niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział drugi!

Witajcie!
Chciałabym Wam o czymś opowiedzieć. Opowiadania te powstały w roku 2009. Był to dla mnie trudny czas, sama miałam sporą depresję, ponieważ rok wcześniej opuściła mnie bardzo ważna dla mnie osoba. Dlatego też ze śmiercią Michaela nie radziłam sobie najlepiej, a ciągła depresja tylko wszystko pogarszała. Pierwsze dwa opowiadania które tutaj wstawię tak naprawdę były moją odskocznią w tamtym czasie. Pisanie pomogło mi uporać się ze swoimi problemami. Do tej pory gdy coś się dzieje wtedy siadam przed klawiaturą i piszę co mi w duszy gra.

Musicie wiedzieć, że opowiadanie, które już zaczęłam pisać jest dla mnie bardzo ważne. Pomimo, że nie jest arcydziełem, dla mnie jest moją perełką. To właśnie ono zajmowało mój umysł najdłużej. Potrafiłam obudzić się o 3 w nocy i opisać ołówkiem swój pomysł na szafę, ścianę i kawałek parapetu ponieważ nie miałam pod ręką kartki a nie chciałam żeby pomysł uciekł. Pisząc to opowiadanie miałam masę zabawy, przede wszystkim z wyszukiwaniem informacji o okresie w którym Michael był u nas, w Polsce. Jeśli po przeczytaniu przeszukacie internet... tam jest wszystko. Pisząc to chciałam, żeby czytelnik miał wrażenie, że sam tam jest. Ja wtedy miałam pięć lat i nie pamiętam za dużo z tamtego okresu. Moja fascynacja tym chłopcem o karnacji w kolorze czekolady z żółtymi ślepiami dopiero się zaczynała. Jednak pisząc to opowiadanie wykorzystałam stare artykuły z gazety POPCORN, plan koncertu, stare bilety, wywiady z ludźmi którzy tam byli. To co pisze to fikcja, nie opis wydarzeń. Tak. Ale sam opis koncertu oraz szału przed koncertem opisałam zgodnie z faktami. Powiem Wam, ze na tyle się uparłam, że nawet daty zgadzają się idealnie z dniami. Nie jestem perfekcjonistką jak Michael. Ale nie lubię robić niczego po łepkach. Dlatego też gdy straciłam chwilowo serce dla tego opowiadania miałam załamanie. Nie chciałam go zostawiać, ale nie chciałam ciągnąć go na siłę. Miałam początek, miałam mój punkt zaczepienia w postaci koncertu i miałam zakończenie. Ale brakowało porządnego środka, dlatego też zrobiłam to, co wydawało mi się w tamtym momencie najlepsze. Zakończyłam je dosyć szybko. Bez żadnych zwrotów w akcji, trzymających w napięciu momentów. A jednak jest to moja perełka. Oddaję je w Wasze ręce i naprawdę liczę na to, że Wam się spodoba, a nawet jeśli nie, to cieszę się, że poświęciliście czas na przeczytanie moich wypocin i dziękuję za zostawienie po sobie opinii, które są bardzo pomocne w dalszym procesie tworzenia.
Jeszcze nie wiem czy wprowadzę w nim jakieś zmiany, czy zostawię tak jak jest, a zajmę się czymś nowym. Zostawienie tego jest bardzo prawdopodobne. Jeśli osiągnęłam swój cel, myślę że będziecie czuć to samo co ja gdy je kończyłam.
Dobra, już nie zanudzam. Oddaję w Wasze łapki kolejny rozdział z nadzieją, że Wam się spodoba.
I przepraszam za taką długą przedmowę, ale potrzebowałam Wam to wszystko powiedzieć. Być z Wami szczera.
Już koniec. 


ZAPRASZAM.

