Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uśmiech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uśmiech. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 lutego 2014

Miniaturkowa pierdoła #1

Siema!
Dawno mnie nie było i w ogóle, ale już się nie będę więcej tłumaczyć, bo jeszcze się pogrążam. W ramach przeprosin dodaję dzisiaj TO. "Miniaturkową pierdołę" numer jeden. Jest to miniaturka. Taka pierdoła. Mogą się pojawiać często - jak mam głupawkę, albo jest jakaś szczególna okazja, jak dzisiaj.
Chciałabym Wam z całego serca podziękować za te ponad tysiąc wejść. Motywujecie mnie tym strasznie. Wiem, że mam dla kogo pisać. Wiem, że ktoś tu wchodzi. Wiem, że jesteście. Nabitych zostało do dzisiaj też 91 komentarzy. Niektóre są też moje, bo tutaj nie da się niestety wyłączyć liczenia swoich, ale za nie również chciałabym Wam podziękować. Cieszę się, że jesteście, naprawdę!
_____________________________________________________________________________
Siedziałam spokojnie wieczorem na kanapie, popijając gorącą czekoladę i czytając notatki na egzamin, gdy nagle drzwi do pokoju otwarły się i uderzyły rykoszetem w ścianę, a w progu stał ciemnowłosy mężczyzna z taką miną,że od razu do głowy przyszły mi same najgorsze myśli. Wstałam i podeszłam powoli do mężczyzny zaniepokojona jednak on stał dalej, blady na twarzy i wpatrywał się w przestrzeń nie zwracając na mnie zupełnie uwagi. Nie żebym była kimś ważnym, ale cholera to się jeszcze nie zdarzało, żeby mnie tak ignorował!

- Boże, Michael co się stało?! - wrzasnęłam tak, że z pewnością obudziłam całą okolicę.
 Mężczyzna spojrzał w końcu na mnie nieprzytomnym wzrokiem i uśmiechnął się blado.

- Miałem ponad tysiąc wejść... - wyszeptał. Spojrzałam na niego jak na człowieka chorego umysłowo.

- Jakie tysiąc? O czym ty za przeproszeniem pierdzielisz?

- Na bloga, rozumiesz? Ponad tysiąc! - zaczął mówić z każdą chwilą głośniej z rosnącym przejęciem.

- Znowu wciągałeś coś, co ci Slash podsunął pod nos? Tyle razy ci mówiłam żebyś od tego ćpuna nawet cukierka nie brał, bo znając jego to pewnie jakieś tabletki gwałtu czy jeszcze coś innego! - zdenerwowałam się nie na żarty i zaczęłam dokładnie zaglądać w oczy Michaela.
Mężczyzna zaczął cicho chichotać, a po chwili rżał już jak koń z astmą. Dusząc się ze śmiechu opowiedział mi dokładnie o co chodzi.

- Kornelia, Nelly, Nelluś słuchaj, bo ja bloga założyłem. Z opowiadaniami.

- O czym niby? - spytałam, patrząc na niego jak na uciekiniera z wariatkowa. Mike zarumienił się i wymamrotał coś pod nosem. - Co mówisz? Nie zrozumiałam...

- O mnie. I fankach. Wymyślonych oczywiście, ale wiesz... wielka miłość i te sprawy... - powiedział czerwieniąc się jeszcze bardziej, a ja w tym momencie nie wyrobiłam. Parsknęłam śmiechem tak mocno, że straciłam równowagę i po chwili znalazłam się na dywanie.

- I co? Piszesz opowiadanie... - zachichotałam - … o sobie i tych fankach. I co? Podpisujesz się „Wasz kochany Michaelek”? - parsknęłam.

- Nie... Głupia jesteś. Invincible jestem. - powiedział, po czym dodał cicho – Irene Invincible... - w tym momencie nie wyrobiłam już zupełnie.

- Michael, ty stary koniu! Nie masz co robić? To BOOM zrób. Wróć do fanów, bo widzę, że już ci porządnie odwala na tej twojej emeryturce. Zamiast udawać, że nie żyjesz i bawić się w „blogerkę” wziąłbyś się za koncertowanie. Sama chętnie bym to zobaczyła!

- Wiesz, że nie mogę... poza tym... mam już ponad tysiąc wejść rozumiesz? Rozwijam się! Biznesy robię!

- Chyba sam sobie w kółko wchodzić na tego bloga, żeby tyle tego nabić.

- Wiesz co, ty to nic nie rozumiesz! - krzyknął Michael i wyszedł z pokoju. W progu odwrócił się jeszcze na chwilę, żeby pokazać mi język, a następnie podskakując poszedł w nieznanym mi kierunku.

Pisarz od siedmiu boleści...
_____________________________________________________________________________

Powstało to w połowie dzisiaj w autobusie, a w połowie w pracy. Chyba byłam za bardzo przyćpana smrodem z popcornic, albo solą do popcornu, że takie rzeczy mi wpadały do głowy, no ale cóż zrobić. :)

sobota, 25 stycznia 2014

Uciekinierka 1.

