Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cierpnienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cierpnienie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 marca 2014

Uciekinierka 3

Siemka. Oto Uciekinierka 3. Chociaż właściwie to uciekinierka 1/4. Nie jestem z tego dumna. Chociaż chciałam, żebyście trochę poznały Irene. Jest to krótkie i takie... nijakie. I nie ma Michaela. Mam nadzieję, że teraz się coś ruszy, bo już naprawdę przeholowałam z tym czasem oczekiwania na nową notkę. Właśnie dlatego też dodaję dzisiaj to-to. Bo dawno już obiecałam, a sama sobie obiecałam, że we wtorek na pewno coś dodam, więc dodaję to co mam. Mam nadzieję, że nie pośniecie.
Miłego czytania :)

______________________________________________________________________________



- Proszę nam opowiedzieć o pani problemie...


- To... ja może zacznę od początku. Nazywam się Irene. Mam dwadzieścia dwa lata, córkę dwulatkę, psa. Trafiłam tutaj przez problem, którego nie było już prawie trzy lata, jednak wrócił. Jak wszystko...

- Tak...? Opowiadaj dalej...

- Nigdy nie byłam zadowolona z siebie, buntowałam się przeciw wszystkiemu, rodzicom, nauczycielom, sobie. Nie uczyłam się, do tej pory nie wiem jak zdałam maturę i jakim cudem dostałam się na studia. Zaczęłam brać. Twierdziłam, że to dla rozluźnienia. Taka odskocznia od szarej rzeczywistości.

- I co się zmieniło?

- Wpadłam. Właściwie to... zostałam wykorzystana. Później pojawiła się moja córka. I moje życie... ono zmieniło się o trzysta sześćdziesiąt stopni...

~*~
Odkąd skończyłam 5 lat byłam niezależna. Rodzice zabiegani, ona miała nianię, którą bardziej interesował serial w tv niż ona. W wieku 6 lat umiała czytać i znała większość prostych przepisów z książki kucharskiej mamy. Umiała je w większym lub mniejszym stopniu wykonać. Później, gdy była starsza, starała się dobrze uczyć, żeby rodzice byli dumni, ale oni nie mięli czasu na dumę. Kiedy by nie przyszła do nich się pochwalić kolejną dobrą oceną czy wygraną w konkursie, olewali ją. Kazali nie przeszkadzać. Nie zabierać im cennego czasu z kontrahentami, telefonem i papierami. W końcu przestało jej zależeć. Znalazła przyjaciół. Starszych, którzy pokazali jej jak może żyć, dali jej pozorne szczęście i pozornie im na niej zależało. Zaczęła pić. Popalać papierosy. W szkole średniej częściej jej nie było niż była. Nie miał kto jej przypilnować, niania dawno przestała się nią zajmować, a rodzice dalej byli bardziej zajęci pracą niż własnym dzieckiem. Powiadomienia ze szkoły nigdy do nich nie docierały. Na telefony też znalazł się sposób. W końcu dali jej spróbować czegoś nowego. Mocniejszego niż alkohol. Dającego lepsze efekty. A w połączeniu... Idealne oderwanie od nieidealnego życia...
W końcu wszystko wymknęło jej się spod kontroli...
To było nieuniknione...


Była na haju. Nick podał jej coś nowego. Mocniejszego. Nie ogarniała co się wokół niej dzieje. Biegła przed siebie, uciekała i sama nie wiedziała przed czym. Ale wiedziała, że musi biec. Dać z siebie wszystko. Urojenia po narkotykach? Możliwe. Ale nie warto ryzykować. Biegnie. Łapie ją skurcz, ale nie poddaje się, słyszy przyspieszony oddech za plecami. Sapanie. Może tylko jej wyobraźnia? Przyspiesza. Popełnia błąd. Odwraca głowę. Potyka się. Już po niej. To już koniec.

Obudziła się trzy dni później, w szpitalu podłączona do wszystkich możliwych kroplówek. Nie było przy niej nikogo. Była sama - jak zawsze. W końcu kto by się przejmował głupią ćpunką. To jej wina, ona zniszczyła życie sobie i swojej rodzinie. A miała zostać lekarką, tak chciała mama...