______________________________________________________________________________

27 marzec, dzień mojego wejścia w dorosłość... Przynajmniej według moich rodziców. Jest słoneczna środa. Zaspana zmierzałam do kuchni. Nie uśmiechało mi się dzisiaj iść do szkoły, po moich wyczynaniach na ostatnim wf-ie miałam tragiczne zakwasy, ledwo zwlekłam się z łóżka. Weszłam do kuchni i zobaczyłam rozmawiających ze sobą cicho rodziców. Przeżyłam nie mały szok, ponieważ zazwyczaj jak wstawałam to ich już nie było w domu. Gdy mnie zauważyli, wstali i z szerokimi uśmiechami podeszli do mnie. Oto czekała mnie najgorsza część tego dnia. Życzenia. Mój koszmar. Nigdy nie wiem co ze sobą zrobić w takich momentach, czy mam płakać, śmiać się, udawać że zeszłam na zawał i czekać aż sobie pójdą? W każdym bądź razie rodzice ucałowali mnie i złożyli życzenia. Zasiedliśmy do śniadania przygotowanego przez mamę. Po pospiesznie zjedzonym posiłku pobiegłam do pokoju się spakować. W pewnym momencie drzwi się uchyliły i weszła mama. Rozejrzała się z dziwnym wzrokiem po obklejonych ścianach, jakby liczyła, że wraz z moim wkroczeniem w dorosłość moje ściany zabłysną jakze poważną bielą i czystością. Jako, że nic się na nich nie zmieniło z westchnieniem usiadła na nie pościelonym łóżku. Zauważyłam, że trzyma coś w ręce.
- Wiesz, nie wiedziliśmy z tatą co Ci kupić na urodziny. W końcu dzisiaj wkraczasz w magiczny wiek, dorosłość. I wczoraj...zadzwoniła babcia. Powiedziała, że jest coś o czym marzysz i postanowiliśmy z tatą dać Ci coś z czego będziesz naprawdę zadowolona... - urwała mama, a moje serce niebezpiecznie przyspieszyło. Byłam niemal pewna, że mama je dobrze słyszyy. Czy ona naprawdę chciała... Nie... Nie wierzę...
- Masz – powiedziała podając mi pieniądze – babcia powiedziała, że też Ci coś dała i że powinno starczyć na podróż... - już nie słuchałam, rzuciłam się mamie na szyję zalana łzami. Potem wstałam i poleciałam do kuchni gdzie tata skończył śniadanie. Przytuliłam go z całej siły, a on popatrzył na mnie jak na wariatkę.
- Umarł ktoś, że tak ryczysz? - spytał poważnym tonem, jednak widziałam, że oczy mu się śmieją i ma ochotę parsknąć śmiechem na widok mojej reakcji.
- Nieee... - wydukałam i jeszcze bardziej się rozkleiłam. W tym momencie byłam najszczęśliwszą osiemnastolatką na świecie. Wtedy do kuchni weszła mama i widząc mój stan zacmokała i stwierdziła, że lepiej, żebym dzisiaj nie szła do szkoły, bo pomyślą, że jakąś histeryczką jestem. Poza tym i tak spóźniłam się już na pierwszą lekcję.
Próbując się jakoś uspokoić poszłam do pokoju, włączyłam głośno kasetę w radiu i zaczęłam się ubierać co chwilę patrząc na Michaela na plakatach. Wiedziałam, że sprzedaż biletów ma ruszyć w lipcu. Już się nie mogłam doczekać. Leżałam na łóżku i wyobrażałam sobie jak to będzie...

Jest lipiec. Ruszam właśnie w kierunku punktu w którym będzie można kupić bilet na HIStory tour. Jest druga w nocy. Niektórzy nie mogą tego zrozumieć. Nie potrafią. O drugiej w nocy iść kupić bilet, pomimo że punkt otwierają dopiero o godzinie dziewiątej? No ale ja poszłam. I dobrze zrobiłam, na miejscu już było około trzydziestu osób. Wszyscy rozmawiali ze sobą na jeden temat. Panowała taka niesamowita atmosfera, naprawdę trudno to opisać. Gdy podeszłam do nich przywitali mnie nie jak kogoś obcego, ale jak kogoś, kogo znają od dawna. Nikogo stąd nie znałam, ale było mi naprawdę dobrze w tym towarzystwie. Tutaj nikt nie czepiał się mojego wyglądu. Tego, że na głowie miałam fedorę, a w słuchawkach słychać było Dirty Dianę. Nagle przyszła jeszcze jedna dziewczyna. Na ramieniu miała plecak, a w ręce trzymała... radio. Wszyscy się ucieszyli, zaczęliśmy witać nowoprzybyłą. Dziewczyna postawiła radio na chodniku i włożyła kasetę Dangerous. Wszyscy zgromadziliśmy się wokół radia, żeby nie trzeba było za głośno puszczać muzyki, bo końcu był środek nocy i tak przesiedzieliśmy do rana kiedy to otworzyli sklep i mogliśmy zakupić bilety. Szczęśliwa wracałam do domu, w kieszenimiałam świstek papieru na który czekałam tyle czasu, oraz kartkę z kilkoma adresami ludzi, których dzisiaj poznałam. Mięliśmy się skontaktować przed koncertem i zorganizować jakąś zbiórkę. Byłam niesamowicie zmęczona, dlatego gdy tylko przyszłam do domu i odłożyłam bilet w bezpieczne miejsce położyłam się spać.