Hejka!
Czas na coś nowego. Nie wiem co to. Powstawało podczas bezsennych nocy. Właściwie podczas jednej takiej bezsennej nocy powstał sam początek. Reszta doszła dzisiaj. Miało być coś innego, ale z tamtym siedzę w martwym punkcie więc daję Wam to. Mam nadzieję, że się spodoba. Nie wiem co z tego wyjdzie, nie wiem jak długie to będzie. Nic nie wiem. Ale wiem, że pokochałam Annie i chciałabym taką swoją już mieć. Serio :D
Jeśli chodzi o Anię to prosiłabym zignorować błędy w jej wypowiedziach, niestety chwilowo ma taki styl. Sama się namęczyłam nad jej wypowiedziami najbardziej bo dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że piszę poprawnie i musiałam wracać, zmieniać. Sprawdzać, znów zmieniać. No masakra. Ale już nie marudzę. Miłego czytania!

________________________________________________________________________________

Mężczyzna otworzył drzwi do swojej posiadłości i spostrzegł na bujanym fotelu na werandzie małą, słodką dziewczynkę w niebieskiej sukieneczce i dwoma kitkami na czubku głowy. Miała nie więcej niż trzy latka. Machała nóżkami i patrzyła ufnym wzrokiem w jego stronę.

- Hej maluszku, a co ty tu robisz? - spytał zaprasząjac ją gestem do swojego domu, na dworze robiło się chłodno i nie chciał, żeby ta mała istotka się przeziębiła.

- Ej, ja nie jeśtem juś mała! Mama mi poźwala siedzieć na fotelu dla duzych.

- Oh. OK. Duża. To skąd się tu wzięłaś, co? Gdzie twoi rodzice?

- Nie wiem. Mamusia posła do pracy i wluci dopjelo jutlo. Ja byłam z babcią ale ona śpi, a mi się nudziło.

- A tatuś?

- Tatuś to osoba któlą kocha mamusia. Oh! Cyli ty jesteś moim tatusiem – krzyknęła dziwczynka z taką radością, jakby właśnie rozgryzła zagadkę, która męczyła ją od dawna.

Michaela zatkało. Ta mała istotka była tak urocza, że żałował, że to co mówi nie jest prawdą. Jednak coś mu w niej nie pasowało. No jak to on jest jej ojcem. Kolejna Billie Jean czy jak?

- Kochanie, ale ja nie mogę być twoim tatusiem, skąd taki pomysł?

- Oj no mówiłam ci jus. Bo mamusia cię kocha. Psecies sama słysałam jak patsyła na twoje zdjęcia i mówiła ze cię kocha i ze skoda ze jesteś jej niejejajnym. Nielelajnym mazeniem. Oj no wies...

- Nierealnym marzeniem?

- Nooo psecies mówię. A co to znacy?

Mike zachichotał. Ta mała była naprawdę rozkoszna. Ale wiedział, że musi z niej wyciągnąć skad tu przyszła i odstawić ją jak najszybciej do domu. W końcu jej bliscy na pewno się niepokoją...

- To oznacza, że jestem jej fantazją. Ale czy ja ci, kurczaku wyglądam na fantazję? Na kogoś kto nie istnieje?

- Niee... - odpowiedziała dziewczyna i w tym momencie w pomieszczeniu rozległ się odgłos burczenia w jej malutkim brzuszku. - tatusiu... jestem głodna.

- Właśnie słyszę, chodź coś trzeba z tym zrobić. - Odpowiedział Michael i zabrał dziewczynkę do kuchni.

Smiley postanowił, że na razie nie będzie próbował nic wyjaśnić bo to i tak nic nie da. Zadzwoni do ochroniarza żeby on zajał się tą sprawą, a on sam zajmie się małą – dużą istotką żeby się nie nudziła. Michael nie sądził, że kiedykolwiek jakieś obce dziecko wkradnie się do jego serca w ciągu zaledwie dziesięciu minut.

~*~

- Mamo, jak to zniknęła?! Jak dwulatka mogła zniknąć będąc pod twoją opieką! No co, ubrała się i wyszła? A ty tego nie zauważyłaś?! Cholera, wezwałaś chociaż policję? Przecież coś jej się mogło stać, ktoś ją mógł porwać. Boże, nawet nie chcę myśleć o tym gdzie ona teraz jest i co się z nią dzieje... - dziewczynie załamał się głos i rozpłakała się na dobre.

- Kochanie, zgłosiłam to już na policję. Wszyscy jej szukają. Przepraszam, naprawdę nie wiem jak to się mogło stać. Nie martw się, na pewno ją znajdziemy. Pewnie schowała się gdzieś koło domu i dobrze się bawi, że wszyscy jej szukają...

- Mamo, ona ma dwa latka, ledwo potrafi wysiedzieć na dziesięciominutowej dobranocce, a tobie się wydaje, że tyle godzin przesiedziała w jednym miejscu mając dobry ubaw z naszego przerażenia?! Czy ty siebie słyszysz?!