Lekarze powiedzieli, że niedługo wyjdzie, że wszystko jest w porządku, że to się zdarza. Że ma się nie załamywać, nie poddawać. To minie.

Ale co?


Później się dowiedziała. Powiedzieli jej wszystko. Było jej obojętne to co jej zrobili. Tak bardzo opanowana? Nie, to nie to. To depresja. Ładowali w nią masę leków. Nie wiedzieli, że ona już dawno jest uodporniona na takie małe dawki? Jeszcze do niedawna brała wszystko, co wpadło jej w ręce. Chciała się uwolnić od tego wszystkiego. Chciała umrzeć. A jak się potem okazało, wciągnęła w to kolejną osobę - swoją córkę. Annie, swojego aniołka. Mówi się, że dzieci z takich przypadków są niechciane. Ale tu było inaczej. Annie była wyczekiwana. A później rozpieszczana. Irene mogła nie zjeść, ale nie mogła pozwolić, żeby jej małej córeczce czegokolwiek zabrakło. Wiedziała, że dla dziecka musi przestać. To był dodatkowy kop. A jednak teraz znów się coś zmieniło. Odkąd Annie zniknęła, pomimo że wszystko skończyło się dobrze, Irene miała wrażenie, że sobie nie radzi, że to za dużo. Zaczęło ją ciągnąć to czegoś mocniejszego niż alkohol i papierosy. Chciała znów udać się do swoich "przyjaciół" z przeszłości. Ale wiedziała, że nie może, dlatego przyszła tu i rozmawia z tymi ludźmi. Nie chce do tego wracać. Nigdy.

~*~

- Coś na to poradzimy, coś wymyślimy – powiedziała terapeutka, ale Irene już sama wiedziała co musi zrobić. Musi wziać się za siebie i nie poddawać. Dla córki. Dla tego promyczka oświetlającego jej marne życie. I da radę. Choćby było cholernie ciężko, nie podda się.



sobota, 25 stycznia 2014

Uciekinierka 1.

Hejka!
Czas na coś nowego. Nie wiem co to. Powstawało podczas bezsennych nocy. Właściwie podczas jednej takiej bezsennej nocy powstał sam początek. Reszta doszła dzisiaj. Miało być coś innego, ale z tamtym siedzę w martwym punkcie więc daję Wam to. Mam nadzieję, że się spodoba. Nie wiem co z tego wyjdzie, nie wiem jak długie to będzie. Nic nie wiem. Ale wiem, że pokochałam Annie i chciałabym taką swoją już mieć. Serio :D
Jeśli chodzi o Anię to prosiłabym zignorować błędy w jej wypowiedziach, niestety chwilowo ma taki styl. Sama się namęczyłam nad jej wypowiedziami najbardziej bo dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że piszę poprawnie i musiałam wracać, zmieniać. Sprawdzać, znów zmieniać. No masakra. Ale już nie marudzę. Miłego czytania!

________________________________________________________________________________

Mężczyzna otworzył drzwi do swojej posiadłości i spostrzegł na bujanym fotelu na werandzie małą, słodką dziewczynkę w niebieskiej sukieneczce i dwoma kitkami na czubku głowy. Miała nie więcej niż trzy latka. Machała nóżkami i patrzyła ufnym wzrokiem w jego stronę.

- Hej maluszku, a co ty tu robisz? - spytał zaprasząjac ją gestem do swojego domu, na dworze robiło się chłodno i nie chciał, żeby ta mała istotka się przeziębiła.

- Ej, ja nie jeśtem juś mała! Mama mi poźwala siedzieć na fotelu dla duzych.

- Oh. OK. Duża. To skąd się tu wzięłaś, co? Gdzie twoi rodzice?

- Nie wiem. Mamusia posła do pracy i wluci dopjelo jutlo. Ja byłam z babcią ale ona śpi, a mi się nudziło.

- A tatuś?