~*~

Wakacje mijały szybko. W telewizji i radiu coraz częściej mówili o koncercie. Kilka razy spotkałam się z ludźmi poznanymi tej nocy gdy kupowałam bilet. Z każdym dniem byliśmy coraz bardziej przejęci. Z jednej strony to napięcie było nie do wytrzymania, ale z drugiej strony... to było cudowne uczucie. Szykowaliśmy wielki transparent. Nie byliśmy pewni czy nas z nim wpuszczą, ale mimo wszystko postanowiliśmy spróbować.
Dni leciały coraz szybciej. Ledwo zaczęły się wakacje, zaczął się lipiec, następnie sierpień, a teraz już jest pierwszy września. Jeszcze dziewiętnaście dni. Czterysta pięćdziesiąt sześć godzin... Emocje coraz bardziej dawały o sobie znać. Potrafiłam chodzić z tak wielkim uśmiechem, że jakby nie uszy to śmiałabym się dookoła głowy, co było powodem częstych żartów taty. Ale powiem szczerze, że coraz bardziej się też bałam. Bałam się, że albo coś nie wyjdzie, albo coś się stanie, albo... albo się zawiodę. Z jednej strony wiedziałam, ze to nie jest możliwe, ale to uczucie było silniejsze ode mnie. Zaczęła się też szkoła. Jak wiadomo trzeci rok technikum. Nauczyciele na każdym kroku straszyli nas już, że w tym roku nie będzie tak miło jak do tej pory. Za rok te wszystkie egzaminy zawodowe i matura. Ale teraz ja do tego nie miałam głowy. Z każdym dniem byłam coraz bliżej mojego szczęścia. Szczęścia, które miało trwać tylko około trzech godzin, a potem miały zostać tylko wspomnienia, ale za to jakie wspomnienia...

Osiemnasty września. Ja nie chcę. Nie jadę. Oddam komuś ten bilet. Nie mogę jechać. Boję się. Mama się ze mnie coraz bardziej śmieje. Mam już kupione bilety na pociąg. Jutro rano wyjeżdżam, a dwidziestego pierwszego wracam. Mama już lata i szykuje co mam wziąć. Dzisiaj telefony do mnie się urywają, wszyscy chcemy być pewni, że odnajdziemy się jutro w tłumie. Strasznie zdenerwowana usiadłam do odrabiania lekcji. Myślałam, że mnie to uspokoi, ale nie pomogło. Włączyłam walkmana i położyłam się na łóżku. Z słuchawek wypłynęło Smooth Criminal. Zamknęłam oczy i starałam się zasnąć. Przewracałam się z boku na bok.
Dwudziesta trzecia...
Dwudziesta czwarta...
Pierwsza...
Druga...
Trzecia...
Zasnęłam...
O godzinie siódmej do pokoju wpadła mama i zaczęła mnie budzić. Jest czwartek dziewiętnasty września. Za godzinę mam pociąg i z każdą minutą coraz bardziej się denerwuję. Za około dziesięć godzin będę w Warszawie. Spotkam ludzi, którzy mnie rozumieją, którzy czują co samo co ja.