- Irene, proszę nie denerwuj się. Zobaczysz wszystko będzie dobrze. Idź odpocznij w końcu niedawno wróciłaś z nocki, jesteś pewnie zmęczona.

- W dupie to mam! Idę jej szukać, przecież nie będę bezczynnie siedzieć podczas gdy moja córka błądzi po mieście! CAŁĄ NOC, CZY WY JESTEŚCIE NIENORMALNI, ŻE JEJ JESZCZE NIE ZNALEŹIŚCIE?! PRZECIEŻ ONA MUSI BYĆ PRZERAŻONA!! - dziewczyna wyszła z domu trzaskając drzwiami. Wyciągnęła telefon i wybrała numer do szefa.

- Halo, Spike. Nie będzie mnie dzisiaj w pracy. Nie, nie dam rady, moja córka zaginęła muszę ją znaleźć. Nie wiem, weź kogoś innego, odpracuję jak tylko ją znajdę obiecuję. W końcu sama też potrzebuję tej kasy. Ok. Na razie. - rozłączyła się i ruszyła wzdłuż ulicy szukając swojego aniołka.

- Annie, mam nadzieję, że nic ci się nie stało skarbie...

~*~

- OH! - coś ciężkiego uwaliło się na brzuch Michaela. Jakby miał psa bądź kota nie byłby zdziwiony, a tutaj przeżył jednak lekki szok. Jednak gdy zobaczył burzę blond loczków szybko uświadomił sobie kto po nim skacze. - Cześć aniołku, jak się spało?

- Dobze. Wies, ze mamusia tes tak do mnie mówi? Tlochę się za nią stęskniłam... - posmutniała dziewczynka.

- Hej, nie bądź smutna, niedługo zobaczysz się z mamusia. Jak tu kruszynko w ogóle masz na imię co?

- Annie.

- Ślicznie. A może powiesz mi czy wiesz jak tu przyszłaś i jak wrócić do domku, co?

- Nie pamiętam. Jechałam autobuseeeeeeeeeeem i tam było dużo ludzi. I mijałam dzewka, domki. I nawet klówki były!

- Oh, no nie martw się, znajdziemy twoją mamusię – Michael przytulił dziewczynkę po czym zabrał ją na dół i nakarmił.

Ochroniarzom nic nie udało się jeszcze ustalić jednak Michael nie tracił nadziei, że w końcu znajdą mamę Annie. Szczerze miał ochotę nawrzeszczeć na tę nieodpowiedzialną kobietę. Jak można tak zostawić małe dziecko? Jak można je zgubić i jeszcze nie próbować go odnaleźć! Nie był w stanie tego zrozumieć. Tym bardziej, że mała Annie wydawała się naprawdę rozkosznym dzieckiem, które jest zadowolone ze swojego życia. Czy to możliwe, żeby ta jej „kochana mamusia” mogła się nie przejąć zniknięciem dziewczynki? Może wróciła z pracy i nawet nie zauważyła braku dziecka? To co z niej za matka...

Przemyślenia Michaela przerwał cichy głosik dziewczynki.

- Tatusiu, mozemy się pobawić w coś? Nuuuudzi mi sięęęę...

- Jasne skarbie, a w co byś chciała się pobawić? - Michael już wczorajszego wieczoru przestał nakłaniać dziewczynkę, żeby przestała się do niego zwracać „tato”, była małym uparciuchem...

- W zgadywanki! - krzyknęła dziewczynka i pobiegła do salonu gdzie rozłożyła się wygodnie w fotelu i czekała na swojego tymczasowego opiekuna.

Tak zleciał im czas aż do południa, kiedy to ochroniarz Michaela przyniósł wiadomość, że policja szuka małej i zdobył informacje gdzie ją zawieźć.
Mężczyzna sam odwiózł dziewczynkę do domu, po długim pożegnaniu z Michaelem i przyrzeczeniu, że jeszcze się spotkają. Smiley nie postanowił nie jechać przede wszystkim ze względów bezpieczeństwa, ale nie był też pewien za siebie, czy nie naubliżałby po raz pierwszy w życiu kobiecie, za to, że jest taką nieodpowiedzialną matką.

Michael trafił kiedyś na pewien cytat polskiego autora.

„Nagle tak cicho zrobiło się w moim życiu bez ciebie...”

Nie rozumiał wtedy dokładnie co mógł czuć wypowiadający je człowiek, ale teraz to zrozumiał. Po zaledwie dniu spędzonym z tą maleńką istotką, teraz gdy wyjechała czuł ogarniającą go pustkę...

~*~

Po całonocnych poszukiwaniach Irene zaczęła tracić już nadzieje. Wiedziała, że nie powinna się poddawać, ale sprawdziła już wszystkie możliwe miejsca gdzie dziewczynka mogła pójść sama. Przecież to dopiero dwuletnie dziecko, nie maratończyk. Nie mogła zajść nawet do połowy tego co sprawdziła,a co dopiero dalej. Zrezygnowana wróciła pod dom, usiadła na krawężniku i zaczęła płakać. Jej córka. Jej kochane maleństwo. Jej malutka Ania...

