Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Limuzyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Limuzyna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 lutego 2014

Uciekinierka 2.

Siemka. Dzisiejszy rozdział... no nie jestem z niego zadowolona. Coś jest z nim nie tak. Pisałam go, kasowałam, przepisywałam od nowa, poprawiałam, kasowałam. Eh. Ale obiecałam, że będę wstawiać rozdziały w miarę regularnie i chyba będą to soboty więc oto on. Miłego czytania :)

_______________________________________________________________________________

Podczas gdy Wayne odwoził dziewczynkę do domu, Michael snuł się po swojej posiadłości nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Pomimo, że znał tę małą od kilkunastu godzin, teraz gdy jej zabrakło czuł ogromną pustkę. Przez tą chwilkę tyle radości wniosła do jego domu...

Wayne przyjechał po dwóch godzinach, z dobrym humorem i wręczył Michaelowi skrawek papieru z numerem telefonu do matki dziewczynki. Mrugnął przy tym zawadiacko i ze śmiechem dodał, że mamuśka jest całkiem niezła.
Gdyby wzrok mógł zabijać, Michael zostałby właśnie bez szefa ochrony. Nie dość, że denerwowało go takie przedmiotowe traktowanie kobiet, to jeszcze Wayne wspomniał o kobiecie na którą Jackson wciąż był jeszcze wściekły za brak odpowiedzialności.

Jeszcze mu nie przeszło gdy drzwi do jego domu otworzyły się nagle i stanął w nich człowiek bez twarzy. Czy też raczej z twarzą przysłoniętą grzywą czarnych loków. Jego przybycie zaanonsował gęsty dym z papierosów unoszący się wszędzie oraz przekleństwa, które było słychać jeszcze zanim w ogóle dostał się na werandę.

- Slash. Tyle razy cię prosiłem nie krzycz, nie przeklinaj i na litość boską, błagam nie pal w tym domu! - powiedział zdenerwowany Mike patrząc na przyjaciela złowrogo.

- Mike coś ty taki groźny dzisiaj? Laska cię kurwa rzuciła czy ki chuj? - spytał gitarzysta niewiele robiąc sobie z próśb przyjaciela.

Michael zrezygnował z nawracania rockmana po tym gdy ten odpalił kolejnego papierosa, złapał gosposię za tyłek i rzucił kilkoma przekleństwami jakby zastępował nimi znaki interpunkcyjne.
-Kurwa, misiek! Wiem jak poprawić ci twój zjebany humor! - krzyknął uradowany gitarzysta i pociągnął zdezorientowanego Michaela za ramię do samochodu - porywam cię dzisiaj do klubu. Zabawimy się kurwa.
Podczas jazdy Michael nie myślał o tym co go czeka tylko czy z jego małą przyjaciółką wszystko w porządku. Czy ma opiekę? Czy już śpi? Czy przytula ulubionego misia? Czy jest szczęśliwa?
Nim się zorientował dojechali na miejsce. Mike wysiadł z samochodu i ruszył za kudłatym przyjacielem. Pierwszy raz dał się wyciągnąć w takie miejsce rezygnując tym samym z nagrywania nowej piosenki. Weszli do środka w którym panował półmrok. Michael rozglądał się niepewnie w oczekiwaniu na napaść ze strony fanów, jednak Slash uspokoił go, że jest to klub wyłącznie dla vipów i nie musi się niczym martwić tyko czuć się swobodnie i dobrze bawić.

Slash pognał prosto do baru. Czuł się jak u siebie i od razu zapomniał o Michaelu. Pognał przed podest z rurą, łasy na widoki ponętnych kobiet tańczących w skąpych strojach. Michael tymczasem zamówił sok i usiadł przy stoliku przyjaciela spoglądając wszędzie byle tylko nie na dziewczynę tańczącą przed nim. Czuł się zażenowany i chciał iść gdzie indziej, ale czuł, że Saul tak szybko nie zrezygnuje ze swojej rozrywki. W tym momencie dziewczyna zakończyła swój pokaz zostając jedynie w samej bieliźnie. Ruszyła za scenę wśród okrzyków napalonych mężczyzn.


~*~

Irene podczas swojego numeru zauważyła kiwającego w jej stronę szefa. Wiedziała, że po zakończeniu będzie musiała się do niego zgłosić. Oczekiwała nagany za jej ostatnią nieobecność, jednak to co miał jej do powiedzenia zwaliło ją z nóg.