I będziemy czekać...
Wstałam, wzięłam luźne ubrania i poszłam do łazienki. Zimny prysznic obudził mnie całkowicie. Mama w tym czasie czykowała mi wodę i kanapki. Dała mi też trochę kasy, żebym kupiła sobie coś na miejscu. Widziałam, że się denerwuje, nigdy wcześniej nie jechałam sama na taki wielki koncert, w dodatku tak daleko. Włączyła radio z któego co chwilę płynęły piosenki Michaela, lub zdenerwowany głos prowadzącego cieszącego się, że także zobaczy całe show na żywo i będzie mógł to skomentować na natenie. O godzinie siódmej trzydzieści byłam gotowa. Pożegnałam się z rodzicami i zadzwoniłam po taksówkę. Osobiście wolałabym autobus, ale nie chciałam ryzykować spóźnieniem. Dojechałam na dworzec w momencie gdy pociąg wjeżdżał na stację. Wsiadłam i zajęłam swoje miejsca. Z każdą kolejną stacją denerwowałam się coraz bardziej. Muzyka w słuchawkach walkmana była ustawiona tak głośno, że krzywdziła moje uszy. Na niektórych stacjach wsiadali ludzie, których poznałam w lipcu. Z nimi podróż minęła szybciej. Oni denerwowali się tak jak i ja. Gdy dojechaliśmy do Warszawy całą grupką ruszyliśmy w kierunku lotniska w Bemowie. Tam spotkaliśmy resztę ekipy, którą poznałam w lipcu. Brakowało tylko Marty, dziweczyny z radiem, jednak okazało się, że coś bardzo ważnego jej wypadło i pomimo że bardzo chciała, to nie będzie jej na koncercie.
-Co ja bym dała, żeby Michael zaprosił mnie na scenę – powiedziała rozmarzonym głosem jedna z dziewczyn stojąca niedaleko. Wszyscy popatrzyli na nią nieprzytomnie. Teraz w głowie każdej dziewczyny powstał obraz, w którym ochroniarze Michaela wyciągają każdą zza barierki i prowadzą w stronę piosenkarza. 

Z marzeń wyrwał nas huk. Popatrzyliśmy za bramy, którymi było otoczone lotnisko, na którym stała już wielka scena, około trzydziestu tirów ze sprzętem oraz pałętało się tam kilkudziesięciu ludzi, którzy pilnowali aby wszystko było dopięte już dzisiaj na ostatni guzik... Powoli zaczynało się robić chłodniej, niektórzy porozchodzili się do hoteli lub domów, jeśli mieszkali w Warszawie, bądź mięli u kogo nocować. Ja i wielu innych zostaliśmy na miejscach. Skupiliśmy się jeden przy drugim i rozmawialiśmy zawzięcie o jutrzejszym wydarzeniu. Zastanawialiśmy się jak to będzie, czy wszystko się uda, co będziemy czuć po koncercie, jak to jest na żywo usłyszeć samego Michaela Jacksona oraz dlaczego wybrał nas. Dlaczego Polska? I ciekawe czy mu się tutaj spodoba. Z tego co słyszeliśmy Michael przyjechał do Polski już dzisiaj. Niektórzy fani byli na lotnisku na którym wylądował jego samolot. Był dzisiaj w domu dziecka, w sklepie z zabawkami, które po zakupie oddał dzieciom ze szpitala, a także był w jakiejś szkole i zwiedził z kimś Warszawę. Po jakimś czasie zmorzył nas sen. Był wrzesień więc noce nie były już tak ciepłe jak w lato, ale nie były też specjalnie mroźne. Mięliśmy też rozpalone małe ognisko. Obudziłam się około godziny piątej rano. Byłam potwornie zmęczona, a także wszystko mnie bolało od nocy spędzonej na trawie w niezbyt wygodnej pozycji. Ale jak tylko uświadomiłam sobie, że to już dzisja, że zobaczę swojego idola, że moje marzenie się spełni to całe zmęczenie odeszło. Poczułam nową energię. Podniosłam się ostrożnie z ziemi, otrzepałam i rozprostowałam kości. Zauważyłam grupkę ludzi, którzy już nie spali, podeszłam do nich i zatopiliśmy się w rozmowie szeptem, zeby nie obudzić reszty. W pewnym momencie podeszła do nas starsza pani z siatkami. Widocznie wracała z zakupów.
- Oj dzieciaczki, tak się poświęcać – powiedziała z troską w oczach – może któreś z was pomogłoby mi zanieść zakupy? Mieszkam niedaleko. A przy okazji widzę jak się męczycie i nie wyglądacie za dobrze tak więc zapraszam do mnie na jakąś ciepłą herbatkę i odświeżyć się będziecie mogli... Chodźcie zanim reszta się obudzi, a potem przyślecie do mnie znów parę innych osób. Podejrzewam, że moi sąsiedzi też chętnie wam użyczą ciepłej herbatki. Nie często odwiedzają nas młodzi ludzie – uśmiechnęła się i wcisnęła każdemu z nas po wielkiej torbie z zakupami.


Poszliśmy za nią. Po paru minutach doszliśmy do wielkiej kamienicy do której nas wprowadziła. Było cieplo i większość starszych ludzi zeszła na dół na ławeczki żeby porozmawiać. W końcu po co siedzieć samemu w domu, skoro można spotkać się z sąsiadami, prawda?