Nagle przed nią zatrzymał się czarny samochód, dziewczyna szybko głowę gdy usłyszała radosny krzyk swojej pociechy.

- MAMUSIU!

- Boże Annie, gdzieś ty była!

- Mamusiu byłam u tatusia – powiedziała radośnie dziewczynka, a serce Irene stanęło na chwilę po usłyszeniu tych słów. Niepewnie spojrzała w stronę samochodu, jednak odetchnęła kiedy wysiadł z niego kierowca i nie był nim na szczęście ojciec dziewczynki. W końcu skąd on by się tu miał wziąć. Przecież od roku siedział w więzieniu...

- Oh, kochanie. Tak bardzo się martwiłam, nie rób mi tego więcej. Dlaczego wyszłaś sama z domu?

- Bo babcia śpała a ja nie ściałam jej obudzić, a tak baldzo mi się nudziłoooo...


Irene odetchnęła z ulgą podziękowała mężczyźnie który odwiózł jej córkę do domu. Chciała zaprosić go na kawę jednak mężczyzna powiedział, że musi wracać do pracy, wziął jedynie od młodej kobiety numer telefonu, który w niego wmusiła z przyrzeczeniem, że jeśli będzie kiedykolwiek czegoś potrzebował to ma dać znać, a ona stanie na uszach byleby tylko mu pomóc. Weszła do domu i upewniwszy się, że jej córka jest cała i zdrowa położyła młodą spać i sama również zasnęła obok niej... To był naprawdę długi dzień dla Irene jednak zdenerwowanie dało się we znaki. Co chwilę budziła się w nocy i sprawdzała czy jej kruszynka wciąż leży obok. Nad ranem zrezygnowała z dalszego snu i zaczęła rozmyślać o swoim życiu. Była młodą, dwudziestodwuletnią kobietą. Miała dwuletnią córkę, która była całym jej życiem. Studiowała dziennikarstwo a nocami pracowała w klubie żeby niczego jej szkrabowi nie zabrakło. Nie mogła narzekać. Praca nie była tą wymarzoną, ale jakoś sobie trzeba było radzić. W opiece nad córką pomagała jej mama, a babcia Annie. Z ojcem dziewczynki nie utrzymywała kontaktu. Jedyną dobrą rzeczą jaką kiedykolwiek zrobił w swoim żywocie było danie jej córki...

_________________________________________________________________________________

Na koniec. Komentarz mojej siostry jak przeczytałam jej fragment rozmowy Annie i Michaela:
"to nie może być twoje, bo jakieś takie za mądre". OK. WIARA WE MNIE <3

I chciałabym Was prosić z całego serca, jeśli wchodzicie tutaj, a piszecie coś swojego to proszę, a wręcz BŁAGAM zostawcie mi namiary na swoje opowiadania. Jestem jak ten narkoman bez możliwości dania sobie w żyłę, bo jeśli chodzi o to co czytam to muszę męczyć się czekając na nowe notki, a nic nowego nie umiem znaleźć i po prostu rozsadza mnie z braku fanfików!

Chociaż z drugiej strony nic mnie nie odciąga od nauki...
Ale ja chcę żeby mnie coś odciągało!

Dobra.
Nie ględzę już xD

czwartek, 9 stycznia 2014

Rozdział czwarty.

Siemka, oddaję dzisiaj w Wasze ręce czwarty i ostatni rozdział tego opowiadania. Wcześniej pisałam Wam w jakich okolicznościach, te dwa opowiadania powstały więc zakończenie wygląda... no jak wygląda. Ale patrząc od początku... chyba takie właśnie było założenie "Koncertu" od samego początku. Rozdział dodaję po wielu bojach z komputerem, który uznał, że wszystko ma w... dysku twardym i jego nie obchodzi, że ja mam dodać, że chcę. Że MOŻE ktoś na to czeka. Nie. Po prostu ma focha z przytupem, melodyjką i odrzuceniem włosów do tyłu i NIE. Jednak walczyłam z nim od wczoraj i gra. Mam nadzieję, że pozwoli mi chociaż to skończyć, dodać i odebrać maila na którego czekam już kilka dni.
Jeśli chodzi o kolejne opowiadanie, a właściwie miniaturkę, to z nim trochę się wyłamię z tego schematu "co drugi dzień", ponieważ w niedzielę mam dwa egzaminy do których musiałabym się jednak pouczyć, plus dodatkowo ostatnio przechodzę raczej trudny okres z którym muszę się uporać. Myślę, że spokojnie w poniedziałek lub w najgorszym przypadku we wtorek opowiadanie się pojawi. Jest to miniaturka wiec załatwię je jednym szybkim rozdziałem, jednak jako, że pisane to było dosyć dawno temu, kiedy przechodziłam dziwny bunt i ogólnie sama wszystko też miałam w dysku twardym, muszę poprawić błędy ortograficzne, językowe i wszystkie inne jakie się tam zadomowiły całkiem przytulnie i nie chcą odejść. Ale dobra. Tyle przynudzania ode mnie, a teraz zapraszam na ostatnią część tego koncertu...
_______________________________________________________________________________