- Tatuś to osoba któlą kocha mamusia. Oh! Cyli ty jesteś moim tatusiem – krzyknęła dziwczynka z taką radością, jakby właśnie rozgryzła zagadkę, która męczyła ją od dawna.

Michaela zatkało. Ta mała istotka była tak urocza, że żałował, że to co mówi nie jest prawdą. Jednak coś mu w niej nie pasowało. No jak to on jest jej ojcem. Kolejna Billie Jean czy jak?

- Kochanie, ale ja nie mogę być twoim tatusiem, skąd taki pomysł?

- Oj no mówiłam ci jus. Bo mamusia cię kocha. Psecies sama słysałam jak patsyła na twoje zdjęcia i mówiła ze cię kocha i ze skoda ze jesteś jej niejejajnym. Nielelajnym mazeniem. Oj no wies...

- Nierealnym marzeniem?

- Nooo psecies mówię. A co to znacy?

Mike zachichotał. Ta mała była naprawdę rozkoszna. Ale wiedział, że musi z niej wyciągnąć skad tu przyszła i odstawić ją jak najszybciej do domu. W końcu jej bliscy na pewno się niepokoją...

- To oznacza, że jestem jej fantazją. Ale czy ja ci, kurczaku wyglądam na fantazję? Na kogoś kto nie istnieje?

- Niee... - odpowiedziała dziewczyna i w tym momencie w pomieszczeniu rozległ się odgłos burczenia w jej malutkim brzuszku. - tatusiu... jestem głodna.

- Właśnie słyszę, chodź coś trzeba z tym zrobić. - Odpowiedział Michael i zabrał dziewczynkę do kuchni.

Smiley postanowił, że na razie nie będzie próbował nic wyjaśnić bo to i tak nic nie da. Zadzwoni do ochroniarza żeby on zajał się tą sprawą, a on sam zajmie się małą – dużą istotką żeby się nie nudziła. Michael nie sądził, że kiedykolwiek jakieś obce dziecko wkradnie się do jego serca w ciągu zaledwie dziesięciu minut.

~*~

- Mamo, jak to zniknęła?! Jak dwulatka mogła zniknąć będąc pod twoją opieką! No co, ubrała się i wyszła? A ty tego nie zauważyłaś?! Cholera, wezwałaś chociaż policję? Przecież coś jej się mogło stać, ktoś ją mógł porwać. Boże, nawet nie chcę myśleć o tym gdzie ona teraz jest i co się z nią dzieje... - dziewczynie załamał się głos i rozpłakała się na dobre.

- Kochanie, zgłosiłam to już na policję. Wszyscy jej szukają. Przepraszam, naprawdę nie wiem jak to się mogło stać. Nie martw się, na pewno ją znajdziemy. Pewnie schowała się gdzieś koło domu i dobrze się bawi, że wszyscy jej szukają...

- Mamo, ona ma dwa latka, ledwo potrafi wysiedzieć na dziesięciominutowej dobranocce, a tobie się wydaje, że tyle godzin przesiedziała w jednym miejscu mając dobry ubaw z naszego przerażenia?! Czy ty siebie słyszysz?!

- Irene, proszę nie denerwuj się. Zobaczysz wszystko będzie dobrze. Idź odpocznij w końcu niedawno wróciłaś z nocki, jesteś pewnie zmęczona.

- W dupie to mam! Idę jej szukać, przecież nie będę bezczynnie siedzieć podczas gdy moja córka błądzi po mieście! CAŁĄ NOC, CZY WY JESTEŚCIE NIENORMALNI, ŻE JEJ JESZCZE NIE ZNALEŹIŚCIE?! PRZECIEŻ ONA MUSI BYĆ PRZERAŻONA!! - dziewczyna wyszła z domu trzaskając drzwiami. Wyciągnęła telefon i wybrała numer do szefa.

- Halo, Spike. Nie będzie mnie dzisiaj w pracy. Nie, nie dam rady, moja córka zaginęła muszę ją znaleźć. Nie wiem, weź kogoś innego, odpracuję jak tylko ją znajdę obiecuję. W końcu sama też potrzebuję tej kasy. Ok. Na razie. - rozłączyła się i ruszyła wzdłuż ulicy szukając swojego aniołka.