Pani Jadzia, bo tak się nazywała kobieta porozmawiała z sąsiadami o nas i wszyscy chętnie się zgodzili na zaproszenie na herbatkę zmęczonej i zziębniętej młodzieży. Zanieśliśmy zakupy pani Jadzi do jej mieszkania, a ona nam zrobiła gorącą herbatę z cytryną. Byliśmy w pięć osób, każdy z nas wypił gorący napój, poszedł do łazienki trochę się odświeżyć i po podziękowaniu starszej pani poszliśmy do reszty, żeby powiedzieć gdzie mogą iść. Nie było nas znowu aż tak dużo i po pół godzinie wszyscy byliśmy znów razem rozmawiając o staruszkach. Znów zaczęli się zjeżdżać ludzie z poprzedniego dnia, a także nowi. Każdy chciał jak najszybciej znaleźć się blisko tego miejsca. Staruszkowie kilka razy przyszli do nas porozmawiać i od czasu do czasu przynieśli jakieś owoce i herbatę w termosie. Fakt była masa ludzi, ale atmosfera była tak przyjemna, że pomimo dużej liczby ludzi potrafiliśmy się podzielić tak, że każdy coś dostał. Zachowywaliśmy się jak rodzina, a nie ludzie, którzy poznali się wczoraj czy dzisja. Niesamowite jak jeden człowiek połączył nas wszystkich...

_____________________________________________________________________________

Nie wiedziałam jak pociąć rozdział, żeby nie zepsuć później atmosfery dlatego dzisiejszy jest taki jaki jest, a już w następnym zapraszam na koncert, za obecność na którym oddałabym chyba wszystko. Łącznie z duszą diabłu!

sobota, 4 stycznia 2014

Rozdział pierwszy.

Uparte ze mnie stworzenie i z tego powodu oddaję właśnie w Wasze rąsie pierwszą część opowiadania. 
W sumie nie będę nic więcej pisała tylko zapraszam do czytania!
_______________________________________________________________________________



Jest rok 2009. Piękny, słoneczny dzień. Czerwiec. Jak zawsze biegnę z empetrójką na autobus. Znów się spóźniłam! W rękach trzymam książki, które pospiesznie próbuję schować do torby. W pewnym momencie zaczyna mi się wydawać, że coś jest nie tak. Wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Widzę na chodniku kobietę, coś do mnie krzyczy, ale ja nie słyszę co. Następnie czuję, że coś we mnie uderzyło. Nie zdążyłam nawet poczuć bólu. Pochłonęła mnie ciemność...


~*~


Marzec, . Rok 1996. Właśnie robiłam sobie kanapki do szkoły. Starałam się nie patrzeć na swoje odbicie w przeszklonej szybie, jednak nawet kontem oka widziałam swoje czerwone włosy odbijające się w niej. Jak zawsze tę jakże fascynującą czynność jaką jest smarowanie kanapek umilałam sobie myślami błądzącymi po przestworzach mojego umysłu. Obecnie w głowie siedziały mi moje osiemnaste urodziny, które miały się odbyć już za dwa dni. Wszyscy wokół uważają, że jest to czas najwyższy na bycie poważną, ale to nie dla mnie! Ja wciąż czuję się małym dzieckiem. Uwielbiam oglądać bajki, bawić się z małymi dziećmi. To właśnie jest wspaniałe. Dzieci są szczere, ale jednocześnie nie krzywdzą tak jak dorośli...

Mój potok myśli został brutalnie przerwany przez dzwoniący w przedpokoju telefon. Rzuciłam nóż na blat i pobiegłam go odebrać, dzwoni moja kochana kuzynka, każe mi natychmiast i bez zbędnych pytań włączyć radio, ponieważ mówią o czymś co mnie zainteresuje. Posłusznie odłożyłam słuchawkę na aparat i podeszłam do naszego sędziwego radia po czym je włączyłam. Przez jakiś czas musiałam pokręcić gałką, żeby złapać fale. W końcu się udało. Z radia popłynęła muzyka, która podziałała na mnie hipnotyzująco. Ze starego głośnika wypłynęła piosenka BAD. Podśpiewując cicho pod nosem poszłam do kuchni szykować dalej śniadanie. Krojąc pomidora po raz kolejny tego dnia pogrążyłam się w marzeniach. Przed oczami miałam scenę w której spotykam swojego idola. W pewnym momencie piosenka została brutalnie przerwana przez strasznie czymś podekscytowanego spikera. Opowiadał on o dotychczasowych płytach i osiągnięciach Michaela. O jego trasie koncertowej. Zastanawiałam się co się takiego stało, że zaczęli go wspominać. Jeszcze nie nie tak dawno oskarżali go o wybielanie skóry i inne dziwactwa. Skupiłam się na głosie jąkającego się mężczyzny. W pewnym momencie nie wytrzymał i z głośnika dobiegły do mnie słowa, które podziałały na mnie paraliżująco. Nóż wypadł mi z rąk upadając na podłogę z głośnym brzdękiem...