Dni mijały, Michael kontynuował swoją trasę, a ja powoli wracałam do szarej rzeczywistości. Dalej jednak śledziłam wszystkie wieści na jego temat. Po pewnym czasie, jak to zazwyczaj bywa prasa przestała przeżywać koncert w Polsce. Przestali publikować wywiady z Kwiatkowskim, wypowiedzi Michaela i opis jego wizyty. Wróciły za to plotki o wybielaniu i oczernianie przez wymyślanie coraz to nowych dziwactw na jego temat.
Tak minęło kilka miesięcy...

Dobra właściwie minęło już półtora roku od ostatniego koncertu. Jest kwiecień 1997 roku, ja chodzę już do czwartej klasy technikum i w zeszłym miesiącu obchodziłam swoje dziewiętnaste urodziny. Niewiele się zmieniło przez ten czas. Moja miłość do Michaela Jacksona była równie silna. Ludzie dalej ślepo wierzyli plotkom, ale wyczułam różnicę w traktowaniu przez nich mojej osoby. Przełomowym momentem był wygrany przeze mnie konkurs taneczny w szkole, w którym zaprezentowałam układ do Smooth Criminal. W momencie wykonywania przeze mnie moonwalku na sali było zupełnie cicho, następnie zaś znalazłam się w centrum zainteresowania. Ludzie chcieli nauczyć się tego magicznego kroku, przez co spędzałam z nimi więcej czasu, dzięki czemu mnie lepiej poznali i zaakceptowali. Teraz stoję w kuchni i przygotowuję sobie śniadanie. Jak co rano słucham radia.
I po raz drugi podczas wykonywania tej czynności nóż wypadł mi z ręki gdy spiker powiedział, że najprawdopodobniej w przyszłym miesiącu do Polski po raz drugi zawita... Michael Jackson.

