutach byłam spakowana. Do plecaka spakowałam jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Michael powiedział, że to wystarczy. Wyszliśmy do kuchni, gdzie pożegnałam się z rodzicami. Przed klatką schodową stałą limuzyna. Długa jak mój pokój. Wokół samochodu zebrał się pokaźny tłum dzieciarni z całego osiedla z zachwytem oglądających błyszczącą powierzchnię samochodu i próbujących zajrzeć przez szyby do środka. Podeszliśmy do samochodu, a Michael kucnął przy dzieciach, które wystraszyły się, że oberwie im się za zbliżanie do auta. Jednak Michael uśmiechnął się tylko do nich i spytał czy chcą obejrzeć wnętrze po czym otworzył drzwi na oścież i odsunął się od nich. Dzieci, jedno po drugim, wchodziły do samochodu i oglądały wszystko z zachwytem. MJ stał koło mnie z szerokim uśmiechem i z uwielbieniem patrzył na zachwycone dzieciaki. Po chwili wysiadły z samochodu i pobiegły na plac zabaw wciąż z wypiekami na twarzy zachwycając się odkryciami z samochodu.
-A widziałeś ile siedzeń?
-A ten barek?! Tyyyyyyyyle soków! U mnie w samochodzie takiego nie ma...
Zaczęliśmy się śmiać i Michael wpuścił mnie do środka. Nareszcie zrozumiałam o czym mówiły dzieci. Tutaj jest tak... niesamowicie. Wszystko jest takie wielkie, jasne i eleganckie. Nie to co w moim starym fiacie...
Samochód ruszył, a ja z Michaelem pogrążyliśmy się w rozmowie. Było naprawdę miło. Jednak w pewnym momencie poczułam szarpnięcie i wokół mnie zapanowała ciemność.
Słyszałam jakieś głosy. Rozróżniałam pikanie rożnych aparatur, głos mojej mamy, taty i kogoś jeszcze. Chciałam otworzyć oczy, ale moje powieki były tak strasznie ciężkie, że nie miałam sił się z nimi użerać. Czułam każdą część swojego ciała. Wszystko mnie bolało. Miałam nawet wrażenie, ze bolą mnie włosy. Zabawne. Starałam się skupić na czymś innym, żeby nie czuć bólu. Poczułam czyjąś ciepłą dłoń na policzku, a następnie na ręce. Nikt już się nie odzywał, ale wiedziałam, ze to moja mama. Chciałam się do niej odezwać, ale nie potrafiłam. Dobra skupiamy się dalej na czymś. Po pierwsze, co się stało? Gdzie jestem? Próbowałam wytężyć mózg i przypomnieć sobie co przed chwilą robiłam... A tak, miałam gdzieś z kimś jechać. Tylko gdzie? I z kim?
I w tym momencie wszystko wróciło na swoje miejsce.
Smooth Criminal.
Uśmiech.
Zawstydzenie.
Poduszka.
Śmiech.
Wiadomość.
Niedowierzanie.
Radość.
Bluza.
Pakowanie.
Pożegnanie.
Limuzyna.
Dzieci.
Michael.
Szarpnięcie.
Ciemność...