- Irene, czas na twój popisowy numer. Mamy gościa specjalnego, może znasz, Saul Hudson. Zażyczył sobie ciebie. I powiedział, że to ma być coś poza numerem na rurze. Chce mieć widowisko i ty masz mu je dać.

- Spike, ale przecież nic nie jest gotowe, skąd niby mam wziąć układ?! - zapytała zdenerwowana.

- Wymyśl coś, wierzę w ciebie. I pamiętaj, że masz mnie nie zawieźć. Twoja ostatnia nieobecność sporo mnie kosztowała, ten biznesmen był nie zadowolony, że to nie ty występowałaś. - odpowiedział spokojnie Spike i zapalił papierosa.

- Przecież wiesz, że to nie zależało ode mnie! Zaginęła moja córka, a ja miałam spokojnie przyjść do tego burdelu i rozbierać się przed jakimś napalonym fagasem? - warknęła dziewczyna. - Poza tym zabawny jesteś, przecież wynajęty przez ciebie choreograf siedzi już nad numerem specjalnym od tygodnia, a ty mi karzesz wymyślić coś na poczekaniu? W ciągu pięciu minut mam mieć dobry numeR? - zapytała wściekła.

- Tak. Dokładniej to w ciągu dwóch. Zaraz zaczynasz. Czegoś potrzebujesz? - zapytał niewinnym głosem.
Irene zmierzyła wściekłym wzrokiem swojego szefa. Miała dość tej roboty, ale wiedziała, że nie może sobie pozwolić na jej stratę.

- Daj mi krzesło i...

~*~

W klubie nagle przygasły światła. Z głośników wypłynęło Sweet Dreams. Na podwyższeniu rozbłysło światło punktowe, podest spowiła mgła. Światło oświetlało postać w czarnym garniturze i fedorze. Miała ona spuszczoną głowę i lekko dotykała opuszkami palców rondo kapelusza. Osoba stojąca tam podniosła nagle głowę tak, że Michael mógł zobaczyć jej twarz. Była to ta sama kobieta, która przed chwilą wyczyniała cuda ze swoim ciałem na rurze. Miała mocny makijaż, lekko rozchylone usta i wciąż trzymała brzeg kapelusza patrząc przed siebie. Gdy do jego uszy dobiegły pierwsze słowa piosenki dziewczyna powolnym krokiem zaczęła iść w ich stronę, do brzegu wąskiej sceny gdzie stało czarne krzesło. Przy końcu dziewczyna stanęła blisko ich stolika poruszając się zmysłowo w rytm muzyki i rozpinając przy tym marynarkę. Michael wpatrywał się w rozgrywającą się przed nim scenę oniemiały. Dziewczyna w tym czasie zaczęła szybkimi ruchami rozchylać marynarkę ukazując białą koszulę i czerwony krawat spływający wzdłuż jej ciała. Po chwili zaczęła ją ściągać, jednak w pewnym momencie jakby zrezygnowała i zamiast tego zaczęła rozpinać zamek w spodniach. Następnie tę czynność także porzuciła, schyliła się łapiąc je w połowie nogawek i pociągnęła mocno zostając w samych kabaretkach spod których widać było czarną bieliznę. Michael poczuł, że się czerwieni i odwrócił wzrok. Spojrzał na Slash'a, który bez oporów przyglądał się w połowie roznegliżowanej kobiecie uśmiechając się lubieżnie. Jednak zainteresowanie występem było silniejsze i zawstydzony wbrew sobie z powrotem skierował wzrok na podwyższenie na nieznajomą. Dziewczyna w tym czasie zdążyła odwrócić się tyłem i zmierzała powolnym krokiem w kierunku krzesła, które złapała i zaciągnęła za sobą na środek podestu, stanęła obok niego i powolnymi ruchami pozbyła się w końcu marynarki, którą odrzuciła w stronę najbliższych stolików, a następnie w przeciwnym kierunku odrzuciła fedorę zostając jedynie w białej koszuli i krawacie zawiązanym na szyi.
Koszula, którą miała na sobie była za duża i sięgała jej do połowy ud, co na siedzących wokół sceny mężczyzn działało bardziej niż gdyby była całkiem naga. Dziewczyna wykonała obrót po czym kucnęła, a uwolnione spod kapelusza kasztanowe fale zasłoniły jej twarz, jednak po chwili podniosła głowę i spojrzała wprost w oczy zszokowanego Michaela. Dziewczyna po chwili podniosła się tylko po to, aby następnie usiąść na przyciągniętym przez siebie wcześniej krześle. Złożyła ręce na kolanach i zaczęła na przemian rozszerzać i składać nogi przed sobą. W następnym momencie wstała i idąc znów w stronę końca sceny zaczęła gwałtownymi ruchami rozwiązywać krawat, który następnie skręciła w dłoniach i zarzuciła na szyję Slasha przyciągając go do siebie. Michael przez chwilę myślał, że dziewczyna pocałuje gitarzystę, jednak po paru sekundach odepchnęła zadowolonego Slash'a z powrotem na jego miejsce z taką siłą, że przewrócił łokciem szklankę z drinkiem. Dziewczyna zrobiła zmysłowy obrót i ruszyła ponownie w kierunku porzuconego krzesła sunąc na kolanach, przez co dawała tym samym niezły widok mijanym mężczyznom...
Kiedy w końcu dotarła na miejsce znalazła się przy krześle. Podpierając się na nim uniosła się i stanęła za nim okrakiem opierając się brzuchem o brzeg oparcia. Następnie ustawiła krzesło stabilnie na scenie przechylając się do przodu i robiąc w powietrzu szpagat, by po chwili opuścić nogi na siedzenie i odwrócić się ponownie twarzą do widowni. Słysząc krzyki mężczyzn zachęcające do dalszego tańca ruszyła ponownie w kierunku końca podwyższenia rozpinając powoli guziki swojej białej koszuli, która po chwili podzieliła los wcześniejszych części garderoby, lądując gdzieś pośród widowni. Michael odwrócił szybko zawstydzony wzrok gdy dziewczyna została w skąpej bieliźnie. W tym momencie jednej z widzów nie wytrzymał napięcia i wtargnął na scenę łapiąc dziewczynę w pasie, co skończyło się wymierzeniem siarczystego policzka i jej krzykiem.