~*~

Maj. Ludzie szaleją. Michael przyjechał. A ja? Ja siedzę w domu. Nie mogłam się wyrwać. Co prawda rok szkolny dla maturzystów już się skończył, ale... czy ja właściwie chciałabym tam być? Chyba nie. Tłum rozwrzeszczanych ludzi. Michael gdzieś daleko ode mnie. Tak bardzo chciałabym znów go dotknąć, po raz kolejny przytulić, ułożyć głowę na jego ramieniu i wdychać ten słodki zapach jego perfum. Poczuć dotyk na włosach i usłyszeć jego kojący głos w uchu.
Marzenia. Sam Michael mnie już pewnie nie pamięta. Przecież miał na całym świecie miliony fanek. BA! On miał miliony fanów! Gdzie pamiętałby taką szarą mysz, która wtargnęła na scenę podczas koncertu...
A jednak żyła we mnie jakaś iskierka nadziei. A może jednak pamięta? Może jakby mnie zobaczył, uśmiechnąłby się do mnie i kazał swojemu ochroniarzowi przyprowadzić mnie do siebie? No w każdym bądź razie się tego nie dowiem, ponieważ ja siedzę u siebie w domu, na Śląsku, a on właśnie ląduje na lotnisku w Warszawie. Wszystko obserwuję w telewizji. Tak. Wysiada. Tłum zaczyna szaleć, dziewczyny mdleją. Michael podchodzi do barierek, głaszcze małą dziewczynkę po włosach, podpisuje zdjęcia, zeszyty, koszulki. Rozgląda się jakby kogoś szukał. Serce przestaje mi na chwilę bić. Umysł mówi: PAMIĘTA! A po chwili przychodzi wyjaśnienie. Szukał wzrokiem faceta, który miał go wyprowadzić z lotniska. Według dziennikarzy udał się do prezydenta omawiać ważną sprawę. Podejrzewają, że chce kupić tutaj dom oraz otworzyć wesołe miasteczko. Byłoby fajnie. Może częściej by nas odwiedzał? Eh... marzenia. Teraz tylko trzeba siedzieć i modlić się do wszystkich możliwych bóstw o to, żeby nasi kochani politycy nie spaprali...
Buddo...
Allahu...
Szatanie...
A jednak! Oni to potrafią człowiekowi poprawić humor, nie ma co. Nie wyrażono zgody. Dlaczego? Bo starsi ludzie tam spacerują z pieskami. Wściekła wyłączam telewizor, ostatnie słowa jakie słyszę to:
-Jackson wsiada do swojej limuzyny i udaje się w nieznanym kierunku...
-Ta. Jasne! - prychnęłam - pewnie poszedł się uchlać w najgorszej spelunie w tym kraju. Ja bym tak zrobiła w tym momencie pomimo mojej całkowitej abstynencji. Dobra. Michael nie pije. Ale to przecież dobry moment, żeby wpaść w nałóg, prawda? O tym jeszcze w telewizji nie było... A idę przygotować obiad bo rodzice zaraz wrócą... - mruczałam sama do siebie jak opętana.
Rodzice wrócili z pracy zdziwieni, że ja siedzę spokojna w domu podczas gdy mój idol fika sobie po Polsce. Ja się tylko uśmiechnęłam i wróciłam do pokoju. Puściłam sobie w radiu moją ulubioną kasetę i całkiem zatraciłam się w muzyce. Podczas Smooth Criminal wpadła do pokoju moja mama niezdrowo pobudzona. Właściwie to wpadła i wypadła, po czym zaczęła kogoś przepuszczać w drzwiach. Świetnie, jeszcze mi tylko gości dzisiaj brakowało...
Podniosłam się na łóżku i gdy zobaczyłam kto stoi w progu – zaniemówiłam. Stał tam, patrzył i uśmiechał się do mnie... Michael. Nie. Chyba coś przyćpałam, bo to nie możliwe... Muszę się dowiedzieć co to było, bo podobają mi się takie zwidy. Jedynie te zawroty głowy mogłyby odpuścić, w końcu to nie prawdziwy Jackson, no nie?
Musiałam mieć wyjątkowo głupią minę, bo Michael zachichotał.
-Hej. - Powiedział wciąż śmiejąc się na mój widok.
-T...to sen? Przyćpałam coś i mam majaki? Słuchałam muzyki i umarłam. Prawda? - spytałam w jego języku. Od naszego ostatniego spotkania sporo trenowałam. Tak... na wszelki wypadek.
-Jeśli tak, to śnimy ten sam sen – odpowiedział i uszczypnął mnie w rękę.
-Ałć! - syknęłam i mu oddałam. A on?! Zaczął się śmiać. - przepraszam... chciałam mocniej! - uśmiechnęłam się do niego złośliwie – Usiądź, proszę – powiedziałam, a on skorzystał z zaproszenia i nieśmiało usiadł na moim łóżku – co tutaj robisz? - spytałam.
-Szukałem cię – zaczerwienił się lekko, a ja zrobiłam wielkie oczy. Szukał mnie? MNIE?! A po jaką cholerę? Za chwilę dotarło do mnie coś innego. On mnie pamięta! Uśmiechnęłam się szeroko.
-Ej, nie śmiej się ze mnie! - oburzył się.
-Słodko wyglądasz jak się tak oburzasz – zaśmiałam się – poza tym ja się z ciebie nie śmieję, ja się uśmiecham. Co, mam chodzić smutna, że mój ukochany... - teraz to ja zaczęłam przypominać kolorem buraka - ...idol mnie odwiedził? - dokończyłam szybko z nadzieją, że nie zorientuje się co chciałam powiedzieć.
Popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem i też zaczął się czerwienić. Chyba mi nie wyszło.
-Strasznie tu... ciepło – powiedział ściągając kurtkę.
-Dlaczego mnie szukałeś? - spytałam patrząc na niego z ciekawością.
-Ponieważ mnie zaintrygowałaś wtedy, na koncercie. Nie dość, że wykorzystałaś sytuację wbiegając na scenę to potem stanęłaś i zachowywałaś się... tak zupełnie inaczej niż reszta dziewczyn, które zabieram na scenę. No wiesz, nie rzuciłaś mi się na szyję, nie zemdlałaś, tylko stałaś tam i patrzyłaś jakbyś była tak samo w szoku, że znalazłaś się na scenie jak ja – uśmiechnął się. On się ze mnie śmiał. No śmiał się ze mnie. Nie daruję!
-Nie śmiej się ze mnie! Byłam w szoku, że udało mi się tam dostać i nikt mnie nie spałował, co się dziwisz?! Jak chcesz to możemy zacząć nadrabiać to rzucanie się na szyję, robienie ci krzywdy i te inne. Tylko z mdleniem może być problem... ale jakoś to pokonamy, na przykład tak – w tym momencie zamachnęłam się na niego z poduchą i oberwał w głowę.
  • JEZU CHRYSTE! Uderzyłam Michaela Jacksona! No zamkną mn... - nie dokończyłam mojej jakże ujmującej wypowiedzi, ponieważ w tym momencie sama oberwałam poduszką! No szczyt, naprawdę! Będą mnie lać poduszkami w moim własnym domu!
  • -Ale masz śmieszną minę ha, ha, ha! - Michael siedział i dosłownie płakał ze śmiechu na widok mojej miny. Zauważyłam swoje odbicie w lustrze i... faktycznie wyglądałam zabawnie. Sama zaczęłam się dusić ze śmiechu.
Nagle szanowny pan idol przestał się śmiać i popatrzył na mnie poważnie.
-Pojedziesz ze mną do Neverland? - spytał.
-Ja? Jak? Gdzie? Kiedy? Po co? Dlaczego? Z kim? Po...
-Tak ty! Na razie samochodem na lotnisko, potem samolotem. Do Neverland, mojej posiadłości. Choćby zaraz. Chciałbym nagrać z tobą piosenkę. Ponieważ masz ładny głos i chciałbym go wykorzystać. Ze mną... - odpowiedział jednym tchem przerywając tym samym mój potok pytań. Patrzyłam na niego jak na kretyna. No jak. Ja? Śpiewać? Fakt. Kiedyś należałam do chóru, ale to było z dwadzieścia lat temu! No dobra dziesięć... ale mimo wszystko no. Nie, ja się nie zgadzam. Nie zgodzę się...
-To ja się może spakuję? - idiotka. No kretynka do kwadratu. Miałaś się nie zgadzać! Eh...Jak tylko zobaczyłam uśmiech na twarzy Michaela, złość na samą siebie jakoś mi przeszła i poczułam, że chyba jednak dobrze robię. MATKO. Dobrze. Robię ŚWIETNIE. Mój idol proponuje mi wyjazd z nim do niego, a ja się jeszcze zastanawiam. Zaczęłam się śmiać jak wariatka ze swojego szczęścia a MJ przyglądał mi się jakbym była lekko stuknięta, ale po chwili dołączył do mnie. W pewnym momencie dotarło do mnie, że będę musiała jeszcze poinformować rodziców. Fakt miałam już dziewiętnaście lat, ale mimo wszystko za miesiąc czekały mnie egzaminy zawodowe...
-Z twoją mamą już rozmawiałem. Zgodziła się. - no cholera w myślach mi czyta, czy jak?
-Kiedy?!
-No... jak słuchałaś piosenek tego całego... Jacksona... - uśmiechnął się, za co znów oberwał tylko tym razem bluzą, którą właśnie pakowałam.
-Ja tam go bardzo lubię – udałam oburzenie, ale jak zwykle moje zdolności aktorskie okazały się raczej marne i po chwili chichotałam na całego. Po paru minutach byłam spakowana. Do plecaka spakowałam jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Michael powiedział, że to wystarczy. Wyszliśmy do kuchni, gdzie pożegnałam się z rodzicami. Przed klatką schodową stałą limuzyna. Długa jak mój pokój. Wokół samochodu zebrał się pokaźny tłum dzieciarni z całego osiedla z zachwytem oglądających błyszczącą powierzchnię samochodu i próbujących zajrzeć przez szyby do środka. Podeszliśmy do samochodu, a Michael kucnął przy dzieciach, które wystraszyły się, że oberwie im się za zbliżanie do auta. Jednak Michael uśmiechnął się tylko do nich i spytał czy chcą obejrzeć wnętrze po czym otworzył drzwi na oścież i odsunął się od nich. Dzieci, jedno po drugim, wchodziły do samochodu i oglądały wszystko z zachwytem. MJ stał koło mnie z szerokim uśmiechem i z uwielbieniem patrzył na zachwycone dzieciaki. Po chwili wysiadły z samochodu i pobiegły na plac zabaw wciąż z wypiekami na twarzy zachwycając się odkryciami z samochodu.
-A widziałeś ile siedzeń?
-A ten barek?! Tyyyyyyyyle soków! U mnie w samochodzie takiego nie ma...
Zaczęliśmy się śmiać i Michael wpuścił mnie do środka. Nareszcie zrozumiałam o czym mówiły dzieci. Tutaj jest tak... niesamowicie. Wszystko jest takie wielkie, jasne i eleganckie. Nie to co w moim starym fiacie...
Samochód ruszył, a ja z Michaelem pogrążyliśmy się w rozmowie. Było naprawdę miło. Jednak w pewnym momencie poczułam szarpnięcie i wokół mnie zapanowała ciemność.
Słyszałam jakieś głosy. Rozróżniałam pikanie rożnych aparatur, głos mojej mamy, taty i kogoś jeszcze. Chciałam otworzyć oczy, ale moje powieki były tak strasznie ciężkie, że nie miałam sił się z nimi użerać. Czułam każdą część swojego ciała. Wszystko mnie bolało. Miałam nawet wrażenie, ze bolą mnie włosy. Zabawne. Starałam się skupić na czymś innym, żeby nie czuć bólu. Poczułam czyjąś ciepłą dłoń na policzku, a następnie na ręce. Nikt już się nie odzywał, ale wiedziałam, ze to moja mama. Chciałam się do niej odezwać, ale nie potrafiłam. Dobra skupiamy się dalej na czymś. Po pierwsze, co się stało? Gdzie jestem? Próbowałam wytężyć mózg i przypomnieć sobie co przed chwilą robiłam... A tak, miałam gdzieś z kimś jechać. Tylko gdzie? I z kim?
I w tym momencie wszystko wróciło na swoje miejsce.
Smooth Criminal.
Uśmiech.
Zawstydzenie.
Poduszka.
Śmiech.
Wiadomość.
Niedowierzanie.
Radość.
Bluza.
Pakowanie.
Pożegnanie.
Limuzyna.
Dzieci.
Michael.
Szarpnięcie.
Ciemność...