- Annie, mam nadzieję, że nic ci się nie stało skarbie...

~*~

- OH! - coś ciężkiego uwaliło się na brzuch Michaela. Jakby miał psa bądź kota nie byłby zdziwiony, a tutaj przeżył jednak lekki szok. Jednak gdy zobaczył burzę blond loczków szybko uświadomił sobie kto po nim skacze. - Cześć aniołku, jak się spało?

- Dobze. Wies, ze mamusia tes tak do mnie mówi? Tlochę się za nią stęskniłam... - posmutniała dziewczynka.

- Hej, nie bądź smutna, niedługo zobaczysz się z mamusia. Jak tu kruszynko w ogóle masz na imię co?

- Annie.

- Ślicznie. A może powiesz mi czy wiesz jak tu przyszłaś i jak wrócić do domku, co?

- Nie pamiętam. Jechałam autobuseeeeeeeeeeem i tam było dużo ludzi. I mijałam dzewka, domki. I nawet klówki były!

- Oh, no nie martw się, znajdziemy twoją mamusię – Michael przytulił dziewczynkę po czym zabrał ją na dół i nakarmił.

Ochroniarzom nic nie udało się jeszcze ustalić jednak Michael nie tracił nadziei, że w końcu znajdą mamę Annie. Szczerze miał ochotę nawrzeszczeć na tę nieodpowiedzialną kobietę. Jak można tak zostawić małe dziecko? Jak można je zgubić i jeszcze nie próbować go odnaleźć! Nie był w stanie tego zrozumieć. Tym bardziej, że mała Annie wydawała się naprawdę rozkosznym dzieckiem, które jest zadowolone ze swojego życia. Czy to możliwe, żeby ta jej „kochana mamusia” mogła się nie przejąć zniknięciem dziewczynki? Może wróciła z pracy i nawet nie zauważyła braku dziecka? To co z niej za matka...

Przemyślenia Michaela przerwał cichy głosik dziewczynki.

- Tatusiu, mozemy się pobawić w coś? Nuuuudzi mi sięęęę...

- Jasne skarbie, a w co byś chciała się pobawić? - Michael już wczorajszego wieczoru przestał nakłaniać dziewczynkę, żeby przestała się do niego zwracać „tato”, była małym uparciuchem...

- W zgadywanki! - krzyknęła dziewczynka i pobiegła do salonu gdzie rozłożyła się wygodnie w fotelu i czekała na swojego tymczasowego opiekuna.

Tak zleciał im czas aż do południa, kiedy to ochroniarz Michaela przyniósł wiadomość, że policja szuka małej i zdobył informacje gdzie ją zawieźć.
Mężczyzna sam odwiózł dziewczynkę do domu, po długim pożegnaniu z Michaelem i przyrzeczeniu, że jeszcze się spotkają. Smiley nie postanowił nie jechać przede wszystkim ze względów bezpieczeństwa, ale nie był też pewien za siebie, czy nie naubliżałby po raz pierwszy w życiu kobiecie, za to, że jest taką nieodpowiedzialną matką.

Michael trafił kiedyś na pewien cytat polskiego autora.

„Nagle tak cicho zrobiło się w moim życiu bez ciebie...”

Nie rozumiał wtedy dokładnie co mógł czuć wypowiadający je człowiek, ale teraz to zrozumiał. Po zaledwie dniu spędzonym z tą maleńką istotką, teraz gdy wyjechała czuł ogarniającą go pustkę...

~*~

Po całonocnych poszukiwaniach Irene zaczęła tracić już nadzieje. Wiedziała, że nie powinna się poddawać, ale sprawdziła już wszystkie możliwe miejsca gdzie dziewczynka mogła pójść sama. Przecież to dopiero dwuletnie dziecko, nie maratończyk. Nie mogła zajść nawet do połowy tego co sprawdziła,a co dopiero dalej. Zrezygnowana wróciła pod dom, usiadła na krawężniku i zaczęła płakać. Jej córka. Jej kochane maleństwo. Jej malutka Ania...