~*~

- Bez dotykania ty dupku! - krzyknęła Irene trzaskając faceta w policzek po czym ruszyła szybkim krokiem w kierunku garderoby zalewając się łzami. Nienawidziła tej pracy jednak ona dawała jej możliwość dobrego zarobku jednocześnie bez rezygnacji ze studiów i opieki nad córką..

Ochrona zajęła się już facetem. Spike widzący wszystko zza kulis kazał gościa wyrzucić. Jeśli chodziłoby o inną dziewczynę to wiedział, że ta poradziłaby sobie sama, a interwencja ochrony byłaby ostatecznością jeśli facet byłby zbyt natrętny. Jeśli chodziło jednak o Irene... Spike znał jej przeszłość, wiedział, że taka sytuacja z tą dziewczyną może nie tyle skończyć się źle dla niej co dla faceta, który wtargnął na scenę. Dziewczyna w takich sytuacjach była nieprzewidywalna. Chęć ochrony siebie przejmowała nad nią kontrolę i nie zwracała uwagi czy to co robi jest rozsądne czy nie. Spike oczywiście nie martwił się konsekwencjami tylko o to, że pobity przez dziewczynę facet więcej nie wróci do klubu i nie wyda swoich pieniędzy w jego barze. A gdyby zażądał zwolnienia dziewczyny... nie mógł tego zrobić, była najlepsza i to właśnie dla niej przychodziła tu większość tych facetów. Była jego kopalnią pieniędzy.

Nie jest to zwykły klub nocny do którego przychodzi się zaspokoić swoje żądze. W tym klubie chodzi wyłącznie o dobry alkohol, miłe towarzystwo i przyjemne widoki. Nie przychodzi się tu dla dzikich orgii na zapleczu. Tu liczy się taniec za który dziewczyny dostają od podpitych kolesi nie małe pieniądze... Nie należy oddawać kury znoszącej złote jajka, prawda? Na szczęście mógł być pewien, że dziewczyna sama również nie zrezygnuje. Miała małe dziecko i za dużo obowiązków żeby pozwolić sobie na rzucenie jakby nie patrzeć dobrze płatnej pracy...

_____________________________________________________________________________\

Jeszcze raz chciałabym Wam podziękować za to, że jesteście i że jest Was coraz więcej. To jest naprawdę motywujące, jednak z drugiej strony czuję się beznadziejnie dodając takie niedorobione rozdziały.