MICHAEL!
Jakaś siła pozwoliła mi w końcu otworzyć oczy, zobaczyłam nad sobą zapłakaną mamę. Była w szoku. Ja też. Znajdowałam się w szpitalu. Białe pomieszczenie, masa aparatur, igły powbijane w ręce. Ale to nie było teraz ważne. Najważniejszy był teraz ON!
-M...michael... - powiedziałam słabym głosem, a mama popatrzyła na mnie w szoku. Nagle wybiegła na korytarz, by po chwili wrócić z lekarzem, który zaczął mnie badać i zadawać mi dziwne pytania. Czy oni nie rozumieją, że ja chcę wiedzieć co z Michaelem? Mięliśmy wypadek! Jak on się czuje?
-Jak się nazywasz? - pytał po raz któryś ten facet w białym kitlu.
-Co jest z Michaelem? Jak on się czuje? Niech pan mi powie! - błagałam lekarza nie zwracając uwagi na jego pytanie. Popatrzyli na siebie z moją mamą. Oboje byli w szoku.
-Córeczko, to nie jest teraz ważne. Teraz najważniejsze jest żebyś wyzdrowiała.
-Do cholery, co z nim? - spytałam szeptem, ponieważ na więcej nie miałam siły. Próbowałam usiąść, ale lekarz mnie przytrzymał.
-Niech pani jej powie – odpowiedział i wyszedł zostawiając nas same.
-Kochanie, Michael nie żyje – odpowiedziała mama nie patrząc mi w oczy, jednak uważając, żeby mnie złapać w razie jeśli chciałabym wstać.
-Jak to nie żyje?! Nie mogliście go ratować? Przecież mogliście mnie zostawić i ratować jego! - gdybym mogła krzyknęłabym, jednak w tym momencie mogłam tylko szeptać.
-Córeczko, my nie mięliśmy na to wpływu. Kochanie. On zmarł u siebie. Jak my mięliśmy go ratować? - odpowiedziała szybko mama. Aparatura wskazująca pracę mojego serca przyspieszyła.
Ale zaraz. Jak to u siebie?
-Jak to u siebie? Przecież on dopiero co przyjechał do Polski – powiedziałam.
-Przyjechał skarbie, ale ostatni raz w dziewięćdziesiątym siódmym. A my mamy czerwiec 2009. Dokładnie dwudziesty szósty. - odpowiedziała mama patrząc na mnie jakbym była obłąkana.
Czerwiec?
2009? Nagle z torebki mamy dobiegł dźwięk mojego telefonu.
2000 watts.
Przypomniał mi się początek mojej historii...