MICHAEL!
Jakaś siła pozwoliła mi w końcu otworzyć oczy, zobaczyłam nad sobą zapłakaną mamę. Była w szoku. Ja też. Znajdowałam się w szpitalu. Białe pomieszczenie, masa aparatur, igły powbijane w ręce. Ale to nie było teraz ważne. Najważniejszy był teraz ON!
-M...michael... - powiedziałam słabym głosem, a mama popatrzyła na mnie w szoku. Nagle wybiegła na korytarz, by po chwili wrócić z lekarzem, który zaczął mnie badać i zadawać mi dziwne pytania. Czy oni nie rozumieją, że ja chcę wiedzieć co z Michaelem? Mięliśmy wypadek! Jak on się czuje?
-Jak się nazywasz? - pytał po raz któryś ten facet w białym kitlu.
-Co jest z Michaelem? Jak on się czuje? Niech pan mi powie! - błagałam lekarza nie zwracając uwagi na jego pytanie. Popatrzyli na siebie z moją mamą. Oboje byli w szoku.
-Córeczko, to nie jest teraz ważne. Teraz najważniejsze jest żebyś wyzdrowiała.
-Do cholery, co z nim? - spytałam szeptem, ponieważ na więcej nie miałam siły. Próbowałam usiąść, ale lekarz mnie przytrzymał.
-Niech pani jej powie – odpowiedział i wyszedł zostawiając nas same.
-Kochanie, Michael nie żyje – odpowiedziała mama nie patrząc mi w oczy, jednak uważając, żeby mnie złapać w razie jeśli chciałabym wstać.
-Jak to nie żyje?! Nie mogliście go ratować? Przecież mogliście mnie zostawić i ratować jego! - gdybym mogła krzyknęłabym, jednak w tym momencie mogłam tylko szeptać.
-Córeczko, my nie mięliśmy na to wpływu. Kochanie. On zmarł u siebie. Jak my mięliśmy go ratować? - odpowiedziała szybko mama. Aparatura wskazująca pracę mojego serca przyspieszyła.
Ale zaraz. Jak to u siebie?
-Jak to u siebie? Przecież on dopiero co przyjechał do Polski – powiedziałam.
-Przyjechał skarbie, ale ostatni raz w dziewięćdziesiątym siódmym. A my mamy czerwiec 2009. Dokładnie dwudziesty szósty. - odpowiedziała mama patrząc na mnie jakbym była obłąkana.
Czerwiec?
2009? Nagle z torebki mamy dobiegł dźwięk mojego telefonu.
2000 watts.
Przypomniał mi się początek mojej historii...

Jest rok 2009. Piękny, słoneczny dzień. Czerwiec. Jak zawsze biegnę z empetrójką na autobus. Znów się spóźniłam! W rękach trzymam książki, które pospiesznie próbuję schować do torby. W pewnym momencie zaczyna mi się wydawać, że coś jest nie tak. Wszystko dzieje się w zwolnionym tępie. Widzę na chodniku kobietę, coś do mnie krzyczy, ale ja nie słyszę co. Następnie czuję, że coś we mnie uderzyło. Nie zdążyłam nawet poczuć bólu. Pochłonęła mnie ciemność...*

Opadłam na poduszki i zaczęłam płakać. Straciłam go. Na dwa sposoby. Ból jaki poczułam był nie do zniesienia. Był on tak silny, że zagłuszył ból fizyczny. Zaczęłam krzyczeć i wyrywać sobie wszystkie igły z rąk. Wbiegła pielęgniarka, a za nią lekarz. Mama z pielęgniarką mnie przytrzymywały, a lekarz wbijał mi igłę w rękę i wpuszczał w nią jakiś płyn. Dziwne gorąco rozeszło się po moim ciele. Nagle poczułam spokój. Nadal płakałam, ale już nie rzucałam się po łóżku i nie krzyczałam. Byłam uwięziona we własnej głowie.
Cierpiałam w ciszy.
Moje marzenia o koncercie życia, którym żyłam przez ostatnie miesiące legły w gruzach. Zostaną mi po nich tylko bilety na jeden z ostatnich pięćdziesięciu koncertów Michaela Jacksona.
Znalazłam w telefonie zdjęcie Michaela z rozłożonymi rękami i wpatrując się w nie wyszeptałam:

-Michael, a ja teraz podbiegnę i cię obejmę, a ty mnie przytul z całej siły i zabierz ze sobą...

_____________________________________________________________________________

Przyznam się Wam, że ta część była dla mnie najtrudniejsza. Nawet podczas przepisywania.
Dziękuję za dotarcie do końca...
3xff#f00000xhx#000000xhx#ffffffxff2xffMichaelxfxxfxJacksonxfxxfxMJxfxxfx♬ xfxxfx❤xfxxfx♥xff15xff100xff90xff5xff15xff50xff0