Nie wiem po co, ale mam stronkę na fejsie, jeśli chcecie to możecie polubić, jak coś się tam ruszy to ułatwi mi to powiadamianie o nowych notkach, a jak nie to nie i tak będę hasać wesoło po Waszych blogach, bo na nich jest tak... MICHAELOWO :) jest to też po to, że jeśli chcielibyście coś wiedzieć, poznać się czy po prostu porozmawiać o czymkolwiek to tam jestem specjalnie dla Was :)


Dzięki Wam jeszcze raz.


LOVE

czwartek, 9 stycznia 2014

Rozdział czwarty.

Siemka, oddaję dzisiaj w Wasze ręce czwarty i ostatni rozdział tego opowiadania. Wcześniej pisałam Wam w jakich okolicznościach, te dwa opowiadania powstały więc zakończenie wygląda... no jak wygląda. Ale patrząc od początku... chyba takie właśnie było założenie "Koncertu" od samego początku. Rozdział dodaję po wielu bojach z komputerem, który uznał, że wszystko ma w... dysku twardym i jego nie obchodzi, że ja mam dodać, że chcę. Że MOŻE ktoś na to czeka. Nie. Po prostu ma focha z przytupem, melodyjką i odrzuceniem włosów do tyłu i NIE. Jednak walczyłam z nim od wczoraj i gra. Mam nadzieję, że pozwoli mi chociaż to skończyć, dodać i odebrać maila na którego czekam już kilka dni.
Jeśli chodzi o kolejne opowiadanie, a właściwie miniaturkę, to z nim trochę się wyłamię z tego schematu "co drugi dzień", ponieważ w niedzielę mam dwa egzaminy do których musiałabym się jednak pouczyć, plus dodatkowo ostatnio przechodzę raczej trudny okres z którym muszę się uporać. Myślę, że spokojnie w poniedziałek lub w najgorszym przypadku we wtorek opowiadanie się pojawi. Jest to miniaturka wiec załatwię je jednym szybkim rozdziałem, jednak jako, że pisane to było dosyć dawno temu, kiedy przechodziłam dziwny bunt i ogólnie sama wszystko też miałam w dysku twardym, muszę poprawić błędy ortograficzne, językowe i wszystkie inne jakie się tam zadomowiły całkiem przytulnie i nie chcą odejść. Ale dobra. Tyle przynudzania ode mnie, a teraz zapraszam na ostatnią część tego koncertu...
_______________________________________________________________________________

Dni mijały, Michael kontynuował swoją trasę, a ja powoli wracałam do szarej rzeczywistości. Dalej jednak śledziłam wszystkie wieści na jego temat. Po pewnym czasie, jak to zazwyczaj bywa prasa przestała przeżywać koncert w Polsce. Przestali publikować wywiady z Kwiatkowskim, wypowiedzi Michaela i opis jego wizyty. Wróciły za to plotki o wybielaniu i oczernianie przez wymyślanie coraz to nowych dziwactw na jego temat.
Tak minęło kilka miesięcy...

Dobra właściwie minęło już półtora roku od ostatniego koncertu. Jest kwiecień 1997 roku, ja chodzę już do czwartej klasy technikum i w zeszłym miesiącu obchodziłam swoje dziewiętnaste urodziny. Niewiele się zmieniło przez ten czas. Moja miłość do Michaela Jacksona była równie silna. Ludzie dalej ślepo wierzyli plotkom, ale wyczułam różnicę w traktowaniu przez nich mojej osoby. Przełomowym momentem był wygrany przeze mnie konkurs taneczny w szkole, w którym zaprezentowałam układ do Smooth Criminal. W momencie wykonywania przeze mnie moonwalku na sali było zupełnie cicho, następnie zaś znalazłam się w centrum zainteresowania. Ludzie chcieli nauczyć się tego magicznego kroku, przez co spędzałam z nimi więcej czasu, dzięki czemu mnie lepiej poznali i zaakceptowali. Teraz stoję w kuchni i przygotowuję sobie śniadanie. Jak co rano słucham radia.
I po raz drugi podczas wykonywania tej czynności nóż wypadł mi z ręki gdy spiker powiedział, że najprawdopodobniej w przyszłym miesiącu do Polski po raz drugi zawita... Michael Jackson.