Nagle przed nią zatrzymał się czarny samochód, dziewczyna szybko głowę gdy usłyszała radosny krzyk swojej pociechy.

- MAMUSIU!

- Boże Annie, gdzieś ty była!

- Mamusiu byłam u tatusia – powiedziała radośnie dziewczynka, a serce Irene stanęło na chwilę po usłyszeniu tych słów. Niepewnie spojrzała w stronę samochodu, jednak odetchnęła kiedy wysiadł z niego kierowca i nie był nim na szczęście ojciec dziewczynki. W końcu skąd on by się tu miał wziąć. Przecież od roku siedział w więzieniu...

- Oh, kochanie. Tak bardzo się martwiłam, nie rób mi tego więcej. Dlaczego wyszłaś sama z domu?

- Bo babcia śpała a ja nie ściałam jej obudzić, a tak baldzo mi się nudziłoooo...


Irene odetchnęła z ulgą podziękowała mężczyźnie który odwiózł jej córkę do domu. Chciała zaprosić go na kawę jednak mężczyzna powiedział, że musi wracać do pracy, wziął jedynie od młodej kobiety numer telefonu, który w niego wmusiła z przyrzeczeniem, że jeśli będzie kiedykolwiek czegoś potrzebował to ma dać znać, a ona stanie na uszach byleby tylko mu pomóc. Weszła do domu i upewniwszy się, że jej córka jest cała i zdrowa położyła młodą spać i sama również zasnęła obok niej... To był naprawdę długi dzień dla Irene jednak zdenerwowanie dało się we znaki. Co chwilę budziła się w nocy i sprawdzała czy jej kruszynka wciąż leży obok. Nad ranem zrezygnowała z dalszego snu i zaczęła rozmyślać o swoim życiu. Była młodą, dwudziestodwuletnią kobietą. Miała dwuletnią córkę, która była całym jej życiem. Studiowała dziennikarstwo a nocami pracowała w klubie żeby niczego jej szkrabowi nie zabrakło. Nie mogła narzekać. Praca nie była tą wymarzoną, ale jakoś sobie trzeba było radzić. W opiece nad córką pomagała jej mama, a babcia Annie. Z ojcem dziewczynki nie utrzymywała kontaktu. Jedyną dobrą rzeczą jaką kiedykolwiek zrobił w swoim żywocie było danie jej córki...

_________________________________________________________________________________

Na koniec. Komentarz mojej siostry jak przeczytałam jej fragment rozmowy Annie i Michaela:
"to nie może być twoje, bo jakieś takie za mądre". OK. WIARA WE MNIE <3

I chciałabym Was prosić z całego serca, jeśli wchodzicie tutaj, a piszecie coś swojego to proszę, a wręcz BŁAGAM zostawcie mi namiary na swoje opowiadania. Jestem jak ten narkoman bez możliwości dania sobie w żyłę, bo jeśli chodzi o to co czytam to muszę męczyć się czekając na nowe notki, a nic nowego nie umiem znaleźć i po prostu rozsadza mnie z braku fanfików!

Chociaż z drugiej strony nic mnie nie odciąga od nauki...
Ale ja chcę żeby mnie coś odciągało!