Stałam na środku kuchni. Świat wirował mi przed oczami. Przestałam oddychać, żeby nic nie zagłuszało mi tego co mówił spiker. Jego słowa zapamiętam do końca życia...
-We wrześniu tego roku na lotnisku Bemowo w Warszawie wystąpi sam Król Popu!...

Dalej już go nie słuchałam. W głowie wybuchło mi tysiąc myśli naraz. Człowiek, który tyle dla mnie znaczył przyjeżdżał do Polski. Miał dać tutaj jeden ze swoich koncertów. Nie wiedziałam jeszcze dokładnie jak tego dokonam, nic nie wiedziałam, ale byłam pewna, że jakoś znajdę się na tym koncercie. Że muszę tam być.
Postanowiłam w myślach, że dam się chociażby pokroić na kawałeczki, żeby chociaż zobaczyć go na żywo. Nawet z daleka. Żeby usłyszeć jego cudowny głos, zobaczyć taniec, poczuć tą atmosferę. Byłam już na wielu koncertach jednak jeszcze żaden nie wywołał we mnie takich emocji. Zapominając o kanapkach poszłam do swojego pokoju. Stanęłam na środku pomieszczenia i miałam wrażenie, że oczy Michaela Jacksona ze wszystkich plakatów wpatrują się we mnie intensywnie. Przyjrzała się każdemu plakatowi z osobna. Niektóre naprawdę wiele ze mną przeszły. Zdarzały się potargane, pogniecione. W tamtym okresie nie raz kłóciłam się z rodzicami, którzy nie mogli zrozumieć dlaczego tak bardzo kocham człowieka, którego nie znałam. Mój ojciec był człowiekiem nietolerancyjnym i rasistą. Jednak mimo wszystko wiem, że znał i zna do tej pory niektóre z piosenek Michaela. Nie raz jak uczyłam się grać”Beat it” ojciec przechodząc obok mojego pokoju mruczał po cichu tekst piosenki licząc na to, że tego nie słyszę.
Matka nigdy mnie nie rozumiała. Uważała, że jak zrobi mi na złość to wyjdzie mi to na dobre. Do tej pory jest ślepo zapatrzona w ojca. Dopóki jest w pobliżu, to co on powie jest święte. Zaczyna się buntować dopiero jak zostaje sama lub ze mną. Jednak mimo że mnie nie rozumieli strasznie ich kochałam. To było silniejsze ode mnie. Zamyślona usiadłam na łóżku nad którym wisiał mój ulubiony plakat. Wpatrywałam się w niego układając sobie wszystko w głowie. Wiedziałam, że nie teraz nie mam pieniędzy ani na podróż ani na koncert, ale za dwa dni miałam mieć te nieszczęsne urodziny, z których chyba jednak może wyjść coś dobrego. Musiałam tylko to wszystko zaplanować. Wiedziałam, że nie usiedzę dłużej w jednym miejscu dlatego wstałam z łóżka i zabrałam się za pakowanie książek i zeszytów do plecaka, chociaż najchętniej nie szła bym dzisiaj do szkoły. Zarzuciłam go jednak na ramię i zanim wyszłam, jak co rano, cmoknęłam Michaela z plakatu prosto w czubek nosa, szepcząc:
-Ja znajdę sposób, żeby być na twoim koncercie Aniołku.