~*~

Maj. Ludzie szaleją. Michael przyjechał. A ja? Ja siedzę w domu. Nie mogłam się wyrwać. Co prawda rok szkolny dla maturzystów już się skończył, ale... czy ja właściwie chciałabym tam być? Chyba nie. Tłum rozwrzeszczanych ludzi. Michael gdzieś daleko ode mnie. Tak bardzo chciałabym znów go dotknąć, po raz kolejny przytulić, ułożyć głowę na jego ramieniu i wdychać ten słodki zapach jego perfum. Poczuć dotyk na włosach i usłyszeć jego kojący głos w uchu.
Marzenia. Sam Michael mnie już pewnie nie pamięta. Przecież miał na całym świecie miliony fanek. BA! On miał miliony fanów! Gdzie pamiętałby taką szarą mysz, która wtargnęła na scenę podczas koncertu...
A jednak żyła we mnie jakaś iskierka nadziei. A może jednak pamięta? Może jakby mnie zobaczył, uśmiechnąłby się do mnie i kazał swojemu ochroniarzowi przyprowadzić mnie do siebie? No w każdym bądź razie się tego nie dowiem, ponieważ ja siedzę u siebie w domu, na Śląsku, a on właśnie ląduje na lotnisku w Warszawie. Wszystko obserwuję w telewizji. Tak. Wysiada. Tłum zaczyna szaleć, dziewczyny mdleją. Michael podchodzi do barierek, głaszcze małą dziewczynkę po włosach, podpisuje zdjęcia, zeszyty, koszulki. Rozgląda się jakby kogoś szukał. Serce przestaje mi na chwilę bić. Umysł mówi: PAMIĘTA! A po chwili przychodzi wyjaśnienie. Szukał wzrokiem faceta, który miał go wyprowadzić z lotniska. Według dziennikarzy udał się do prezydenta omawiać ważną sprawę. Podejrzewają, że chce kupić tutaj dom oraz otworzyć wesołe miasteczko. Byłoby fajnie. Może częściej by nas odwiedzał? Eh... marzenia. Teraz tylko trzeba siedzieć i modlić się do wszystkich możliwych bóstw o to, żeby nasi kochani politycy nie spaprali...
Buddo...
Allahu...
Szatanie...
A jednak! Oni to potrafią człowiekowi poprawić humor, nie ma co. Nie wyrażono zgody. Dlaczego? Bo starsi ludzie tam spacerują z pieskami. Wściekła wyłączam telewizor, ostatnie słowa jakie słyszę to:
-Jackson wsiada do swojej limuzyny i udaje się w nieznanym kierunku...
-Ta. Jasne! - prychnęłam - pewnie poszedł się uchlać w najgorszej spelunie w tym kraju. Ja bym tak zrobiła w tym momencie pomimo mojej całkowitej abstynencji. Dobra. Michael nie pije. Ale to przecież dobry moment, żeby wpaść w nałóg, prawda? O tym jeszcze w telewizji nie było... A idę przygotować obiad bo rodzice zaraz wrócą... - mruczałam sama do siebie jak opętana.
Rodzice wrócili z pracy zdziwieni, że ja siedzę spokojna w domu podczas gdy mój idol fika sobie po Polsce. Ja się tylko uśmiechnęłam i wróciłam do pokoju. Puściłam sobie w radiu moją ulubioną kasetę i całkiem zatraciłam się w muzyce. Podczas Smooth Criminal wpadła do pokoju moja mama niezdrowo pobudzona. Właściwie to wpadła i wypadła, po czym zaczęła kogoś przepuszczać w drzwiach. Świetnie, jeszcze mi tylko gości dzisiaj brakowało...
Podniosłam się na łóżku i gdy zobaczyłam kto stoi w progu – zaniemówiłam. Stał tam, patrzył i uśmiechał się do mnie... Michael. Nie. Chyba coś przyćpałam, bo to nie możliwe... Muszę się dowiedzieć co to było, bo podobają mi się takie zwidy. Jedynie te zawroty głowy mogłyby odpuścić, w końcu to nie prawdziwy Jackson, no nie?
Musiałam mieć wyjątkowo głupią minę, bo Michael zachichotał.
-Hej. - Powiedział wciąż śmiejąc się na mój widok.
-T...to sen? Przyćpałam coś i mam majaki? Słuchałam muzyki i umarłam. Prawda? - spytałam w jego języku. Od naszego ostatniego spotkania sporo trenowałam. Tak... na wszelki wypadek.
-Jeśli tak, to śnimy ten sam sen – odpowiedział i uszczypnął mnie w rękę.
-Ałć! - syknęłam i mu oddałam. A on?! Zaczął się śmiać. - przepraszam... chciałam mocniej! - uśmiechnęłam się do niego złośliwie – Usiądź, proszę – powiedziałam, a on skorzystał z zaproszenia i nieśmiało usiadł na moim łóżku – co tutaj robisz? - spytałam.
-Szukałem cię – zaczerwienił się lekko, a ja zrobiłam wielkie oczy. Szukał mnie? MNIE?! A po jaką cholerę? Za chwilę dotarło do mnie coś innego. On mnie pamięta! Uśmiechnęłam się szeroko.
-Ej, nie śmiej się ze mnie! - oburzył się.
-Słodko wyglądasz jak się tak oburzasz – zaśmiałam się – poza tym ja się z ciebie nie śmieję, ja się uśmiecham. Co, mam chodzić smutna, że mój ukochany... - teraz to ja zaczęłam przypominać kolorem buraka - ...idol mnie odwiedził? - dokończyłam szybko z nadzieją, że nie zorientuje się co chciałam powiedzieć.
Popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem i też zaczął się czerwienić. Chyba mi nie wyszło.
-Strasznie tu... ciepło – powiedział ściągając kurtkę.
-Dlaczego mnie szukałeś? - spytałam patrząc na niego z ciekawością.
-Ponieważ mnie zaintrygowałaś wtedy, na koncercie. Nie dość, że wykorzystałaś sytuację wbiegając na scenę to potem stanęłaś i zachowywałaś się... tak zupełnie inaczej niż reszta dziewczyn, które zabieram na scenę. No wiesz, nie rzuciłaś mi się na szyję, nie zemdlałaś, tylko stałaś tam i patrzyłaś jakbyś była tak samo w szoku, że znalazłaś się na scenie jak ja – uśmiechnął się. On się ze mnie śmiał. No śmiał się ze mnie. Nie daruję!