Dobra.
Nie ględzę już xD

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Las

Oh, ciężki weekend za mną. W niedzielę miałam dwa egzaminy, na szczęście ogarnęłam je na tyle, że mogę być dumna, chociaż punkt brakujący mi do 4 z angielskiego nieco mi psuje humor :P
Z drugiego na szczęście dwie czwóry, ale dobra koniec chwalenia się ;P
Wiecie co? Chyba za dużo (w ogóle to jest możliwe?!?!) Michaela ostatnio wokół mnie, bo śnił mi się dzisiaj (nie narzekam, oj niee...) nie pamiętam o czym był ten sen, co nie zdarza mi się często. Wiem tylko, że był całkiem milusi i nie specjalnie chciało mi się wstawać rano z nadzieją, że przyśni mi się ciąg dalszy, czy coś.
Swoją drogą, włączyłam sobie BAD25 z canal+ i powiem Wam, że jakby nie huk na budowie za oknem to byście tego dzisiaj nie czytali bo się zagapiłam, za-oglądałam, zasłuchałam i wszystko co tylko mogłam za... razem z zakochałam!
"Ale super, ktoś tu nasikał..."
Oj ludzie...
Powiem Wam, że to wszystko napawa mnie taką energią. Naprawdę. Dostaję wręcz ADHD. Swoją drogą. Kiedyś, dawno temu słuchając ok 2 w nocy Dirty Diany, siedziałam koło biurka na którym stała lampka. Takiego ADHD dostałam, że jak zaczęłam fikać to wyżej wymieniona zleciała mi na tą moją chorą łepetynę. Metalowa lampka średnio miękka na długo wyleczyła mnie z "tańcowania" po nocy.
Za to jak pod koniec zobaczyłam Jarmaine'a powiedziałam tylko "nie mów tego... proszę." Cholera jestem walnięta, ale nie obejrzałam do końca. Nie potrafiłam. Nie wiem czy pamiętacie, że pogrzeb był emitowany w tv? Zaczęłam oglądać i... koniec. Nie potrafiłam. Do tej pory nie obejrzałam tego do końca...
Dobra. Uspokoiłam się i skończyłam oglądać. Dzisiejsza miniaturka stała dzisiaj pod naprawdę dużym znakiem zapytania. Skończyłam oglądać film i postanowiłam w końcu zabrać się za poprawianie tekstu. Po otwarciu pliku poryczałam się i nie byłam w stanie nic napisać. Ta miniaturka była dla mnie trudna. Powstała na drugi dzień po dacie na końcu notki. W tym momencie biorę się za pisanie... i powiem Wam, że robię to dla Was, ale przede wszystkim robię to dzisiaj dla siebie. Chyba tego potrzebuję...

Kocham Was.

________________________________________________________________________________

~*~

Ze wszystkich stron otaczały mnie drzewa. Wszędzie rozbrzmiewał ich szum. Były piękne. Zielone. Wysokie. Pachnące. Obrośnięte miękkim, zielonym mchem. Było słychać szum rzeczki przepływającej gdzieś niedaleko. Stąpałam bosymi stopami po zielonej trawie. Moja suknia ciągnęła się po ziemi za mną. Była śliczna. Wyglądała prawie jak do ślubu. Prawie...

Jedyne co ją różniło to, to że była czarna. Podobnie jak mój nastrój w tym momencie.
Nie, nie należę do subkultury emo. Nie mam depresji. Nie jestem... dziwna.
Po prostu godzinę temu dowiedziałam się najgorszej rzeczy w moim życiu. Jest 4 nad ranem, wszystko budzi się do życia tylko ja myślę o śmierci...

O tej śmierci, która dotknęła nie tylko mnie, ale także miliony ludzi na świecie. Tych starszych i tych młodszych. Kobiety i mężczyzn. Babcie i wnuczki. Ludzi o kolorze skóry ciemnej jak i tej całkiem jasnej. W tym momencie wszyscy byliśmy tacy sami. Wszyscy równie pogrążeni w bólu. Czuliśmy tę samą rozpacz...

Tak naprawdę byliśmy teraz jednym, małym chłopcem o ciemnej skórze z afro na głowie, mężczyzną z karnacją kawy z mlekiem i kręconymi włosami, ubranym w skórzane ubrania ze sprzączkami, Mężczyzną z krótkimi włosami, w potarganych ubraniach trzymającego się dwóch drzew, któremu wiatr, piasek i wszelkiego rodzaju liście leciały na twarz, odbijały się od jego policzków, drażniły oczy i gardło. Byliśmy człowiekiem, który kochał dzieci, który przejmował się losem innych i który kochał nas tak samo jak my jego.

Nie wiedział o naszym istnieniu, nie wiedział kto jak wygląda, ale nas kochał, za to, że zawsze byliśmy z nim. Za to, że będziemy jego muzykę przekazywać dalej oraz za to, że go kochamy. On kochał nawet tych, którzy dopiero teraz go pokochają. Bo wszystki tak naprawdę, mimo tych wszystkich różnic, jesteśmy tacy sami...