W drodze do szkoły słuchałam w walkmanie swojej ulubionej jak do tej pory kasety Michaela „BAD”. Gdy weszłam do szkoły poczułam na sobie miliony spojrzeń. Ludzie zawsze za mną patrzyli, ponieważ się wyróżniałam – miałam własny styl, a do tego te nieszczęsne, krwisto czerwone włosy. Dawniej bardziej mi to przeszkadzało, jednak po jakimś czasie się przyzwyczaiłam. Jednak tego dnia patrzyli na mnie jakoś intensywniej. Niektórzy szeptali między sobą. Naśmiewali się. Wiedzieli, że jestem szczęśliwa. Z całą pewnością wiedzieli, że ja też już wiem. Ten dzień w szkole minął mi całkiem szybko. Pewnie dlatego, że nie bardzo zwracałam uwagę na to co się dzieje i byłam pochłonięta tylko tym co się miało wydarzyć. Kilka razy byłam przy tablicy na matematyce. Nigdy nie byłam z tego przedmiotu orłem, ale dzisiaj jakoś poszło. Zaraz po lekcjach wróciłam do domu. Gdy tylko otworzyłam drzwi, porzuciłam torbę na przedpokoju i pognałam do telewizora. Włączyłam odbiornik i zaczęłam przeglądać programy. Na TVP1 mówili o Michaelu. Na TVP2 również. Skakałam między jednym a drugim programem chcąc wyłapać jak najwięcej. Koncert miał się odbyć dokładnie dwudziestego września. Bilety kosztowały 50 zł. W tych czasach to była masa pieniędzy. Postanowiłam uśmiechnąć się do dziadków. Nie znoszę prosić ich o kasę, ale to jest sytuacja wyjątkowa! Wyłączyłam telewizor, poszłam zjeść przygotowany wcześniej przez mamę obiad i pojechałam na rowerze do dziadków. Babcia jak zwykle musiała ponarzekać, że wyglądam jakbym nic nie jadła. Odburknęłam coś, że babcia powinna się wybrać do okulisty, bo ma coś ze wzrokiem. Nie miałam nadwagi, ale do szczupłych osób też nie należałam. Nie miałam jednak siły kłócić się z babcią i dla świętego spokoju chwyciłam ciasteczko, które tak bardzo we mnie wmuszała i zaczęłam je lekko gryźć. Dzielnie odpowiadałam babci na zadawane przez nią pytania jednak myślami byłam daleko...
-A słyszałaś, zę ten twój Jackson przyjeżdża, kochanie? - zareagowałam tylko na dwa słowa, po których na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech - „Jackson przyjeżdża”.
- Tak babciu – odpowiedziałam.

- Eh. I pewnie chciałabyś pojechać na ten jego koncert, co? - popatrzyła na mnie uważnie – Kiedyś to były koncerty, kupowało się bilet, siadało w krzesełku i delektowało muzyką. A teraz? Teraz to są wybite zęby, połamane nosy, podebrane nogi tymi ciężkimi traperami... - babcia krytycznym wzrokiem popatrzyła na moje stojące na przedpokoju glany. Nie była zadowolona, że je noszę. Jak to babcia narzekała, że na starość będę jeszcze narzekać, oraz że powinnam chodzić jak prawdziwa dziewczyna w szpilkach, a nie jak jakaś chłopczyca. Babcia poczłapała do swojego pokoju i przyniosła mi dwadzieścia złotych.

- Masz tu... tylko tyle mam, ale przecież widzę, że cię aż nosi kochana jak się wspomina o tym Michale, Michalu, Michaelu... czy jak mu tam. Ah i nie przyjmuję zwrotu. To będzie twój prezent na urodziny. Najwyżej dostaniesz jeszcze czekoladę. Ale na więcej nie licz! - zaśmiała się babcia podczas gdy ja rzuciłam jej się na szyję i zaczęłam ją dusić tuląc się do niej. - Ale przyjedź choćby bez jednego zęba, albo z podbitym okiem to cię do domu nie wpuszczę. - powiedziała z uśmiechem, po czym korzystając z tego, że się cieszę jak małe dziecko wepchnęła mi kolejne ciasteczko.
Siedziałyśmy potem i oglądałyśmy zdjęcia z czasów jak byłam mała. Tu wycieczka do zoo, tam jechałam na karuzeli w wesołym miasteczku, tu bawiłam się z psem, a tutaj pierwszy raz dorwałam płytę winylową z Thrillerem i słuchałam jej zafascynowana, tu tuliłam do siebie kartkę papieru na której był czarnoskóry chłopiec uśmiechający się zabójczo. W pewnym momencie przyszedł dziadek i uśmiechając się szeroko podszedł do mnie kładąc mi rękę na głowie i czochrając moje i tak stojące we wszystkich kierunkach kudły. Około dziewiętnastej babcia wyrzuciła mnie z domu twierdząc, że jak teraz nie pójdę to ona mnie nie wypuści w ogóle, bo zaraz się ściemni i będzie się bała. Oraz, że mam zadzwonić jak dojadę bo teraz na każdym kroku ktoś, coś może mi zrobić. Uśmiechnęłam się, ucałowałam ją i dziadka po czym ruszyłam w stronę domu jak zwykle rozkoszując się muzyką słuchawkach płynącą z mojego obklejonego naklejkami walkmana. W domu było pusto, rodzice jeszcze nie wrócili. Mama pracowała do późna, a tata pewnie pojechał nad staw łowić ryby, a potem zgarnie ją po drodze. Poszłam do pokoju i wzięłam się za odrabianie lekcji, co przyszło mi z pewnym trudem, ponieważ ciągle wpatrywałam się w plakat wiszący nad biurkiem i rozmyślałam o dwudziestym września...