-Nie śmiej się ze mnie! Byłam w szoku, że udało mi się tam dostać i nikt mnie nie spałował, co się dziwisz?! Jak chcesz to możemy zacząć nadrabiać to rzucanie się na szyję, robienie ci krzywdy i te inne. Tylko z mdleniem może być problem... ale jakoś to pokonamy, na przykład tak – w tym momencie zamachnęłam się na niego z poduchą i oberwał w głowę.
  • JEZU CHRYSTE! Uderzyłam Michaela Jacksona! No zamkną mn... - nie dokończyłam mojej jakże ujmującej wypowiedzi, ponieważ w tym momencie sama oberwałam poduszką! No szczyt, naprawdę! Będą mnie lać poduszkami w moim własnym domu!
  • -Ale masz śmieszną minę ha, ha, ha! - Michael siedział i dosłownie płakał ze śmiechu na widok mojej miny. Zauważyłam swoje odbicie w lustrze i... faktycznie wyglądałam zabawnie. Sama zaczęłam się dusić ze śmiechu.
Nagle szanowny pan idol przestał się śmiać i popatrzył na mnie poważnie.
-Pojedziesz ze mną do Neverland? - spytał.
-Ja? Jak? Gdzie? Kiedy? Po co? Dlaczego? Z kim? Po...
-Tak ty! Na razie samochodem na lotnisko, potem samolotem. Do Neverland, mojej posiadłości. Choćby zaraz. Chciałbym nagrać z tobą piosenkę. Ponieważ masz ładny głos i chciałbym go wykorzystać. Ze mną... - odpowiedział jednym tchem przerywając tym samym mój potok pytań. Patrzyłam na niego jak na kretyna. No jak. Ja? Śpiewać? Fakt. Kiedyś należałam do chóru, ale to było z dwadzieścia lat temu! No dobra dziesięć... ale mimo wszystko no. Nie, ja się nie zgadzam. Nie zgodzę się...
-To ja się może spakuję? - idiotka. No kretynka do kwadratu. Miałaś się nie zgadzać! Eh...Jak tylko zobaczyłam uśmiech na twarzy Michaela, złość na samą siebie jakoś mi przeszła i poczułam, że chyba jednak dobrze robię. MATKO. Dobrze. Robię ŚWIETNIE. Mój idol proponuje mi wyjazd z nim do niego, a ja się jeszcze zastanawiam. Zaczęłam się śmiać jak wariatka ze swojego szczęścia a MJ przyglądał mi się jakbym była lekko stuknięta, ale po chwili dołączył do mnie. W pewnym momencie dotarło do mnie, że będę musiała jeszcze poinformować rodziców. Fakt miałam już dziewiętnaście lat, ale mimo wszystko za miesiąc czekały mnie egzaminy zawodowe...
-Z twoją mamą już rozmawiałem. Zgodziła się. - no cholera w myślach mi czyta, czy jak?
-Kiedy?!
-No... jak słuchałaś piosenek tego całego... Jacksona... - uśmiechnął się, za co znów oberwał tylko tym razem bluzą, którą właśnie pakowałam.
-Ja tam go bardzo lubię – udałam oburzenie, ale jak zwykle moje zdolności aktorskie okazały się raczej marne i po chwili chichotałam na całego. Po paru minutach byłam spakowana. Do plecaka spakowałam jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Michael powiedział, że to wystarczy. Wyszliśmy do kuchni, gdzie pożegnałam się z rodzicami. Przed klatką schodową stałą limuzyna. Długa jak mój pokój. Wokół samochodu zebrał się pokaźny tłum dzieciarni z całego osiedla z zachwytem oglądających błyszczącą powierzchnię samochodu i próbujących zajrzeć przez szyby do środka. Podeszliśmy do samochodu, a Michael kucnął przy dzieciach, które wystraszyły się, że oberwie im się za zbliżanie do auta. Jednak Michael uśmiechnął się tylko do nich i spytał czy chcą obejrzeć wnętrze po czym otworzył drzwi na oścież i odsunął się od nich. Dzieci, jedno po drugim, wchodziły do samochodu i oglądały wszystko z zachwytem. MJ stał koło mnie z szerokim uśmiechem i z uwielbieniem patrzył na zachwycone dzieciaki. Po chwili wysiadły z samochodu i pobiegły na plac zabaw wciąż z wypiekami na twarzy zachwycając się odkryciami z samochodu.
-A widziałeś ile siedzeń?
-A ten barek?! Tyyyyyyyyle soków! U mnie w samochodzie takiego nie ma...
Zaczęliśmy się śmiać i Michael wpuścił mnie do środka. Nareszcie zrozumiałam o czym mówiły dzieci. Tutaj jest tak... niesamowicie. Wszystko jest takie wielkie, jasne i eleganckie. Nie to co w moim starym fiacie...
Samochód ruszył, a ja z Michaelem pogrążyliśmy się w rozmowie. Było naprawdę miło. Jednak w pewnym momencie poczułam szarpnięcie i wokół mnie zapanowała ciemność.
Słyszałam jakieś głosy. Rozróżniałam pikanie rożnych aparatur, głos mojej mamy, taty i kogoś jeszcze. Chciałam otworzyć oczy, ale moje powieki były tak strasznie ciężkie, że nie miałam sił się z nimi użerać. Czułam każdą część swojego ciała. Wszystko mnie bolało. Miałam nawet wrażenie, ze bolą mnie włosy. Zabawne. Starałam się skupić na czymś innym, żeby nie czuć bólu. Poczułam czyjąś ciepłą dłoń na policzku, a następnie na ręce. Nikt już się nie odzywał, ale wiedziałam, ze to moja mama. Chciałam się do niej odezwać, ale nie potrafiłam. Dobra skupiamy się dalej na czymś. Po pierwsze, co się stało? Gdzie jestem? Próbowałam wytężyć mózg i przypomnieć sobie co przed chwilą robiłam... A tak, miałam gdzieś z kimś jechać. Tylko gdzie? I z kim?
I w tym momencie wszystko wróciło na swoje miejsce.
Smooth Criminal.
Uśmiech.
Zawstydzenie.
Poduszka.
Śmiech.
Wiadomość.
Niedowierzanie.
Radość.
Bluza.
Pakowanie.
Pożegnanie.
Limuzyna.
Dzieci.
Michael.
Szarpnięcie.
Ciemność...