Między wysokimi drzewami znalazłam jedno, powalone. Jego kora była sucha. Martwa. To przez ostatnie nawałnice, które przeszły nad Polską. Przetrwały tylko najsilniejsze. Tak...
On też był silny. Przetrwał wiele.
Katowanie przez ojca, oskarżenia o czyn, którego nie popełnił. Ba! Czyn, którego się brzydził! Ptzetrwał oskarżenia o wybielanie skóry, a także nie przejmował się kiedy ludzie mówii mu, że jest dziecinny i dziwny...

Jednak czy na pewno się nie przejmował? Przecież tego nie wiemy. Kiedy przebuwał w domu, sam... może właśnie wtedy przeżywał to bardziej niż jesteśmy to sobie w stanie wyobrazić? Tyle pytań... a odpowiedź zna tylko nieliczna grupa osób. Tych najbliższych.

Usiadłam na powalonym drzewie i wpatrywałam się w wiewiórkę biegającą po polanie.

Tak. Jest 26 czerwca. A ja jestem w lesie koło mojego domu. I tak. Mówię o Michaelu Jacksonie. Człowieku, którego uwielbiam i szanuję już 12 lat.
12 cholernie długich lat, wypełnionych jego wspaniałą muzyką. Mam na imię Wioletta. Właśnie skończyłam pierwszy rok technikum. Mam 17 lat, czerwone włosy, na nogach trampki i tą długą suknię na sobie.
Nienawidzę sukienek. Nie mam pojęcia dlaczego ją ubrałam.
Nagle poczułam, że nie jestem sama. Usłyszałam kliknięcie aparatu. Odwróciłam szybko głowę i ujrzałam Martę. Moją przyjaciółkę z dzieciństwa.
Nasze drogi się rozeszły dawno temu. Nie utrzymywałyśmy kontaktu od paru lat przez sytuację, którą znałam ja, ona i jej rodzice. Nie ważne. To za bardzo boli, żeby o tym opowiadać. Strasznie się zmieniła, nie rpzypominała mi siebie sprzed lat zanim wyjechały ze swoją mamą daleko po tym wszystkim. Jednak z jakiegoś powodu wiedziałam, że to ona. Może to jej oczy? Czarne, kręcone włosy? Nie wiem.

Podeszła do mnie z uśmiechem i zrobiła mi kolejne zdjęcie. Nie odzywałyśmy się do siebie. Ona chodziła naokoło mnie i robiła mi zdjęcia, a ja siedziałam i starałam się nie zwracać na nią większej uwagi. Czułam się jak małpa w zoo, ale w obecnum stanie było mi naprawdę wszystko jedno co się dzieje wokół mnie. Nie obchodziło mnie nic oprócz bólu, który rozrywał mnie od środka.

Zerwał się wiatr. Liście drzew szumiały popychane przez lekki podmuch. Szuk układał się w muzykę. Skupiłam się na nim. Nic się nie liczyło tylko ten dźwięk. Doszedł do tego plusk wody w rzece. Nagle po raz kolejny dzisiaj poczułam, że ktoś mi się przygląda. I nie była to Marta. Ona dalej chodziła naokoło mnie i robiła te przeklęte zdjęcia. To był ktoś inny. Ktoś, kto spowodował, ze w moim brzuchu zaczęły się kotłować motyle. Siedziałam tyłem do niego, ale czując jego wzrok na karku przechodziły mnie ciarki. Chciałam się odwrócić jednak coś mi nie pozwalało. Jakaś siła mnie blokowała. Tak, to chyba był strach. Usłyszałam szum liści, kiedy przybysz zrobił parę kroków do przodu. Jestem pewna, że podszedł już na tyle blisko, że było gowidać. Nastała cisza. Miałam wrażenie, że nawet liście przestały się poruszać, a rzeka płynąć. Marta przestała mi robić zdjęcia, schowała się po drugiej stronie polanki między drzewami. Czy ten człowiek jest aż tak niebezpieczny?