Jest rok 2009. Piękny, słoneczny dzień. Czerwiec. Jak zawsze biegnę z empetrójką na autobus. Znów się spóźniłam! W rękach trzymam książki, które pospiesznie próbuję schować do torby. W pewnym momencie zaczyna mi się wydawać, że coś jest nie tak. Wszystko dzieje się w zwolnionym tępie. Widzę na chodniku kobietę, coś do mnie krzyczy, ale ja nie słyszę co. Następnie czuję, że coś we mnie uderzyło. Nie zdążyłam nawet poczuć bólu. Pochłonęła mnie ciemność...*

Opadłam na poduszki i zaczęłam płakać. Straciłam go. Na dwa sposoby. Ból jaki poczułam był nie do zniesienia. Był on tak silny, że zagłuszył ból fizyczny. Zaczęłam krzyczeć i wyrywać sobie wszystkie igły z rąk. Wbiegła pielęgniarka, a za nią lekarz. Mama z pielęgniarką mnie przytrzymywały, a lekarz wbijał mi igłę w rękę i wpuszczał w nią jakiś płyn. Dziwne gorąco rozeszło się po moim ciele. Nagle poczułam spokój. Nadal płakałam, ale już nie rzucałam się po łóżku i nie krzyczałam. Byłam uwięziona we własnej głowie.
Cierpiałam w ciszy.
Moje marzenia o koncercie życia, którym żyłam przez ostatnie miesiące legły w gruzach. Zostaną mi po nich tylko bilety na jeden z ostatnich pięćdziesięciu koncertów Michaela Jacksona.
Znalazłam w telefonie zdjęcie Michaela z rozłożonymi rękami i wpatrując się w nie wyszeptałam:

-Michael, a ja teraz podbiegnę i cię obejmę, a ty mnie przytul z całej siły i zabierz ze sobą...

_____________________________________________________________________________

Przyznam się Wam, że ta część była dla mnie najtrudniejsza. Nawet podczas przepisywania.
Dziękuję za dotarcie do końca...
3xff#f00000xhx#000000xhx#ffffffxff2xffMichaelxfxxfxJacksonxfxxfxMJxfxxfx♬ xfxxfx❤xfxxfx♥xff15xff100xff90xff5xff15xff50xff0