MICHAEL!
Jakaś siła pozwoliła mi w końcu otworzyć oczy, zobaczyłam nad sobą zapłakaną mamę. Była w szoku. Ja też. Znajdowałam się w szpitalu. Białe pomieszczenie, masa aparatur, igły powbijane w ręce. Ale to nie było teraz ważne. Najważniejszy był teraz ON!
-M...michael... - powiedziałam słabym głosem, a mama popatrzyła na mnie w szoku. Nagle wybiegła na korytarz, by po chwili wrócić z lekarzem, który zaczął mnie badać i zadawać mi dziwne pytania. Czy oni nie rozumieją, że ja chcę wiedzieć co z Michaelem? Mięliśmy wypadek! Jak on się czuje?
-Jak się nazywasz? - pytał po raz któryś ten facet w białym kitlu.
-Co jest z Michaelem? Jak on się czuje? Niech pan mi powie! - błagałam lekarza nie zwracając uwagi na jego pytanie. Popatrzyli na siebie z moją mamą. Oboje byli w szoku.
-Córeczko, to nie jest teraz ważne. Teraz najważniejsze jest żebyś wyzdrowiała.
-Do cholery, co z nim? - spytałam szeptem, ponieważ na więcej nie miałam siły. Próbowałam usiąść, ale lekarz mnie przytrzymał.
-Niech pani jej powie – odpowiedział i wyszedł zostawiając nas same.
-Kochanie, Michael nie żyje – odpowiedziała mama nie patrząc mi w oczy, jednak uważając, żeby mnie złapać w razie jeśli chciałabym wstać.
-Jak to nie żyje?! Nie mogliście go ratować? Przecież mogliście mnie zostawić i ratować jego! - gdybym mogła krzyknęłabym, jednak w tym momencie mogłam tylko szeptać.
-Córeczko, my nie mięliśmy na to wpływu. Kochanie. On zmarł u siebie. Jak my mięliśmy go ratować? - odpowiedziała szybko mama. Aparatura wskazująca pracę mojego serca przyspieszyła.
Ale zaraz. Jak to u siebie?
-Jak to u siebie? Przecież on dopiero co przyjechał do Polski – powiedziałam.
-Przyjechał skarbie, ale ostatni raz w dziewięćdziesiątym siódmym. A my mamy czerwiec 2009. Dokładnie dwudziesty szósty. - odpowiedziała mama patrząc na mnie jakbym była obłąkana.
Czerwiec?
2009? Nagle z torebki mamy dobiegł dźwięk mojego telefonu.
2000 watts.
Przypomniał mi się początek mojej historii...