Wiewiórka, która wcześniej bawiła się na polance biegła teraz w moją stonę. Ominęła mnie i popędziła ptosto na przybysza.
To właśnie ta sytuacja mnie ośmieliła. Powoli odwróciłam głowę czując coraz większe podniecenie. Odwróciłam się całkiem w jego stronę. Wytężyłam wzrok próbując dostrzec coś między gałęziami, aż zobaczyłam...

Ujrzałam człowieka, który był tak piękny, że nie potrafię tego opisać. Jego brązowe oczy miały w sobie radosne iskierki, hipnotyzowały. Te oczy przypominały oczy dziecka. Jego karnacja była koloru mlecznej czekolady, czarne loki opaday na ramiona, a na ustach miał szczery uśmiech. Wokół niego rozciągała się jakaś dziwna auta, która dochodząc do mnie wykrzywiła moje usta w równie szeroki jak u niego.

Podeszłam powoli do Michaela i pogładziłam go po policzki. Był taki ciepły... Jakby miał gorączkę. A może to nie on? Może to moje ręce były po prostu takie zimne?

-Witaj. - powiedział patrząc w moje oczy. Ja zamiast odpowiedzieć przylgnęłam całą sobą do jego ciała. Przez chwilę miałam wrażenie, że on się przewróci, ale nie. Trzymał mnie mocno, gładząc moje włosy.
-Czy ty... - wyszeptałam w jego ramię. Byłam pewna, że nie dosłyszał mojego pytania, jednak on po chwili na nie odpowiedział.
-Tak.
Jego delikatny głos rozniósł się echem po lesie wracając do mnie kilkakrotnie. Uderzając w moje uszy, a następnie serce. Osunęłam się na trawę i zaczęłam płąkać, a on kucnął obok mnie.

Przyłożył palec do mojej brody i lekko ją podniósł tak, że moje oczy spojrzały znów prosto w niego.
-Jesteś chociaż szczęśliwy? - spytałam czując jak gorące łzy spływają mi po policzkach.
-Tak. - po raz kolejny usłyszałam z jego ust potwierdzenie. Jego ciepły oddech owionął moją twarz. Przytulił mnie, a ja w miejscu gdzie wcześniej czułam w sercu ból poczułam ciepło.
Michael wstał i pociągnął mnie za sobą. To było pożegnanie. Czyżby żegnał się tak ze swoimi fanami? Przytulił mnie jeszcze raz z całej siły i odszedł między drzewa. Liście go przysłoniły, a ja zaczęłam biec za nim by móc jak najdłużej przebywać w jego towarzystwie. Biegłam przed siebie, lecz drzewa za którymi zniknął zamiast się przybliżać, oddalały się. Zaczęłam krzyczeć jego imię i płakać. Potknęłam się o korzeń i wywróciłam raniąc sobie boleśnie kolana. Ktoś mną zaczął potrząsać. Otworzyłam szeroko oczy. Wokół mnie panowała ciemność. Twarz miałam mokrą od łez, leżałam na czymś twardym, a nade mną widziałam oczy mojej siostry. I wciąz krzyczałam jego imię.
Tak.
To był sen.

Piękny.

Po tym wiedziałam już, że Michael jest szęśliwy gdziekolwiek jest.
Jest już 27 czerwca.


~*~

________________________________________________________________________________

Przepraszam Was bardzo za to wszystko. 
To naprawdę był mój sen, dlatego niektóre fragmenty mogą być dla Was niezrozumiałe, jednak dla mnie mają sens większy niż mogłoby się wydawać. Jednak nie mogę Wam wszystkiego powiedzieć, to jest bardzo trudne i bolesne. Powiem tylko tyle, że postać mojej przyjaciółki na pewno symbolizuje pewną plotkę...
Trudne to wszystko jest dla mnie...

Kocham Was. Naprawdę kocham Was bardzo mocno...
3xff#f00000xhx#000000xhx#ffffffxff2xffMichaelxfxxfxJacksonxfxxfxMJxfxxfx♬ xfxxfx❤xfxxfx♥xff15xff100xff90xff5xff15xff50xff0