________________________________________________________________________________

Dziękuję za uwagę, dobranoc.



Wasza Invincible.

piątek, 3 stycznia 2014

Najgorsza mowa powitalna ever :D

Zacznę od tego, że to co będzie tu na początku już było. Ktoś z Was mógł już trafić na to wcześniej w innym miejscu, jednak wciąż jest to wytwór mojej wyobraźni tylko przeniosłam się z bloga na wp - tutaj, gdzie siedzę już parę lat i uważam, że jest tu o wiele wygodniej niż tam.

Prowadzę miliony blogów, z czego połowa jest ukryta dla czytelników i tylko ja mam do nich dostęp, a resztę można znaleźć. To tu, to tam.
Moje blogi dzielą się na różne kategorie. Takie które założyłam i się kurzą, czekają na swoje pierwsze notki, obecnie widoczny jest jeden taki blog, który założyłam na twórczość siostry, jednak ta ma lenia w wiadomym miejscu i chwilowo to olewa. Zaczną się sprawdziany to pewnie nadrobi. Są też takie o które dbam jak o własne dzieci. Dopieszczam w każdym możliwym stopniu, staram się żeby wyglądały porządnie i były przejrzyste. Mam nadzieję, że ten taki będzie.
Są oczywiście też takie, na których napisałam COŚ i straciłam do nich serce jednak staram się do nich wrócić. Chyba tyle.

Ten blog poświęcę MJ'owi. Podejrzewam, ze wchodząc tu wszyscy wiedzą o kim on jest, w końcu nie ustawiam wyglądu tylko po to żeby był. Ciężko spodziewać się tutaj informacji o najgroźniejszej broni jaka została wyprodukowana w ciągu ostatnich dwudziestu lat jeśli nagłówek przedstawia Michaela Jacksona. Dobra teraz poważnie. Jak już wspomniałam to co będzie się tutaj początkowo pojawiało już było publikowane więc mogę obiecać, że to będzie się pojawiało w miarę regularnie. Może się oczywiście zdarzyć, że stracę do tego serce/cierpliwość/umrze mi komputer/czy coś tam. Wtedy prawdopodobnie się zastrzelę, że mam aż takiego lenia/pecha/czy co tam chcecie. Dobra miało być poważnie, ale chyba nie potrafię. Tak więc na 99,99% pojawią się tutaj dwa opowiadania. Jedno z nich to zwykła miniaturka, właściwie to po prostu opisany sen, który przyśnił mi się dawno temu, natomiast drugie będzie dłuższe, o ile dobrze pamiętam na poprzednim blogu miało całe szalone cztery rozdziały ponieważ właśnie straciłam do niego serce w połowie,a  bardzo chciałam je zakończyć bez przeciągania na siłę i skończyło się nagle i tak trochę mam wyrzuty sumienia jeśli o nie chodzi, postaram się coś z nim zrobić, jednak jak wiadomo są sytuacje kiedy tylko na planach się kończy. Liczę, że teraz tak nie będzie.

Myślę, że to tyle.
Liczę na to, że ktoś będzie wchodził na tego bloga, może nawet czytał :)
Za chwilkę utworzę zakładkę SPAM, prosiłabym żebyście właśnie w niej zostawiali mi linki do swoich blogów, które w wolnym czasie chętnie odwiedzę! :)
Jeśli mi się przypomni coś jeszcze to Was poinformuję.


Pozdrawiam 
Irene Invincible
3xff#f00000xhx#000000xhx#ffffffxff2xffMichaelxfxxfxJacksonxfxxfxMJxfxxfx♬ xfxxfx❤xfxxfx♥xff15xff100xff90xff5xff15xff50xff0