Jest rok 2009. Piękny, słoneczny dzień. Czerwiec. Jak zawsze biegnę z empetrójką na autobus. Znów się spóźniłam! W rękach trzymam książki, które pospiesznie próbuję schować do torby. W pewnym momencie zaczyna mi się wydawać, że coś jest nie tak. Wszystko dzieje się w zwolnionym tępie. Widzę na chodniku kobietę, coś do mnie krzyczy, ale ja nie słyszę co. Następnie czuję, że coś we mnie uderzyło. Nie zdążyłam nawet poczuć bólu. Pochłonęła mnie ciemność...*

Opadłam na poduszki i zaczęłam płakać. Straciłam go. Na dwa sposoby. Ból jaki poczułam był nie do zniesienia. Był on tak silny, że zagłuszył ból fizyczny. Zaczęłam krzyczeć i wyrywać sobie wszystkie igły z rąk. Wbiegła pielęgniarka, a za nią lekarz. Mama z pielęgniarką mnie przytrzymywały, a lekarz wbijał mi igłę w rękę i wpuszczał w nią jakiś płyn. Dziwne gorąco rozeszło się po moim ciele. Nagle poczułam spokój. Nadal płakałam, ale już nie rzucałam się po łóżku i nie krzyczałam. Byłam uwięziona we własnej głowie.
Cierpiałam w ciszy.
Moje marzenia o koncercie życia, którym żyłam przez ostatnie miesiące legły w gruzach. Zostaną mi po nich tylko bilety na jeden z ostatnich pięćdziesięciu koncertów Michaela Jacksona.
Znalazłam w telefonie zdjęcie Michaela z rozłożonymi rękami i wpatrując się w nie wyszeptałam:

-Michael, a ja teraz podbiegnę i cię obejmę, a ty mnie przytul z całej siły i zabierz ze sobą...

_____________________________________________________________________________

Przyznam się Wam, że ta część była dla mnie najtrudniejsza. Nawet podczas przepisywania.
Dziękuję za dotarcie do końca...
3xff#f00000xhx#000000xhx#ffffffxff2xffMichaelxfxxfxJacksonxfxxfxMJxfxxfx♬ xfxxfx❤xfxxfx♥xff15xff100xff90xff5xff15xff50xff0